Prentki Blog Motoryzacyjny - Weekend pod znakiem czerwonej kontrolki - Prentki Blog Motoryzacyjny
13003
post-template-default,single,single-post,postid-13003,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Weekend pod znakiem czerwonej kontrolki

Jak pewnie widzieliście już na fejsbuku, w weekend wspólnie z Izą braliśmy udział w szkoleniu lawinowym w Tatrach. W dużym skrócie chodziło tu o nauczenie się co robić, żeby nie zginąć podczas zimowych akcji w górach (i jak ratować tych, którym to za bardzo nie wyszło).

Na miejsce szkolenia dotarliśmy już w piątek, a ponieważ bazę noclegową urządziliśmy w starym schronisku pod Morskim Okiem to od samego rana mogliśmy działać w typowo lawinowym terenie bez konieczności wcześniejszego dymania na sensowną wysokość różnego rodzaju szlakami i wyciągami.

Wygodnie.

Jak to jednak właściwie wyglądało – otóż każdego ranka wstawaliśmy wcześnie rano, jedliśmy zamarzniętą na kamień bułkę z serem, a następnie aż do zmroku wnosiliśmy na duże wysokości różne ciężkie rzeczy, staraliśmy się nie spaść w przepaść, trenowaliśmy techniki linowe rodem z sekcji BDSM na pornhubie, kopaliśmy w śniegu dziury (i chowaliśmy w nie dla draki wyposażone w nadajniki plecaki kolegów) oraz stwarzaliśmy różnego rodzaju sytuacje poważnego zagrożenia życia.

A przynajmniej ja stwarzałem – bo ktoś wyjątkowo nieodpowiedzialny najpierw dał mi do ręki dwa bardzo ostre czekany, a następnie kazał mi robić spidermana na zamarzniętym, kilkumetrowym wodospadzie.

Nie wiem jakim cudem nikt nie stracił tam oka albo lewej nogi.

Do czego jednak zmierzam – ponieważ w szkoleniu brało udział również paru naszych znajomych, ze względu na ograniczoną ilość miejsc siedzących w moim 328i do Zakopanego musiałem zabrać należące do Izy e46. Trochę szkoda bo droga z Zakopanego do Palenicy Białczańskiej jest wyjątkowo kręta i rubaszna, ale z drugiej strony dzięki temu nie musieliśmy zabierać ze sobą dwóch aut i płacić dwukrotnie za paliwo i parkowanie. Stwierdziłem więc, że od biedy jakoś to przeżyję (przekonała mnie Iza, która stwierdziła, że poczynione oszczędności zainwestujemy w piwo i chrupki).

I teraz tak – o ile, sam wyjazd i szkolenie przebiegły zupełnie bezproblemowo (na ile można powiedzieć coś takiego o jakimkolwiek wyjeździe, w którym biorę czynny udział), o tyle powrót już nie do końca.

Bo kilkadziesiąt kilometrów od Bielska-Białej w złotej wysrał się alternator.

Najpierw na desce przez ułamek sekundy mrugnęła czerwona kontrolka ładowania. Tutaj muszę zaznaczyć, że po paru latach jazdy starym BMW e30 mój mózg wyrobił sobie cechę, którą można zaobserwować u większości właścicieli kilkuletnich samochodów produkcji francuskiej – chodzi o totalne olewanie kontrolek, które świecą się krócej niż tydzień, bądź też nie mają bezpośredniego związku z płomieniami i gryzącym dymem wydobywającym się z czeluści deski rozdzielczej.

We Francuzach z usterkami jest trochę jak z katarem – w większości przypadków do siedmiu dni przechodzi im samo.

Ponieważ jednak Złota to nie Citroen, a na dokładkę po chwili kontrolka ładowania wróciła na stałe, doszedłem do wniosku, że najpewniej skończyły się szczotki albo mostek alternatora. Do domu na szczęście dotarłem bez problemu, ale kiedy następnego ranka chciałem wjechać Złotą do garażu, rozrusznik zareagował na ten pomysł równie entuzjastycznie co Iza na propozycję udania się na spontaniczną wycieczkę samochodową bo właśnie spadł świeży śnieg.

W niedzielę.

O 4 rano.

Wepchnąłem więc złotego klocka do garażu, a następnie udałem się do lodówki, żeby odebrać swoje jednostki uczestnictwa w funduszu inwestycyjnym o wyjątkowo stabilnym oprocentowaniu i wysokiej płynności, w który to zainwestowaliśmy zaoszczędzone w weekend 70 złotych. Następnie w mniej więcej piętnaście minut wyjąłem spod maski uszkodzony alternator, sprawdziłem jego numery i zamówiłem sobie używaną sztukę z allegro.

Razem z wysyłką kosztował 64 złote.

To o 4696 złotych mniej niż średnia cena rynkowa.

Gdybym był typowym posiadaczem taniego e46 to pewnie na tym cała operacja by się zakończyła, ale ponieważ zależy mi na tym, żeby Złota była nie tylko sprawna ale i pewna, to postanowiłem rozebrać stary alternator i wykonać we własnym zakresie jego pełną regenerację.

Jak typowy Ed Czajna i ten mały gruby.

Chcę po prostu, żebym podczas wypadu na Słowenię czy w góry nie musiał martwić się znów, że lada dzień może ponownie paść mi alternator.  Zamówiłem więc nowy komutator (to te miedziane obręcze na osi alternatora gdyby ktoś pytał), nowe szczotki, mostek prostowniczy, łożyska i kilka niezbędnych narzędzi – w tym 250 watową lutownicę. Wszystko kosztowało mnie kolejne 160 złotych.

Łożyska, komutator i mostek zamówiłem podwójnie więc kiedy zregenerowany alternator trafi już pod maskę, zajmę się też tym, który kupiłem jako prowizoryczny zamiennik. Podejrzewam, że po regeneracji uda mi się sprzedać go za jakieś 250-300 złotych.

Najpewniej przygotuję jakiś krótki poradnik jak rozebrać i zregenerować taki alternator we własnym zakresie – a nuż się komuś przyda.

Póki co wracam do garażu – muszę zrobić kilka ważnych przelewów.


20 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.