Godzina 21:35 – spokojny sobotni wieczór. Za oknem, w świetle przydrożnej latarni widać jak delikatnie prószy śnieg. W TV leci jakiś program o siedzeniu bez majtek w lesie deszczowym. Po domu rozchodzi się silnie uzależniający zapach pieczonego przez Izę piernika i świeżo parzonej, słodkiej herbaty. Na stoliku kawowym, pod czujnym okiem niepełnosprawnego społecznie psa pracuję nad reanimacją starego laptopa.

Po paru minutach haratania w Screemera 4×4 laptop zaczął śmierdzieć jak zostawiony na słońcu zdechły szczur. Albo moja autorska zapiekanka z serem i pieczarkami (pachnie i smakuje z grubsza tak samo). Diagnoza – z obudowy odłamał się wihajster znany również jako tenteges i wpadł w wiatrak. Na szczęście jednak powoli kończę już serwis. Składam właśnie wykonaną z tandetnego plastiku osłonę, po chwili okazuje się, że w ciągu ostatnich kilku minut zaginęła gdzieś połowa leżących na krawędzi stolika śrubek.

Podejrzewam psa.

Pies z resztą też.

Zeżarł jak nic. Merda ogonem – chce iść na ugodę.

Trudno – jak uczy stara szkoła rasowania, przynajmniej laptop będzie lżejszy.

Nagle odzywa się leżąca na szklanym blacie, zdezelowana komórka. Po sposobie buczenia wnioskuję, że to SMS. Pewnie znowu radio zet.

To jednak nie radio zet.

To Homar.

W sumie to już nie wiem co gorsze.

„mogę wpaść spawnąć sobie wydech?”

I teraz uświadomcie sobie proszę tragizm tej sytuacji – Homar, choć jest bez wątpienia indywidualistą nie mniejszym niż głuchoniemy treser małp cyrkowych, należy niestety do grupy osób, która uważa, że jest w stanie własnoręcznie naprawić coś, czego własnoręcznie naprawić nie potrafi.

I nie ma ochoty nic z tym faktem zrobić.

I to nie jest tak, że jest głupi. Że się mu nie chce albo, że ma dwie lewe ręce – nie, w żadnym wypadku. To naprawdę sprytny i chętny do działania gość i gdyby tylko postępował zgodnie z pewnymi normami (i zdrowym rozsądkiem) byłby w stanie zrobić absolutnie wszystko i to z naprawdę świetnym rezultatem.

Problem jak mniemam, leży przede wszystkim w absolutnej awersji Homara do jakichkolwiek mądrych rad. Jak zwykle więc kiedy pojawił się w moim garażu, a ja chciałem wygłosić jeden z tych nudnych monologów o odłączaniu akumulatora, poszukiwaniu najlepszego punktu dla masy, ustawieniu spawarki i innych pierdołach, zupełnie nie był nim zainteresowany.

Zbył mnie więc jeszcze zanim zdążyłem dojść do punktu o dopasowywaniu wydechu na samochodzie tak, żeby uniknąć ryzyka łączenia rur pod nieodpowiednim kątem.

Nie powinno więc Was dziwić, że kiedy zajrzałem do garażu jakąś godzinę później, zastałem go leżącego pod samochodem próbującego oddzielić swoją lewą nogę od wahacza, do którego przyspawał się niechcący jakieś pół godziny wcześniej.

Wycedzone przez łzy „nic mi nie jest, dam se rade” było jednak na tyle przekonujące, że postanowiłem nie interweniować i wrócić na górę do haratania w najnowszą część Call of Duty. Kiedy zajrzałem do garażu kolejną godzinę później jedyna zmiana jaka zaszła dotyczyła wiszącego dotąd pod podwoziem wydechu, który spadł z prowizorycznych wieszaków i leżał obecnie na jego twarzy robiąc w niej podłużne, przekomiczne wgniecenie.

Choć równie możliwe, że miał je już od małego bo muszę przyznać, że ten głupi wyraz twarzy ma odkąd tylko sięgam pamięcią.

W każdym bądź razie Homar w ciągu kolejnych paru godzin przechodził kolejno przez wszystkie stadia garażowego kryzysu (co słyszałem doskonale nawet piętro wyżej przed dwie ściany i strop z żelbetu)

Wyparcie: Ku*wa Ku*wa Ku*wa

Zaprzeczenie: Ja pi*rdole

Akceptacja: Osz ch*j

I tak dalej…

W efekcie po mniej więcej tygodniu spędzonym na blokowaniu mi garażu, wykończeniu 4 szpuli drutu do spawarki i wykrzyczeniu na cały głos absolutnie każdego niecenzuralnego słowa jakie padło na ziemiach polskich mniej więcej od roku 965, udało mu się skończyć wydech.

Pełen sukces.

Tylko tak – rura, która do tej pory tłukła się lekko o wystający wieszak owszem – przestała się o niego obijać. Zaczęła jednak tłuc się o wahacz, podłogę i śrubę wózka mostu. Poza tym Homar, by osiągnąć ten wspaniały efekt załamał wydech w 5 miejscach, a ponieważ nie chciał słuchać rad jak powinien ustawić spawarkę, powypalał na połączeniach tyle dziur, że próbując zalepić je spawami wpuścił do wnętrza rury jakieś 400 metrów miedziowanego drutu – od każdej strony spawu. W efekcie kawałki drutu utworzyły w środku rury sitko.

