Prentki Blog Motoryzacyjny - Czarodziejko z księżyca - pomocy! - Prentki Blog Motoryzacyjny
4771
post-template-default,single,single-post,postid-4771,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Czarodziejko z księżyca – pomocy!

Kiedy rozpoczynałem swoją przygodę z czterema kółkami, by móc dokonywać jakichkolwiek prac i modyfikacji w moim samochodzie, potrzebowałem tak naprawdę tylko kilku prostych narzędzi – paru kluczy oczkowych, kilku nasadek, dwóch wkrętaków, kilku snickersów z orzeszkami oraz młotka. Miałem nawet taką swoją ulubioną, łamaną trzynastkę, której używałem do większości prowadzonych przy samochodzie prac.

A to dlatego, bo w tamtych czasach większość śrub i nakrętek używanych w przemyśle motoryzacyjnym była robiona pod klucz numer 13 i nikt nie widział w tym nic złego.

Tymczasem dziś chcąc wymienić chociażby głupi filtr powietrza potrzebne jest Wam około czterdziestu siedmiu kluczy specjalistycznych, które kosztują tyle, że taniej wyszłoby już kupno afrykańskiej kopalni, huty i odlanie ich sobie samemu.

Poza tym dziś, nie wiedzieć czemu wszystkie śruby trzymające elementy silnika to muszą być torxy o rozmiarze pasującym wyłącznie do nasadki, którą zgubiliście w zeszłym tygodniu.

Dam Wam przykład.

Od kliku dni należąca do Izy Ibiza przejawia symptomy samochodowej demencji starczej – trzęsie się jak osika, zrobiła się straszliwie powolna (a weźcie pod uwagę, że nigdy demonem prędkości nie była), a do tego zaczęła puszczać z wydechu wyjątkowo irytujące bąki. Gdyby był to normalny samochód to wystarczyłoby wyczyścić świece, sprawdzić przewody na pompie paliwa, a potem uderzyć dwa razy młotkiem w obudowę rozrządu – i wszystko wróciłoby do normy.

Ponieważ jednak Ibiza to samochód stosunkowo nowoczesny (rocznik 2005 to w moim postrzeganiu osi czasu coś na poziomie reaktora warp ze Star Treka) samo dostanie się do świec przypomina próbę dostania się do swojego fiuta, kiedy macie na sobie rękawice z jednym palcem, bieliznę termoaktywną i zimowy kombinezon z zacinającym się zamkiem. I jesteście pijani. Na samej górze silnika jest wielka jak Syberia pokrywa zintegrowana z filtrem powietrza i termostatem dolotu.

Nie mam pojęcia dlaczego ktoś uznał, że ten wielki pojemnik tupperware wygląda lepiej niż aluminiowa pokrywa zaworów ale na całe szczęście zdjęcie go z silnika nie wymaga zastosowania improwizowanych ładunków wybuchowych i koparkoładowarki.

Wystarczy zrobić szpagat, zaprzeć się lewą nogą o przednią szybę, poparzyć się o osłonę kolektora wydechowego, a potem porządnie szarpnąć i wyrżnąć głową o krawędź maski tak, żeby stracić przytomność i dostać rozległego krwotoku.

Potem musicie już tylko odczepić kilka spinek trzymających przewody instalacji elektrycznej, a następnie wydostać z pokrywy zaworów cewki, które zostały zaprojektowane specjalnie tak, żeby za nic nie dało się ich wydostać z pokrywy zaworów.

Wtedy możecie już wykręcić świece ale i tak nie ma to żadnego znaczenia, bo wszystko wskazuje na to, że zamontowano je tam tylko i wyłącznie dla picu, tak, żeby obserwowani z przeszklonej poczekalni serwisanci w ASO mogli udawać, że robią coś uzasadniającego opiewającą na milion dolarów fakturę za przegląd silnika.

To międzynarodowy spisek i jestem pewien, że jest w niego zamieszany Jurek Owsiak, Bono oraz Reptilianie.

Chodzi o to, że te silniki w ogóle nie spalają benzyny – spalanie wewnętrzne to ściema.

Nowe silniki pracują dzięki magii i promieniowaniu kryptonitu.

Doszedłem do tego wniosku, bo wszystkie racjonalne z punktu mechanika-amatora czynności, które wykonywałem żeby sprawić, by silnik zaczął w końcu normalnie pracować nie przyniosły jakiegokolwiek efektu. Kupiłem nowe świece. Nic. Zdemontowałem i dokładnie wyczyściłem przepustnicę, sprawdziłem działanie potencjometru i złożyłem wszystko na nowych uszczelkach. Sprawdziłem szczelność kolektora dolotowego, wyczyściłem zamontowane w nim czujniki, potraktowałem styki i połączenia specjalnym preparatem.

Nic.

Poprawiłem wszystkie uszczelnienia na układzie wydechowym, założyłem nowe opaski i skręciłem całość z użyciem specjalnej pasty do wydechów.

Nic.

Podmieniłem sondy lambda, sprawdziłem ciśnienie paliwa na listwie, przeszukałem tę plastikową Syberię w poszukiwaniu jakichkolwiek przedmuchów, dziurek i nieszczelności. Sprawdziłem bezpieczniki na akumulatorze, punkty mocowania masy i…. nic.

Podejrzewam, że gość w warsztacie, w którym w ubiegłym tygodniu zostawiałem do wprasowania tuleje wahacza zobaczył wtedy zaparkowaną na podjeździe Ibizę i zrobił jakąś laleczkę voodoo, w którą teraz namiętnie wbija bagnety od oleju.

Pewnie liczy, że w końcu poddam się i podstawię do niego samochód, a wtedy on będzie mógł w teatralny sposób wykręcić świece, powąchać je, a następnie zniknąć na zapleczu, wyjąć bagnet oleju z tyłka pluszowego Seata i wystawić fakturę opiewającą na pół miliona euro.

Doszło już nawet do tego, że wyjąłem z szafki stary kabel OBD i podłączyłem go do komputera tak, żeby Ibiza mogła poserfować sobie trochę po internecie i pooglądać roznegliżowane muscle cary, ale jedyne czego udało mi się dzięki temu dowiedzieć to to, że zamontowane pod deską rozdzielczą Atari odnotowuje jakiś błąd, którego nikt nie jest w stanie sensownie wytłumaczyć.

Poważnie rozważam swap na 2.0 bo w mojej ocenie to na ten moment najlepsze rozwiązanie problemu źle pracującego 1.4.

Pewnie okaże się też, że tańsze niż losowe wymienianie kolejnych podzespołów w nadziei, że w końcu pojawi się jakaś Czarodziejka z Księżyca i zamerda swoją różdżką.

Choć jak się tak chwilę zastanowić to w epoce gender wcale nie wydaje się to aż takim fantasy…


49 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.