Wybaczcie mi ten typowo onetowy nagłówek ale nie chciałem psuć Wam niespodzianki ;}

Wczoraj odebrałem z lakierni moje zimowe Alpiny.

Długo biłem się z myślami na jaki kolor powinienem je pomalować. Z jednej strony ciągnął mnie strasznie fabryczny, klasyczny i bardzo charakterystyczny srebrny kolor, z drugiej jednak zawsze miałem słabość do takich spartańskich, DTM-owych klimatów w ciemnych albo półmatowych kolorach.

Wiecie – taka wyścigówa na czarnych kołach w stylu OZ Superturismo, z wielkimi hamulcami i błotnikami upapranymi strzępami z opon i pyłem z klocków hamulcowych.

Nie ukrywam, że ostatecznie na moją decyzję co do koloru wpłynął też fakt, że do felg nie miałem oryginalnych dekielków (tych brzydkich, płaskich co to całe gniazda śrub zasłaniają).

Uznałem to za znak od tego brodatego z góry, co to naparza w dżojstik za każdym razem kiedy wpadam na jakiś głupi pomysł.

Tak więc Panie i Panowie – co by specjalnie nie przedłużać, wyszło tak:

Na żywo kolor jest trochę ciemniejszy (koła są w połysku dlatego aparat zbiera z nich za dużo światła) – jestem cholernie zadowolony z efektu.

Tak bardzo, że zabieram felgi ze sobą wszędzie. Na basen, do biedronki, na spotkanie koła gospodyń wiejskich. Nawet na wycieczkę po mieście je zabrałem, żeby nie musiały leżeć same w garażu:

Co więcej – kiedy wczoraj przymierzyłem do nich nowe dekielki, śruby i nawiercaną tarczę, ze srebrnym zaciskiem, które to od jakiegoś czasu czekają na montaż, dwa razy prawie dostałem orgazmu.

Jest porno.

Może zdążę założyć koła jeszcze przed sobotnią wyprawą do Warszawy. Jeśli nie, to na zdjęcia jak to wygląda na samochodzie będziecie musieli poczekać jeszcze do przyszłego tygodnia ;}

Pozdrawiam,

Tommy