Nie wiem czy ma tego świadomość, ale z moich obliczeń wynika, że jego BMW spełnia teraz normę EURO 12 bo ma cztery nowe katalizatory.

W efekcie samochód jeździ ale on wie, że czeka go ponowna przygoda ze spawarką. Mam nadzieję, że tym razem podejdzie do niej inaczej.

Jeśli ktoś bardziej doświadczony służy Wam radą, po prostu go wysłuchajcie. Niekoniecznie musicie się do tego stosować, ale sama wiedza pozwoli Wam dostrzec w porę ślepy zaułek zanim jeszcze się w niego zapędzicie…

 

16 Komentarzy

  1. Bebok 9 stycznia 2015 o 17:53

    Taki trochę, stereotypowy, Polski Janusz, który od oglądania House’a zna się na medycynie, a po Usterce potrafi postawić dom i sam wykończyć wszystkie instalację i wnętrze :)

  2. rafal 9 stycznia 2015 o 18:50

    jedyny plus, że helmut chociaż chce próbować, a nie wychodzi od razu z założenie, że się nie da, że nie umie, fakt powinien wysłuchać Twoich rad, ale poszedł swoją drogą, ot taki buntownik

    helmut chociaż sam sobie taki wydech ulepił, poniżej zdjęcia jak wygląda wydech od polecanej firmy wykonującej swapy w kielcach
    https://dl.dropboxusercontent.com/u/6431713/Compact/Sport/IMG_0074.JPG
    https://dl.dropboxusercontent.com/u/6431713/Compact/Sport/IMG_0077.JPG
    https://dl.dropboxusercontent.com/u/6431713/Compact/Sport/IMAG6268.jpg

    1. Bebok 9 stycznia 2015 o 20:41

      Fakt. Nawet takich Januszow ale którym się chce, jest coraz mniej! Słuszne spostrzeżenie :-)

      A wydech to jakiś nie śmieszny żart praktykanta i majstra co auto kazał z tym wydać…

  3. spawarotti 9 stycznia 2015 o 20:40

    To no jest drut miedziany. ..g..

    1. Jurek 10 stycznia 2015 o 19:40

      Tylko jakoś dziwnie ulega procesowi korozji… Dziwny drut miedziany.

  4. Dominik 9 stycznia 2015 o 22:51

    Ja u siebie tam gdzie mi pękło założyłem puszkę od farby i owinąłem wszystko drutem. Ciekawe czy Helmut posłuchałby moich rad.

  5. radek 9 stycznia 2015 o 23:43

    Wydech mial miedziany ze uzyl miedzianego drutu?

  6. michal 10 stycznia 2015 o 01:14

    Ważne że mu się chce. Pospawa tak jeszcze 2 wydechy to się nauczy.

  7. Andrzej 10 stycznia 2015 o 14:18

    Uśmiałem się jak norka.
    Jakbym wydział siebie w trakcie prób lutowania płyek elektronicznych.

    Pozdrawiam
    Andrzej

  8. maciejowski 11 stycznia 2015 o 02:38

    screamer 4×4, grałem w to do upadłego, z 10 lat temu. aż chyba poszukam instalki.

    tekst o katalizatorach z drutu rozwalił mnie kompletnie. :D

  9. radosuaf 13 stycznia 2015 o 14:29

    „należy niestety do grupy osób, która uważa, że jest w stanie własnoręcznie naprawić coś, czego własnoręcznie naprawić nie potrafi” – a nie opisujesz tak zawsze siebie? ;)

    1. Tommy 13 stycznia 2015 o 14:36

      Zasadnicza różnica polega na tym, że kiedy ja przyspawam sobie nogę do wahacza podczas naprawy wydechu, to następnym razem będę już wiedział czego muszę unikać jeśli nie chcę, żeby to się powtórzyło (co nie zmienia faktu, że naprawiając błotnik pewnie dla odmiany przyspawam się do czegoś twarzą bo będzie to nieco inny proces technologiczny).

      Owszem – podobnie jak on nie posiadam instynktu samozachowawczego podpowiadającego mi, że lepiej żebym nie ruszał czegoś o czym nie mam zielonego pojęcia.

      Homar jednak jednak potrafi piętnaście razy pod rząd strzelić sobie w gwoździarką w nogę i bóg mi świadkiem, że zrobi to i po raz szesnasty.

      I siedemnasty…

      i osiemnasty…

      1. radosuaf 13 stycznia 2015 o 14:48

        A, to ja się w tym względzie plasuję gdzieś pomiędzy Wami (ale bliżej Homara), pomijając fakt, że raczej staram się niczego nie dotykać, bo fakapy strasznie przeżywam.
        A „cierpliwość” to tylko ze słownika języka polskiego kojarzę…

        1. Tommy 13 stycznia 2015 o 14:52

          Cierpliwości to akurat mi nie brakuje (poza tym jestem też szalenie przystojny – babcia może zaświadczyć) ale zdecydowanie powinienem popracować nad utrzymywaniem porządku w miejscu pracy ;}

  10. zibi54 7 lutego 2015 o 17:56

    Takich cudotwórców widuję u siebie często w warsztacie i czasami ręce i majtki opadają.
    A drut był miedziowany a nie miedziany co prawidłowo napisał Tommy

  11. Darek 30 sierpnia 2018 o 18:49

    Haha się trochę uśmiałem. Dobra historia, nie ma co. ;D Zaraz poczytam coś innego, to humor mi się poprawi! Pozdrawiam!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *