Odkąd bordowa stoi w warsztacie, wszędzie jeżdżę moim e30. Jakby na to nie patrzeć jest to obecnie mój jedyny samochód bo Escort zapadł już w sen zimowy pod ocieplanym pokrowcem, a Ibizą jeździ Iza (poza tym mam alergię na plastik z jakiego zrobili w niej deskę rozdzielczą – od samego patrzenia na nią jeżą mi się włosy łonowe).

I teraz tak – jeśli nie weszliście na prentkiego przypadkiem, szukając w internetach zabawek erotycznych albo porad co zrobić kiedy Wasze dziecko zje kostkę toaletową (serio mam to w źródłach odwiedzin) wiecie zapewne, że wiele razy odnosiłem się już do tego jak bardzo jazda starym samochodem różni się od przemieszczania się (bo to chyba właściwe słowo) czymś skrajnie współczesnym.

Bla bla bla, styl i charakter, bla bla bla, bez elektroniki, bla bla, manualna skrzynia i tak dalej…

Pewnie już Was tym trochę zanudzam.

Co gorsza, odnoszę wrażenie, że podobne teksty mające dowodzić wyższości starego Audi 80 nad nowym Focusem, tworzą w większości wypadków osoby, które kupiły niedawno swój pierwszy wóz (najczęściej zdezelowane e36 w rozregulowanym gazie albo jakąś wyjątkowo głośną Hondę z naklejkami na tylnej szybie) i zamiast skupić się na jego technicznym ogarnięciu myślą tylko o tym jak wcisnąć w nadkola te poszerzane felgi z łysymi oponami kupione na tablicy za cztery stówy.

Chodzi o to, że nie wiedzieć czemu praktycznie każdy, kto nie może pozwolić sobie na kupno czegoś nowszego stara się dorabiać jakąś fejsbukową filozofię do faktu, że jeździ kupionym za niecałe cztery tysiące złotych BMW czy tam innym obniżonym Volkswagenem.

„Wolę jeździć tym niż gównianym plastikiem z tą całą chińską elektroniką koleś. W życiu bym nie kupił nowego auta – to już nie są prawdziwe samochody tylko jakieś AGD na kółkach.”

Takie podejście może nawet wydawać się całkiem fajne, trendy i w ogóle to pełen indywidualizm jednostki w tym do cna skomercjalizowanym świecie, ale problem w tym, że najczęściej takimi tekstami posiłkują się osoby, które pół roku później spuszczają tego swojego „prawdziwego klasyka” w toalecie i bez mrugnięcia okiem przesiadają się do Astry 1.4 rocznik 2013.

Bo akurat rodzice zmieniali samochód i doszli do wniosku, że szkoda ją sprzedawać, a przynajmniej ich syn nie będzie jeździł starym gratem.

Dziwne, nie? Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ten „współczesny plastik” staje się pełnoprawnym samochodem, a stary wóz, którego nasz młody idealista i człowiek oświecony „nie zamieniłby na nic nowszego” ląduje bez chwili zastanowienia na pobliskim szrocie.

Bo często jest tak, że kiedy ten nasz zagorzały miłośnik klasyków ma już nowy samochód, nie chce się mu nawet szukać dla swojego „ukochanego staruszka” nowego domu. Innymi słowy – ma totalnie w dupie co też stanie się z samochodem, który (jak twierdził na twarzksiążce jeszcze 2 tygodnie temu) jest ważną częścią jego życia.

To przykre ale tak niestety wygląda realna twarz tego współczesnego zamiłowania młodych ludzi do starych samochodów. Tak, bezwarunkowo kocham swoje stare auto. No chyba, że będę miał możliwość przesiąść się do czegoś nowego – wtedy to już nie.

To gorszy kibel ideologiczny niż te wszystkie internetowe ruchy poparcia dla pasty aquafresh.

Nie twierdzę oczywiście, że dotyczy to wszystkich młodych ludzi, którzy kupili samochody z lat 80 czy 90-tych ale pomimo, że nie mam zbyt wielu znajomych, którzy mają te 20 lat, to i tak spotkałem się już z kilkoma takimi przypadkami (a o paru kolejnych słyszałem podczas podśmiechujków przy piwie). Zakładam więc, że nie jest to jednostkowy przypadek tylko jakaś choroba społeczna o nieokreślonym zasięgu. Jeśli młode pokolenie z taką samą konsekwencją podchodzi do związków czy szeroko rozumianych obowiązków to mam poważne obawy co do tego kto właściwie za te 30 lat będzie pracował na te moje 300 złotych emerytury.

