Prentki Blog Motoryzacyjny - Wygląda na to, że ktoś tu niechcący zamordował humanistę - Prentki Blog Motoryzacyjny
4779
post-template-default,single,single-post,postid-4779,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Wygląda na to, że ktoś tu niechcący zamordował humanistę

Ostatnio coraz częściej zastanawiam się dokąd właściwie to wszystko zmierza. Pomyślcie – na przestrzeni ostatnich lat przeżyliśmy tak radykalną rewolucję technologiczną, że aż trudno w to uwierzyć.

Nie chciałbym tu zabrzmieć jak jakiś dwudziestoośmioletni, stetryczały dziad ale faktem jest, że jeszcze 20 lat temu w zasadzie nie istniało coś takiego jak szybki dostęp do informacji.

Uzyskanie w miarę rzetelnej wiedzy o sytuacji na drugim końcu świata było możliwe tylko dzięki emitowanym dwa razy dziennie wiadomościom (o ile te były wspomnianą sytuacją zainteresowane) i ewentualnie dzięki jutrzejszej gazecie.

Całą resztą zasobów naszej wiedzy były książki i umysły ludzi, którzy zwykli je czytać.

Nawet pragnąc uzyskać informacje o tym jak potoczyła się jakaś średniowieczna bitwa, w większości wypadków musieliście się ubrać, wydostać z zagraconego garażu swój rower, a następnie pojechać na nim do znajdującej się kilka kilometrów dalej biblioteki. Po drodze zaglądając na chwilę na boisko szkolne gdzie chłopaki grali akurat w beczki i urządzając sobie piętnastominutową pogawędkę ze spotkaną przypadkowo na przystanku dziewczyną z przeciwnej klasy, do której wzdychaliście potajemnie już od dobrych paru lat.

Następnie, po dotarciu do biblioteki należało zlokalizować na półce odpowiednią książkę, oddać astmatycznej kobiecie o nieprzeniknionym spojrzeniu swoją kartę biblioteczną, a potem popedałować z powrotem do domu (najczęściej pod górkę). Później wystarczyło już tylko spędzić kolejną godzinę na poszukiwaniu odpowiedniego rozdziału i strony i przepisywaniu informacji na kartkę A4 wyrwaną niespecjalnie równo ze sfatygowanego skoroszytu.

I jeszcze pamiętać o tym, żeby następnego dnia oddać tę książkę z powrotem.

Niektórzy dysponowali co prawda pierwszą generacją wikipedii czyli segregatorami z serii „Świat Wiedzy” ale były to nieliczne wyjątki, a z resztą nawet w nich nie dało się przecież znaleźć wszystkiego. Dlatego też wielu ludzi miało w domu książki o różnorodnej tematyce – nie dlatego, że kogoś szczególnie interesował wyścig o Afrykę, ale dlatego bo bez informacji o nim, nie zdołałby on ukończyć studiów albo napisać jakiejś ważnej pracy w liceum.

Tymczasem dziś – zaledwie dwadzieścia lat od tamtych wydarzeń, w nie więcej niż piętnaście sekund możecie sprawdzić jakiego koloru majtki miała na sobie wczoraj kobieta, która zasłynęła tym, że tańczyła na stole w jakimś teledysku.

Moim zdaniem to jest przerażające.

Kiedy jeszcze tworzenie jakichś treści wymagało trudu w zdobywaniu informacji i wielogodzinnego siedzenia nad brulionem z piórem kulkowym w dłoni, treści te posiadały z reguły jakąś wartość. Były po prostu konkretne, rzeczowe i poparte faktami, które zostały spisane w tak samo konkretnym, klarownym celu. Tymczasem dziś zlokalizowanie w tym internetowym szambie informacyjnym treści rzeczywiście wartościowych zakrawa na cud.

Codziennie spotykam się przynajmniej z kilkunastoma zdjęciami i opisami czyjegoś obiadu. Wybaczcie, ale nawet gdybym zarabiał na życie wymawiając z wykrzywioną twarzą słowo „gówno” jak zwykła to robić Magda Gessler, to niespecjalnie interesowałby mnie czyiś talerz dziwnie przyrządzonych ziemniaków.

Tymczasem dziś, znaczna część społeczeństwa uważa, że znajdujące się na ich talerzu warzywa są czymś wystarczająco istotnym by warto było podzielić się nimi z całym światem. A jedzenie to tak naprawdę tylko wierzchołek góry lodowej bo niemal codziennie zderzam się z setkami innych, powielanych masowo, pozbawionych wartości informacji.

Spróbujecie dla przykładu znaleźć w internecie jakiś nowy, ułożony z głową program treningowy.

