Jeśli zapytasz kogoś czy chce dwa, czy może cztery zapewne bez większego namysłu wybierze drugą opcję.
Facet pomyśli o cyckach, kobieta o kwiatach, pracownik o stówkach premii, a żul na dworcu o poliwęglanowych podkładkach do receptora solarnego. Tylko Komorowski powie dwa, bo ma już dość krzyży pod oknem.

W każdym razie nasuwa się jedno założenie – im więcej tym lepiej (chyba, że chodzi o generacje golfa).

Taki tok myślenia jakieś 30 lat temu obrali również producenci samochodów. Początkowo większość popularnych modeli było oferowanych z dwoma drzwiami. Dodatkowe drzwi w końcu kosztują.

Trzeba więcej natrudzić się przy produkcji, zużywa się więcej materiału a i Kowalski będzie wolał tańszą wersję bo nie śmierdzi groszem.

Powstawało więc sporo dwudrzwiowych Fordów Sierra, BMW serii 3, Audi 80 i innych mieszczących się w zakresie cenowym dostępnym dla zwykłego śmiertelnika. Co więcej – „trójka” w generacji E21 nawet nie była oferowana w 4 drzwiowym sedanie. Po jakimś czasie jednak pojawił się pewien napędzany marketingiem trend mówiący im więcej tym lepiej. I zaczęto sprzedawać samochody z czterema drzwiami zachwalając ich zalety i rozmaite funkcjonalności.

Działa to podobnie jak w przypadku aparatów cyfrowych. Co z tego, że nie zauważysz żadnej różnicy pomiędzy tym z 8 megapixelami, a tym z 12. Najważniejsze, że to Ty masz 12, a sąsiad 8.

Zaczęto budować więcej modeli 4 drzwiowych, a te zaczęli kupować ludzie, którzy nawet ich nie potrzebowali.

„Kochanie, ale w przyszłości będzie można wózek zapakować i nie będzie trzeba wysiadać żeby ktoś mógł wsiąść do tyłu…” – facet udając, że słucha już myślał ile droższa może być klatka do 4 drzwiowej wersji ale w końcu godził się chcąc uniknąć zjeby pt. „znowu mnie nie słuchałeś”, która pewnie skończyła by się szlabanem na sex.

Więc wszyscy kupowali czterodrzwiowe samochody radując się nad ich funkcjonalnością, większą ilością miejsca i 4 elektrycznymi szybami, którymi mogli chwalić się przy grillu ze znajomymi.

I po paru latach tej 4 drzwiowej idylli stało się coś nietypowego. Dwudrzwiowe wersje owszem – zostały bardzo popularne w klasie compactów i małych aut, jednak w klasie średniej i wyższej zostały niemal wymordowane co do nogi.

A towar rzadki zaczyna drożeć…

BMW serii 3 w wersji coupe potrafi być dwukrotnie droższe od sedana. Tak samo wygląda sprawa w przypadku Opla Astry coupe, czy Peugeota 406.

Płacisz przynajmniej 2x więcej za to, że do tyłu nie da się wcisnąć, masz tam tylko dwa miejsca i od biedy marną imitację trzeciego, a tylnych szyb nie da się otworzyć.

A mimo to jesteś skłonny zapłacić.

Pojawiły się projekty mające doczepić do klasy coupe tańsze modele, ale nie przyjęły się one zbyt dobrze.

Opel Calibra, Ford Probe czy Hyundai Coupe, którego kupiło zaledwie parę kobiet i gości, którzy do marynarki zakładają żółte spodnie nie zdołały zawojować rynku. Dla osób kupujących samochody klasy średniej i wyższej były zbyt pospolite. Dla kowalskiego zbyt drogie.

Okazały się równie pomysłowe co ostrzałka dodawana do zestawu nietępiących się noży z Tesco…

Dopiero po parunastu latach odżyły pod wiejskimi dyskotekami bo ich ceny stały się śmieszne, a moda na golfa II generacji odeszła wraz z premierą „szybkich i wściekłych”.

W klasie samochodów sportowych moda na czworo drzwi nadeszła niedawno. Porsche Panamera, Mercedes CLS AMG.. Owszem, już kiedyś próbowano tego zabiegu tworząc choćby Aston Martina Lagonda, ale pomysł okazał się niezbyt udany.

Dwoje drzwi ma w sobie coś, co sprawia, że facet jest skłonny wciskać tam ten cholerny wózek, fotelik, zakupy i teściową i nawet przez chwilę nie pomyśli, że jednak mógł nie kupować tego coupe.

Taką już mamy naturę, że robimy wszystko na przekór logice i zdrowemu rozsądkowi.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.