Powiedzmy to sobie szczerze – stare samochody są trudne.

Nie jeżdżą tak dobrze jak ich współczesne odpowiedniki. Nie są tak komfortowe, bezobsługowe czy bogato wyposażone, a żeby czerpać z jazdy nimi radość trzeba zaakceptować sporo dość istotnych ułomności, które w nowszych modelach udało się już wyeliminować. Nie oszukujmy się – oprócz tych wypisywanych w internetach na monochromatycznym tle plusów mają one niezliczoną wręcz ilość wad.

Ale to właśnie sprawia, że mają też swój charakter – są trochę bardziej ludzkie.

Cała sztuka polega na tym, żeby pokochać taki samochód pomimo tych wszystkich wad i problemów. Mieć świadomość, że nie jest on idealny ale przyjąć to na klatę i cieszyć się bo przecież są w nim te wszystkie wspaniałe rzeczy, za które kochamy motoryzację.

Cieszyć się nim, a nie udawać, że super, wszystko gra – a gdy tylko pojawi się pierwsza lepsza okazja, próbować uciec z młodą sąsiadką z naprzeciwka.

Tak się po prostu nie robi.

55 Komentarzy

  1. Mirek 18 listopada 2015 o 12:38

    Wszystko zalezy od sasiadki, wiadomo dla jakiejs nudnej Mariolki to nie warto, ale Sandra?!!
    A powazniej troche, niestety tak to wyglada, o ile jeszcze z samochodami ti niech sobie tam robia co chca, ale zobacz ile jest chocby samotnych matek w wieku do 20 lat… albo samotnych dzieci w domach dziecka.
    No bo po co brac na barki obowiazki, jak mozna miec to w czterech literach i imprezowac? No po co?
    Tak niestety zmienia sie wszystko, po najmniejszej linii oporu.

  2. radosuaf 18 listopada 2015 o 12:53

    Kurde, Tommy, powoli zaczynasz szarżować. Mimo całej mojej miłości do (francuskiej i włoskiej) motoryzacji, nie męczyłbym się w jakimś starym papciu, gdyby mi to nie sprawiało przyjemności. I tak, jak gościowi, który nie dał mi przeglądu na berlinę i zasugerował, żeby ją złomować, chciałem po ludzku, zwyczajnie przyjebać i mogę potwierdzić, że wolę jeździć Alfą 75 2.0 z 1989 niż Punto 1.4 z 2014 (nie żebym miał coś do Punto, ale ten silnik to jest jakaś padaka kompletna), to już jazda Giuliettą jest jednak na swoje sposoby przyjemniejsza, tak samo jak czasami wolę jechać 75.

    Prałbyś w pralce, która cieknie, tylko dlatego, że wiernie służyła przez 10 lat? No właśnie, samochód jest gdzieś w połowie drogi między pralką a partnerką i mniej więcej na tyle uwagi zasługuje :).

    1. TQMM 18 listopada 2015 o 16:02

      Radosuaf – problem w tym, ze to nie tyczy sie Ciebie. Nie latasz po blogach z haslem „jezdze klasykiem, gardze plastikiem” i np.: kupujesz nowego Aurisa, bo jest okazja i nagle zapominasz o poprzednich wozach.

      Tommyemu bardziej chodzi o tych hipokrytow, co majac stary woz, uwazaja sie za Chip Foose’ow tuningu, a maja problem z utrzymaniem wozu w sensownym stanie technicznym.

        1. radosuaf 19 listopada 2015 o 10:22

          A nie chcesz kupić mojej 75 może? Mnie już powoli brakuje sił… Miałbyś zajęcie na kilka (-naście, -dziesiąt) weekendów :).

  3. radosuaf 18 listopada 2015 o 12:56

    Ejże, ejże… MASZ KORALIKI NA FOTELACH W E30?????!!!!

