Prentki Blog Motoryzacyjny - A mogłem jeździć MZK i grać w gry - Prentki Blog Motoryzacyjny
4412
post-template-default,single,single-post,postid-4412,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

A mogłem jeździć MZK i grać w gry

Ostatnio Rafał poruszył u siebie bardzo ciekawy temat (a nawet dwa) dotyczący najważniejszych zalet i wad współczesnych samochodów. Nie ukrywam, że dało mi to sporo do myślenia (powinniście to docenić, bo nie zdarza mi się to zbyt często). Nie zastanawiałem się jednak nad samymi wadami i zaletami nowych samochodów, bo w tej materii mimo wszystko jestem w pełni świadomym ignorantem.

Chodzi jednak o to, że o ile zawsze z wysublimowaną obojętnością kartkuję na szybko działy „nowości i premiery” w mojej łazienkowej, porcelanowej biblioteczce motoryzacyjnej (brzmi to ładniej niż „uchwyt na gazety koło kibla”) o tyle jednak obecności nowych samochodów na naszych drogach czy w mediach nijak nie jestem w stanie zignorować.

Owszem, niespecjalnie lubię nowe samochody – to już pewnie wiecie. Wydaje mi się jednak, że nie do końca wiecie dlaczego.

Bo choć ta wszechobecna euro-dyrektywizacja, elektronizacja, automatyzacja, masturbacja, grawitacja i wymuszająca obniżanie jakości poroniona pseudoekologia, na których z taką pasją się tu wyżywam są dla mnie jak wbity w oko zardzewiały śrubokręt, to i tak nie są one w stanie obrzydzić mi czegoś co posiada silnik, cztery koła i od czasu do czasu jest w stanie wpaść w euforyczny, napędzany testosteronem poślizg.

To nie jest tak, że nie lubię nowych samochodów za to, że są nowe. Za to, że mają te wszystkie radary, sonary, wyświetlacze i mięsiście pracujące przyciski odpowiedzialne wyłącznie za zapalanie się kolorowych kontrolek i wydawanie intrygujących dźwięków.

Nie.

Mój nowy telewizor też ma kosmiczne podświetlenie LED, piętnaście głośników i da się haratać na nim w Forzę Horizon przez kilka godzin bez konieczności otwierania okien bo temperatura w pokoju osiąga 200 stopni i pies wtopił się w dywan.

To, że ma trochę irytujących mnie rzeczy (chociażby eko-wskaźnik z fikuśnym listkiem, który za każdym razem gdy przełączam ekran w tryb ‚sport’ przypomina mi o tym jak złym i do cna zepsutym zwyrodnialcem jestem), a jego obsługa wymaga ode mnie czegoś więcej niż wciśnięcia guzika „ON” na obudowie i otwarcia piwa z biedronki, to i tak nie wyrzucę go z tego powodu przez okno.

O ile jednak w wypadku mojego nowego telewizora jego przewaga technologiczna nad starym, wygiętym kineskopem jest miażdżąca i oczywista (w moim starym telewizorze absolutnie każdy film wyglądał i brzmiał jak „Wichrowe wzgórza” połączone z 14 odcinkiem „Drużyny A”), o tyle już w kwestii samochodów do gry wchodzi o wiele więcej istotnych czynników, które w mojej ocenie trudno ot tak rozważyć.

Wiecie zapewne, że samochody traktuję jak własne dzieci – trudno więc, żebym odwracał się od nich tylko dlatego, że z taśmy zjechały z zespołem downsizinga albo jakąś inną cywilizacyjną chorobą XXI wieku.

Samochód to mimo wszystko samochód. Dzieło inżynierii. Mechaniczny stwór gotów wprawić mój tyłek w ruch i zabrać go gdzieś, gdzie chciałbym aby się znalazł. Potrafiący pokonać zakręt ze zbyt dużą prędkością, zapiszczeć oponami i wyglądać pięknie w świetle zachodzącego słońca. Rok produkcji tak naprawdę niewiele tu zmienia.

W głównej mierze chodzi po prostu o to, że nie jestem w stanie zaakceptować okoliczności, w jakich wspomniane nowe samochody trafiają do większości polskich garaży (czy też na wykupione za chore pieniądze miejsca postojowe pod pachnącymi jeszcze najtańszą farbą i gipsem osiedlami deweloperskimi).