Na jeden artykuł, który został napisany przez człowieka, który kontaktu z siłownią nie ograniczał do cotygodniowej sesji selfików przy suwnicy smitha, przypada dziesięć stworzonych najwyraźniej przez kogoś, kto kontakt z treningiem siłowym miał wyłącznie przez ekran monitora i leżące w kącie jego pokoju hantelki.

I kto uważa, że to wystarczający zapas wiedzy i doświadczenia by zacząć redagować bloga o „profesjonalnym treningu siłowym” jak zwykł to nazywać.

Ponieważ jednak z chwilą gdy zasiadają do klawiatury odkrywają, że o treningu siłowym wiedzą tyle co ja o fizyce kwantowej, ograniczają się do powielania treści znalezionych na innym blogu, stworzonym najczęściej przez człowieka, który również skopiował większość tekstów z bloga innego tego typu „profesjonalisty”.

W efekcie sieć zostaje wypełniona całą masą podobnego do siebie gówna o niemal zerowej wartości merytorycznej.

I tak jest praktycznie z każdą dziedziną życia. Spójrzcie jak wygląda struktura współczesnego internetu – około 60% wszystkich znajdujących się w nim zasobów to filmy porno z wielkim murzynem. Potem mamy 3-4% poświęcone wartościowym informacjom z ekonomii, historii czy świata nauki – te jednak znajdują się najczęściej na stronach z szatą graficzną pamiętającą jeszcze rok 1999 więc nikomu nie chce się ich przeglądać.

Cała reszta internetu to zaś zdjęcia kotów i treści tworzone przez ludzi, którzy w większości wypadków nie mają pojęcia o czym w ogóle piszą.

Kiedyś wydawało mi się, że komputery pozwolą nam znacznie szybciej docierać do znajdujących się dotąd w książkach informacji, ale prawda jest taka, że komputery pozwoliły nam jedynie, żeby te książki zaczęli tworzyć również idioci.

W tym też doszukuję się upadku współczesnego humanizmu.

Kiedyś humanistą nazywano człowieka wszechstronnie wykształconego – przede wszystkim dlatego, bo by zdobyć niezbędną wiedzę musiał on posługiwać się wieloma narzędziami, podpierać się badaniami i wspomnianą fachową literaturą. Klasyczny humanista doskonale znał historię, sztukę, biologię, fizykę… Potrafił posługiwać się narzędziami, miał uzdolnienia matematyczne, doskonale znał geometrię, lingwistykę, posiadał świetną wyobraźnię przestrzenną.

Humanista był człowiekiem renesansu – intelektualistą pragnącym poszerzać swą wiedzę o niemalże każdej dziedzinie życia.

Dziś zaś humanistami nazywamy ludzi, którzy byli zbyt głupi, bądź też wykazali się zbyt wielką ignorancją by poradzić sobie ze ścieżką wykształcenia na kierunkach ścisłych. Humaniści kojarzą się nam z kasą w McDonalds i zupełnie nieżyciowym wykształceniem.

Kiedy to się stało?

Dlaczego to się stało?

Wydaje mi się, że duży udział w tym dziele zniszczenia ma właśnie wspomniane odmóżdżenie informacyjne. Dziś nie musimy wykazywać się inwencją w poszerzaniu swoich horyzontów, bo w wygodny, nie wymagający wysiłku sposób możemy oddać się życiu w z góry narzuconych widełkach.

Nie zastanawiając się specjalnie nad tym dlaczego są one ustawione tak, a nie inaczej.

Nie musimy posiadać specjalnych umiejętności bo zawsze znajdzie się ktoś, kto może zrobić coś za nas. Nie musimy znać języków bo w każdym zakątku świata możemy dogadać się z kelnerem po angielsku (a niespecjalnie interesuje nas rozmowa z kimś ciekawszym). Nie musimy znać podstaw geografii bo mamy nawigacje GPS. Nie musimy znać historii sztuki bo potrzebne nam w danej chwili informacje o jakimś malarzu możemy w kilka chwil wydobyć ze swojego telefonu.

Jednak bez szerokiej wiedzy i umiejętności nie będziemy w stanie poruszać się sprawnie w gąszczu informacji i ich mizernych namiastek. Patrząc na swoje życie zbyt wiele rzeczy będzie skrywało się przed nami w cieniu niewiedzy. Zbyt wielu rzeczy nie zrozumiemy, bądź nie dostrzeżemy w porę wynikających z nich szans i zagrożeń.

Bo to, że technologia i sposób życia nie wymaga dziś od nas wielu umiejętności dotąd uznawanych za niezbędne, nie oznacza, że powinniśmy z ich zdobywania rezygnować.

Świat wcale się nie zmienił. Nadal jest fascynujący, pełen nowych twarzy, zaskakujących widoków i nienamalowanych obrazów.

Zapomnieliśmy po prostu, że można go poznawać nie tylko przez ekran nowego tabletu.


21 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.