    1. Tommy 18 listopada 2015 o 13:03

      Ja bym mu pewnie przyjebał ;)

      Odnośnie porównania do pralki – nie chodzi o sam fakt prania w nowej pralce. Tak jak wspominałem te nowe są z reguły dużo bardziej user friendly, cichsze, żrą mniej wody i w ogóle haj lajf. W kupowaniu nowej pralki nie ma niczego złego – w pełni to rozumiem.

      Sęk w tym, że społeczność motoryzacyjną Tworzą ludzie, którzy najpierw kupują stare, cieknące pralki, następnie dorabiają do tego jakąś wyższych lotów filozofię, a potem zamiast wymienić cieknący wąż wolą malować na czarny mat pokrętła programatora.

      Nad starą pralką, która trafiła na złom raczej nikt nie zapłacze, ale takie wykorzystywanie i dewastowanie samochodów (które jak sam zauważyłeś są znacznie bliżej partnerek niż AGD) zwyczajnie mnie wkurwia.

      A koraliki są w dechę i kropka – proszę się od nich odstosunkować ;)

      1. Dapo 19 listopada 2015 o 14:44

        Są tacy ludzie którzy płaczą nad starymi pralkami. Weźmy np jakiegoś serwisanta sprzętu AGD który ma w małym paluszku budowę pralek z ostatnich 30 lat. On dobrze wie, że do pralki 10-15 letniej były łożyska, silniki i szczotki które spokojnie wytrzymywały 10 lat a te co teraz robią sypią się po 5 albo nawet 3.
        Wracając do tematu motoryzacji, nie pomyślałeś że może są ludzie, którzy mają zarówno stare jak i nowsze samochody. Przecież można mieć dajmy na to 25 auto dla przyjemności, grzebania w nim, do czerpania przyjemności z jazdy i 5 letniego „golfa” do przemieszczania się z punktu A do B. Każde z tych aut spełnia zadania jakie są mu przypisane. Oczywiście każdym z nich jeździ się inaczej, ale nie wszędzie można lub opłaca się jeździć starym, klasycznym albo sportowym samochodom.
        Wyobraź sobie że masz 2 dzieci i Twoja „druga połowa” musi codziennie rozwieźć je do żłobka – przedszkola obniżanym coupe ładując z mozołem tą dwójkę do fotelików na tylnej ciasnej kanapie w dodatku wnosząc je przez przednie drzwi. Przecież to oczywiste że łatwiej byłoby zapakować je do 5 drzwiowego vana z odsuwanymi drzwiami bocznymi.
        Ja też uważam że obecnie nie produkuje się tak solidnych i niezawodnych aut jak kiedyś, że mają paskudne plastikowe wnętrze, ale nie oznacza to że nie mogę mieć takiego samochodu po prostu do innych zadań.

        1. Tommy 20 listopada 2015 o 09:43

          Dapo – ja nie mam nic do nowych samochodów. Serio. W pełni rozumiem ludzi, którzy je kupują. Co więcej – na rynku jest parę modeli, które sam pewnie bym kupił jako daily gdybym tylko miał taką możliwość.

          Chodzi mi bardziej o samo podejście do staruszków – o taką pozerkę ograniczającą się do woskowania lakieru i potajemnego łatania progów pianką montażową.

          Takie „Jeżdżę klasykiem gardzę plastikiem”, a w pięć minut później przesiadka do plastika bo klasyk złamał się na pół.

  4. radosuaf 18 listopada 2015 o 13:10

    Ano, tu się zgadzam. Dziwnym trafem dotyczy to niemieckich samochodów, prawda? :D Jak już ktoś kupuje starego Japońca, to jest świadomym użytkownikiem i nie spuści takiej 30-letniej Toyoty za bezcen, jak ktoś kupuje włoszczyznę, czy Citroena CX albo Renault 5, to też przy niej trwa, a te wszystkie opisy dotyczą sprzętów w stylu Golf III, jakieś stare Audi albo E36 właśnie :).

    Przemyśl jeszcze te koraliki.

