Wiem, że niektórzy z Was zastanawiają się jak to w ogóle możliwe, że ja – typowy debil z umiarkowanym ADHD, dwoma lewymi rękami i zespołem niespokojnych nóg (ujawniającym się ciągłym skakaniem po pedale gazu) jeżdżę prawie 23 letnim BMW e46 coupe, wyposażonym na dokładkę w posiadający wadliwe panewki silnik z przebiegiem blisko 300 000 kilometrów.

A mimo to nadal nie zdarzyło mi się nigdzie rozkraczyć.

Jak to możliwe, że taki pełnoletni rupieć jeździ na kołach na trackdaye, skacze po tarkach, goni za Grubym po Nurburgringu, ściąga opony z felg, wpada w szykany, wjeżdża na najwyższe przełęcze Europy (z tyłem załadowanym po sam dach linami i sprzętem wspinaczkowym), w deszczu i śniegu wozi mnie i Izę do pracy, na wyprawy jaskiniowe, na zakupy czy na wakacje, a mimo to jeszcze nigdy się nie zepsuł?

Powiem Wam, że zdarzało mi się utknąć w korkach na A4 w największe upały i widziałem na własne oczy jak dużo nowsze auta padały z przegrzania – a ja tymczasem siedziałem sobie w klimatyzowanym wnętrzu i niespiesznie dłubałem w nosie słuchając Phila Collinsa.

Owszem, w ubiegłym roku miałem przygodę z niedokręconą opaską na wężu chłodnicy w drodze na Nurburgring ale to wyłącznie dlatego bo jestem idiotą i przed wyprawą na najniebezpieczniejszy tor świata postanowiłem zacząć składać auto do kupy na kilka godzin przed wyjazdem.

Poza tym w ramach naprawy trzeba było tylko dokręcić opaskę zaciskową, co udało nam się zrobić na parkingu gdzieś w okolicach Frankfurtu i Złota bez problemu wróciła wtedy z tej liczącej ponad 2000 kilometrów wyprawy do domu.

Powiem Wam więc w czym tkwi mój mały sekret – otóż ten sekret to regularne wymienianie części, o zużyciu i wymienianiu których zazwyczaj się nie myśli.

Tylko i aż tyle.

Widzicie, prawda jest taka, że w samochodzie w różnym tempie, ale jednak zużywa się absolutnie wszystko – włącznie z uszczelką tylnej szyby, pokrętłem nawiewu, dokładką tylnego zderzaka i głośnikami. O ile jednak zepsuta uszczelka tylnej szyby czy głośnik nie unieruchomi Was w trakcie jakiejś dalekiej podróży, to taki dajmy na to alternator już tak.

A oprócz alternatora w samochodzie są jeszcze takie rzeczy jak pompa wspomagania, rozrusznik, pompa wody, ślizgi podnośnika szyby czy widoczna na zdjęciu na górze chłodnica.

Albo wkład pompy paliwa – to też zdaje się często boli.

To są rzeczy, które zużywają się tak samo jak olej w silniku i klocki hamulcowe ale zazwyczaj uświadamiamy to sobie dopiero w chwili kiedy stoimy na poboczu autostrady, gdzieś na Chorwacji w chmurze gryzącego w oczy dymu i czekamy na bardzo drogą lawetę.

W przypadku nowych aut nie ma jeszcze takiego problemu, bo nawet jeśli będziecie mieli takie rzeczy w dupie przez kilka lat z rzędu, to wciąż degradację poszczególnych „niewymienianych normalnie” elementów zaczynaliście z poziomu 100% – najpewniej więc nawet po takim czasie zostało tam jeszcze trochę zapasu.

Ale kiedy kupujecie auto, które lat ma już 15, może się okazać, że tydzień po zakupie „‚adios” powie na przykład łożysko oporowe sprzęgła – bo w chwili podpisania umowy kupna sprzedaży było już na końcówce nie dając jednak żadnych poważniejszych symptomów.

Kiedy kupiłem Złotą jakieś 7 lat temu, stwierdziłem, że nie mając zbytniego pojęcia na temat tego ile lat i przebiegu mają poszczególne części, dobrze by było profilaktycznie je powymieniać. W przeciągu kolejnego roku czy dwóch wymieniłem więc prawie wszystko co wymiany mogło wymagać, począwszy od tulei zawieszenia, poprzez przewody hamulcowe, a na wężach i zbiorniczku wspomagania skończywszy.

Było to o tyle spoko, bo stare BMW E46 z podstawowym silnikiem, więc kosz całej operacji wyniósł wedle moich szacunków jakieś 4,50 PLN.

A tak bardziej serio – mój sąsiad zapłacił kiedyś podobną kwotę co ja, za zwykły przegląd pogwarancyjny w swoim 5 letnim Volvo. Co jednak ważne – podczas tych spontanicznych wymian pozapisywałem sobie wszystkie daty i przebiegi, a potem zacząłem pilnować przy wymianach jakiegoś rozsądnego interwału.

W efekcie króciec układu chłodzenia znajdujący się z tyłu głowicy (który z mojego doświadczenia jest chyba najczęstszą przyczyną problemów z chłodzeniem w przypadku silników M43) wymieniałem już 2 razy – co jakieś 50 tysięcy kilometrów.

Tu wspomnę tylko, że nowy kosztuje jakieś 50 złotych, a jego wymiana zajmuje 20 minut.

Patrząc na te moje dziwactwa z innej perspektywy można oczywiście pomyśleć, że to zwykłe marnotrawstwo – bo większość tych rzeczy pewnie zrobiłaby drugie tyle kilometrów zanim rozpadła by się na kawałki. Jeśli jednak weźmiecie pod uwagę jak śmieszny jest koszt niektórych części (szczególnie kiedy wymienia się je samemu, albo zestawi się go z ceną części do dużo nowszych samochodów) w porównaniu do kosztów takiej nieplanowanej przygody w trasie, wypadku albo konieczności zamówienia lawety to kalkulacja wygląda jednak trochę inaczej.

Sam komfort jazdy takim autem jest nieporównywalnie większy – bo ja, mając do pokonania 2 tysiące kilometrów po Europie, bez wahania wybieram 23 letnie BMW sprawdzając wcześniej tylko poziom płynów i powietrze w zapasie.

W tym samym czasie niektórzy z moich znajomych przez tydzień nie śpią po nocach, bo muszą pojechać z rodziną z Bielska-Białej nad polskie morze, a mają 5 letnie auto.

Z tego samego powodu wymieniłem niedawno chłodnicę i przymierzam się do wymiany, albo regeneracji alternatora – bo ten zrobił ze mną już prawie 100 tysięcy kilometrów i jestem pewien, że za niedługo albo padnie w nim mostek, albo skończą się szczotki.

Wiem oczywiście, że zawsze coś może się zepsuć, bo nie jestem w stanie wymienić każdej skorodowanej wtyczki, popychacza i elektrozaworu ale mimo wszystko takie prewencyjne serwisy pozwalają znacznie obniżyć ryzyko, że coś się zesra.

I sprawić, że nawet pełnoletni samochód wciąż będzie jeździł, a nie tylko wyjeżdżał od święta.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *