Podczas dzisiejszej rozmowy z Ad@musem uderzyła mnie pewna rzecz. Pomimo, że moda na wyścigi na ćwierć mili ostygła już jakiś czas temu (ustępując pola zawodom driftingowym i konkursom w jedzeniu pączków na czas) nadal w niektórych kręgach żyje porównywanie swoich samochodów na zasadzie „bo mój kadett objechał twoją toyotę”.

To jest żenujące.

Przypomina to trochę sytuację, kiedy dwóch gości chcąc sprawdzić kto jest lepszym kochankiem wyciąga fiuty na stół i zaczyna je mierzyć linijką.

Rozumiem, że wyścigi na ćwiartkę (nie mylić z wyścigiem po ćwiartkę) są doskonałym sprawdzianem dla umiejętności ludzi budujących szybkie samochody. Trzeba tu zgrać sporo elementów i rzeczywiście jest to rewelacyjny test i możliwość porównania swojej wiedzy i kunsztu z innymi świrami.

To jednak dotyczy sytuacji gdzie samochód buduje się do motorsportu i spędza on więcej czasu na hamowni niż Wy w toalecie z najnowszym numerem CKM pod pachą.

Nie rozumiem dlaczego wyznacznikiem jakości samochodu ma być jego czas na ćwierć milowym odcinku drogi. To się sprawdza jeśli prowadzisz firmę zajmującą się budową silników do motorsportu i potrzebujesz trzy zdaniowej reklamy w rubryce ‚sport’ regionalnego kwartalnika okręgowego. Wtedy możesz traktować ¼ mili jako poligon doświadczalny i możliwość zestawienia swoich umiejętności z innymi tunerami.

Samochód jest jednak wtedy narzędziem, którego funkcjonalność w codziennym życiu jest porównywalna do próby otwierania konserwy rybnej pilotem do telewizora.

To po prostu się nie uda. Taki wóz podczas codziennej jazdy będzie bezsensowny jak montowany w Hyundaiu obrotomierz. Wypruty z treści i duszy. Jazda nim na co dzień przypominać będzie próbę zaadoptowania psychopatycznego mordercy do roli opiekunki do dzieci. Przez jakiś czas będzie się wydawało fajnie i sielankowo kiedy człowiek po przejściach będzie bawił się z dziećmi i psem przy dźwiękach „Barbra Streisand”. W końcu jednak i tak wymorduje całą rodzinę i podpierdoli rodową biżuterię żeby się zaćpać i porzygać w jakimś śmierdzącym ściekami zaułku.

Doszedłem do wniosku, że potrzebujemy zmian.

Poza wprowadzeniem walk kobiet w kisielu do grupy dyscyplin olimpijskich przydałoby się stworzyć uniwersalny i ogólnie dostępny system pomiaru jakości samochodów, który dałoby się zastosować do wszystkiego co ma 4 kółka.

Nazwałem to „Skalą Conguriniego”.
Nie mam pojęcia kto to taki, ale z reguły mądre teorie mają tego typu nazwy więc traktujcie to jako zmyślny zabieg marketingowy.

System jest bardzo prosty i można go traktować jako rozwinięcie zaproponowanego niedawno przeze mnie systemu oceny utworów muzycznych. To czy samochód jest dobry czy nie określa odpowiedź na pytanie:

1. Czy testowany samochód to Hyundai?

Jeśli odpowiedź jest negatywna, samochód przechodzi dalej. Jeśli pozytywna to w formie nagrody pocieszenia otrzymujecie toster i zapas taśmy klejącej do przyklejania odpadających kółek, oraz strzał w kolano za waszą głupotę.

Druga część testu wygląda następująco – do samochodu wsadzamy Wam 2 młode, nagie lesbijki, które chwilę wcześniej zjadły po wiadrze ecstasy i zapiły to Tequilą.

Jeśli podczas przejazdu testowego okrążenia po torze rozbijecie się na pierwszym zakręcie to znaczy, że samochód jest chujowy. Jeśli na drugim to jest mniej chujowy, bo jednak w jakimś stopniu interesujecie się jego prowadzeniem pomimo atrakcji na fotelu pasażera.

Skala rośnie do 10 zakrętów, a za ostatnim przed metą jest długa prosta – im więcej zakrętów przejedziecie  bez wypadku, tym lepszy jest testowany samochód – w końcu skupiliście się w jakimś stopniu na jego prowadzeniu co oznacza, że musi jeździć naprawdę ciekawie, a deska rozdzielcza i wnętrze jest na tyle fajne, że patrzycie też na nie, a nie tylko na spocone dziewczyny masujące się biustami na fotelu obok.

Jeśli natomiast pomimo nudnej prostej na końcu przejedziecie okrążenie bez wypadku to jesteście jebnięci i trzeba Was leczyć.

Samochód ma przede wszystkim sprawiać radość z jazdy i z samego faktu jego posiadania. Nie da się przyłożyć ekierki do tabelki z osiągami i powiedzieć, że samochód A jest lepszy od B bo ma taki i taki napęd, tyle i tyle koni mechanicznych, a do bagażnika mieszczą się trzy worki ze zwłokami i szpadel.

To tak nie działa.

Nawet głupi pięćdziesięciokonny hatchback może być najwspanialszym samochodem pod słońcem pod warunkiem, że trafi w ręce człowieka, który go doceni. Jeśli jakiś znajomy próbuje Wam wmówić, że jego samochód jest lepszy ponieważ ma sto koni więcej i kosztował sto tysięcy ojro to najlepiej przestańcie się z nim zadawać i usuńcie go z listy znajomych na naszej klasie.

No chyba, że macie Hyundaia.

Wtedy zostaje wam samopostrzał w kolano.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.