    :D

    1. Tommy 18 listopada 2015 o 13:13

      Celnie! :D

      A koraliki zostają póki nie skończę Recaro ;) (w połączeniu ze starym tapczanem w wąskiej są na serio są zajebiście wygodne)

  5. Rafał Makutunowicz 18 listopada 2015 o 17:48

    Mam prawko od roku. Już pomyślałem, że ten tekst jest o mnie, bo moim pierwszym samochodem była E30 (sedan) i byłem z tego faktu niezmiernie dumny, że nie mam e46 320d jak połowa znajomych, niestety niedawno byłem zmuszony ją sprzedać i kupić coś tańszego. Kupiłem E36 compact z końca produkcji i przez pierwszych kilka dni nagle jakby już dla mnie nie liczył się ten klimat itd. o którym mówiłem wcześniej, spodobały mi się wszelakie unowocześnienia i nieco większy komfort względem E30. ALE jestem uratowany, jednak nie wszystko do mnie pasuje! Potrzebowałem kasy, bo jeszcze mając sedana stałem się posiadaczem E30 Coupe, którą razem z tatą odbudowujemy a kompot jest tylko tymczasowo i nie zmieniłem zdania ! Jeszcze „trochę’ godzin pracy, „magicznych zaklęć” mechanika i znów będę mógł chodzić i powtarzać „Jeżdżę klasykiem, gardzę plastikiem” ! hahahahhah :D

  6. Kuba S 18 listopada 2015 o 18:09

    A ja należę do tych szczęśliwych 30 latków którzy mogą pozwolić sobie na plastikowy dupo wóz przed domem i klasyka w garażu, ale w moim przypadku to jest realizacja swoich marzeń z czasów szkolnych i wczesnej młodości. ( chociaż na 911 Carrera 2,7 RS dalej mnie nie stać ale pracuje nad tym ) Jak zaczynałem stać mani nie było na 125p z 80r ale nie starałem się dorabiać do niego ideologi był tani i łatwy w naprawie. A w tej chwili jakby koś kazał mi niem jeździć do pracy i z powrotem( 65 km w jedną stronę )to przesiadł bym się na PKS. Ale i tak jak widzę takiego na drodze cieszę się jak dziecko.
    Do klasyka trzeba dorosnąć teraz jest to porostu modne jak każda moda przeminie.

  7. Tomasz 18 listopada 2015 o 18:33

    Mnie bardziej przerażają tacy co dopiero kupili niby swoją wymarzoną markę, codziennie na forum BMW mogę poczytać posty od ludzi którzy są tak usikani swoim autem że zasłania im to zdrowy rozsądek. Coś jak młode matki mają poporodowe zapalenie mózgu tak oni mają pokupne zapalenie mózgu.

    Wbiega taki na forum, czym prędzej się rejestrując, pierwsze co robi to wali zdjęcia gdzie popadnie, zakłada galerie w technicznych działach, nieważne on chce pokazać swoj wymarzony sprzęt. Akurat głównie siedze w dziale e36 wiec na tym się opieram. W tym temacie fotki jako takie wrzuci, napisze jak to w cenie złomu kupił i się pyta czy m52 dobry do turbo. W tym samym czasie pyta również jakie progi wspawać bo już nic nie ma. Potem sprowadzony na ziemie z tym turbo jednak będzie 2.8 wkładać bo bezpieczniej, taniej no ale te progi to myśli czy teraz czy po zimie lepiej. Nie ma stresu że auta lewarkiem się nie da podnieść żeby zimówki załozyć :P

    Co bardziej ogarnięty fachowo napisze że wymienił olej i filtr powietrza. To nic że świece mają ze 100tys przeleciane, filtr paliwowy ? w benzynie ? to się wymienia kiedys ? zdziwiony że olej w skrzyni i dyfrze trzeba zmienić bo nie wiadomo czy ktoś trocin nie nasypał żeby ciszej chodziło.

    Żaden nie pomyśli żeby wymienić płyn hamulcowy, no ludzie litości, żaden nie napisał że ma skorodowane przewody hamulcowe i je wymieni, albo spuchnięte przewody gumowe które można wymieć. Prędzej założy rure od rynny fi 150 niż założy dobre tarcze. Ma być słychać, ma być audio w postaci tuby w bagażniku, nieważne że w jego sedanie 316 ma blache miedzy kabiną a bagażnikem, musi być bas :) dla przechodniów…

    Kupuje ramki na zegary, rozpórki, dokładki, zderzakie pakietowe z ABSu bo przecież nie ori po 600zł plus lakiernik. Nie założy kanałów do chłodzenia hamulców bo po co.