Kupno samochodu to nie wizyta w osiedlowym warzywniaku. W większości wypadków nie wiąże się ona z wejściem do salonu i kupieniem sobie czterech i pół metra szarego Passata.

„I niech Pan mi jeszcze dorzuci jakieś półtorej tony tego zielonego Polo dla żony. Tak, tak – na wynos.”

Żyjemy w kraju, w którym nowy samochód jest towarem drogim. Wręcz prestiżowym – nawet gówniana, pozbawiona wszystkiego Skoda za 30 tysięcy to naprawdę sporo średnich krajowych. Niewiele osób jest więc w stanie pozwolić sobie na jej bezstresowe kupno za trzy odłożone bez najmniejszych wyrzeczeń wypłaty. Ja bym nie mógł.

Dlatego ludzie zaciągają kredyty.

Pożyczają pieniądze od teściowej i wydają swoje ostatnie oszczędności.

I to wszystko po to, by przez miesiąc móc z triumfalną miną machać sąsiadowi jeżdżącemu 4-letnią Fiestą, a następnie przez kolejne kilka lat patrzeć bezradnie jak utopione w nowiutkiej Skodzie oszczędności z powodu potwornej utraty jej wartości kurczą się ja wacek w zimnym jeziorze i nie spać po nocach zamartwiając się czy ktoś przypadkiem nie połakomi się na to zaparkowane na niestrzeżonym parkingu (bo strzeżony drogi, a trzeba przecież spłacać raty) cudo.

To na swój sposób przerażające, bo pragnienie poczucia wolności i niezależności, które pchnęło kogoś do zapożyczenia się na kilkadziesiąt tysięcy i kupna własnego samochodu wpędziło go tym samym w wir pracy na spłatę rat, przyglądania się jak samochód z każdym kolejnym dniem traci połowę swojej wartości i czuwania za kuchenną firanką, by nikt przypadkiem nie przerysował mu drzwi na osiedlowym parkingu.

To takie współczesne, cywilizacyjne samobójstwo.

Żyjemy by cieszyć się z tego, że możemy jeździć nowiutkim samochodem, który za kilka lat będzie wart tyle co zdezelowana kolarzówka. O ile wcześniej zamieni się w obornik, bo od pewnego momentu postęp technologiczny został zastąpiony wiele mówiącym terminem „optymalizacja produkcji”.

Tego wymaga od nas świat.

Wiele osób uważa, że rozwój technologiczny samochodów zatrzymał się praktycznie w okolicach millenium (nie mówię tu tylko o supersamochodach, bo te mimo wszystko rządzą się swoimi prawami). Wszystko co działo się potem przypominało wpychanie odtwarzacza DVD w deskę rozdzielczą Seicento.

Tym samym większość samochodów wyprodukowanych w okolicach tej daty przegrywa z współczesnymi modelami jedynie brakiem kilku gadżetów, bez których większość z nas poradziła sobie bez najmniejszego problemu i nieco wyższym spalaniem (zrekompensowanym za to z nawiązką w jakości zastosowanych podzespołów i trwałości silnika).

Elektryczny ręczny jest spoko bo dodatkowo upraszcza (przynajmniej od strony użytkownika) i tak niespecjalnie skomplikowaną czynność. Z drugiej strony jednak w czym miałaby przeszkadzać mi wajcha pod prawą ręką? Dostałbym od niej raka? Od konieczności pociągnięcia drążka miałaby mi uschnąć ręka?

Nie wiem dlaczego ale o zaprojektowanie tego przycisku podejrzewam grubych Amerykanów, którzy nawet do lodówki dojeżdżają meleksem bo to mniej męczące.

W mojej ocenie jedyną znaczącą innowacją, która powstała po roku 2000 jest rozpowszechnienie się silników elektrycznych (które jednak podobają mi się ze względu na pomysł niwelowania za pomocą ich momentu obrotowego naturalnych niedoskonałości silników spalinowych, a nie próby ich całkowitego zastąpienia). Cała reszta to jedna wielka konsumpcyjna ideologia.

Wmawianie nam, że coś jest nam niezbędne, podczas gdy w normalnym życiu za nic nie przyszłoby nam do głowy, że może to stanowić dla nas jakiś problem.

Mam też kilka uwag co do samych nowych samochodów, nie tylko wyrzeczeń wiążących się z ich zakupem ale o tym powiem Wam następnym razem. Teraz idę przypomnieć sobie dlaczego tak bardzo lubię moje prymitywne BMW…


14 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.