    Nie tyczy się to BMW, to samo można obserwować w hondach, tam to jeszcze w sumie bardziej. O ile silniki w miare pancerne to przez nadkola można macać pasażerów z tyłu, rura najlepiej od motocykla na wydech, co tam że 1.4, jeszcze ci będzie mówił jak to idzie z tym Vtekiem. No idzie, przednimi kołami wjeżdza takie auto już na złomowisko. Jednego zapytałem na co ci te rozpórki na dole skoro na tor nigdy nie wjechałeś, opony używane dużo miesa prosto z OLX to nic że mają 12 lat :P z tyłu taki hondziarz założy takie jakieś ucho, nie wiem do czego może jest tutaj jakiś civc fan i nam wytłumaczy do czego jest z tyłu auta przykręcone takie wielkie ucho z blachy 3mm ? że co do wyciągania jak wpadniesz w bande na torze ? z 3mm blachy ? palcami się to wygina na aucie na boki.

    Kolejna sprawa to majster taki pyta jaki olej zalać, nie zada sobie trudu przeczytania choćby 1 strony wcześniej, nie zada sobie trudu żeby znaleźć instrukcje auta i zalać zalecany przez producenta. Jest wielce zdziwiony jak odradza się mu półsyntetyk bo przecież mechanik mu taki kazał lać bo silnik stary. Żeby mu się nie pociło z uszczelek, jak na półsyntetyku mu sie zacznie to potem mineralnym zaleje, potem to już chyba tylko silikonem od środka zostanie.

    No i ostatnia już tej mojej litanii (to przez pogodę) „coś mi się z autem dzieje”
    i tutaj możemy wpisać dowolność:
    – kapie olej, oczekuje odpowiedzi z forum skąd mu kapie olej zamiast zajrzeć pod maske czy pod auto
    – coś stuka z tyłu – nie podniesie auta na lewarku nie pokręci kołami, nie porusza nimi na boki, nie wrzuci biegu i nie pomyśli że można to sprawdzić pod blokiem. Trzeba mu pomóc zdalnie przez laptopa i stwierdzić co mu stuka :)

    1. sol 18 listopada 2015 o 19:06

      Całkowicie słuszna diagnoza, pomijając te pancerne silniki w hondach :) przez katowanie, zły dobór oleju i ogólny brak poszanowania te cuda japońskiej techniki bardzo często przy przebiegu ok. 200 000 km piją olej, jak dwusuwy…

      Poza tym wszystko się zgadza i ponieważ posiadam dwie stare Hondy, mogę się podpisać ręcyma i nogami. mam tylko nadzieję, że niedługo te „dżej-di-em” potworki pójdą na szrot i będzie można bez wstydu jeździć starym, zadbanym civem :)

    2. Tommy 19 listopada 2015 o 07:32

      Tomasz – zajebiście trafiony tekst :)

      Kiedy jeszcze sporo czasu spędzałem na forum Fiesty (w sumie to nadal na nie zaglądam ale dziś już bardziej dla ludzi niż wiedzy) często trafiałem na takie osobniki nazywane pieszczotliwie „biszkoptami” – to dokładnie ten typ o którym mówisz.

      Pierwszy temat na forum z pytaniem o swap na 2.0 i turbo, a drugi o to dlaczego to 1.1 tak dużo pali mu na lpg ;)

  8. Ferest 18 listopada 2015 o 21:08

    Widzę, że po odejściu Zbigniewa Łomnika (Z.Łomnik) Prędki zaczyna zastępować.

    Teraz trochę bardziej do rzeczy.
    Z dorabianiem ideologi jest całkiem sporo prawdy, ale…
    Na mojej ulicy mieszczącej 4 domy w 2 są warsztaty. Jeden mechnik to od razu szkoda gadać. Drugi był dobry, a wręcz bardzo dobry dopóki nie postanowił pójść w podobnym kierunku co pierwszy. Po prostu zaczął pieprzyć.

    Do czego zmierzam?

    Nie spotkałem się jeszcze z mechanikiem, który dobrze podchodziłby do auta w wieku 10+. Nie i kropka. Nawet oddając Rajdówkę po stłuczce to na nowej masce miałem po pół roku naloty rdzy. Po co robić dobrze?
    Jeszcze to gadanie „po co tyle ładować w starego grata?”, „Przecież za 120 kupiłbym ci komplet tarcz i klocków, a ty prawie 5 stów władowałeś. Na ch.. tyle?”, „Sprzedaj grata i kup sobie wraszcie coś nowszego”. Jak i od rodziny, jak i od mechaników.

    Nie ma po prostu uświadamiania kultury technicznej, połączone z naciskami są też powodem takiego stany rzeczy.

    Skąd mają czerpać tę wiedzę? Od mechaników? Śmiechu warte. Z forum? Ene due rike… ;)

    Normalnie przytaknąłbym w myślach i nie zostawił żadnego komentarza.
    Niestety doświadczenie i dzisiejszy dzień nasunęło mi takie spostrzeżenie.
    Z usług mechaników nie korzystam odkąt nie chciał zrobić nie hamującego tyłu.

    Z rodziną to u mnie dwa fronty. Rodzice całkiem zaakceptowali, że sprawia mi radochę zrobienie, jak i później jazda po zrobieniu danej rzeczy.
    Za to dziadkowie już od dawna cisną bym sprzedał to auto i kupił coś nowszego. Jakiegoś Golfa czy cuś. Nasiliło się po tym jak w Corolli poziom oleju na bagnecie zaczął obniżać się szybciej niż stan paliwa w baku. Decyzja drugie auto, a z C. jeszcze pomyślę co zronić. Drugiego auta jeszcze nie mam i jeżdżę autem rodziców, a Nastoletnia stoi na podwórku póki nie wywalę niepotrzebnych gratów z 2. garażu. Skłamałbym, pisząc, że nie myślałem o sprzedaży. Dzisiaj jednak komuś moje auto zaczęło wadzić. Oczywiście była tyrada, że mógłbym sprzedać, a nie łądować w grata. Nie, nie sprzedam będę robił. Wiekie oburzenie.

    Rozpisałem się. Czas kończyć.
    Więc dorabianie ideologi to jedno, ale środowisko, w którym żyjemy to drugie. Myślę, że ono ma główny wpływ na upadek ideologi.

    Koniec.

    1. remiq 18 listopada 2015 o 23:27

      Pewnie gdybym mnie było stać na nowe auto, to takim bym się woził, bo jak napisał Tommy, są cichsze, czasem mniej palą, są ładniejsze i podoba mi się, że w środku jest mnóstwo lampek i wyświetlaczy (taki mam fetysz).
      Jednak czy to jest nastoletnie Audi, czy Honda, czy np. uwielbiany przez Tommiego Fiat Palio Weekend, tak samo skutecznie dowiezie nasze szanowne 4 litery (nogi? ręce? oczy?) do pracy, na imprezę, na zakupy do Lidla, do babci na wsi.

      Ja nie sądzę, że stare auta są trudne. One uczą MYŚLENIA. To jest tona stali, szkła i gąbki z siedzeń, a nie konsola do gier. Trudne są dla tych, którym albo rodzice nie dorobili w procesie reprodukcji fragmentów mózgu odpowiadających za logiczne myślenie, albo leniów z nosem w smartfonie, takich, co bez nawigacji do kibla nie trafią, a po sraniu pytają na FB jak się podetrzeć, bo rolka papieru nie jest kompatybilna z ich selfie-kijem.

      Stare auta są prostsze, jeśli chcemy nauczyć się na nich czegokolwiek: mechaniki, elektryki, czy blacharki. W razie porażki nowe elementy są często sporo tańsze (dotyczy popularniejszych modeli, a nie np. Citroena 2CV, czy innego Escorta RS Cosworth) i nie ma takiej presji, że np. jak się źle łożysko z tyłu dokręci, to będzie trzeba kupić nową zespoloną piastę za 300zł, a komputer poczęstuje nas za to na największym wyświetlaczu takim warnem, że w kabinie zrobi się jasno.

      1. Ferest 19 listopada 2015 o 13:17

        Za drugi akapit mam ochotę polać ci – jeżeli pijesz.

        Właśnie, uczą myślenia.
        Nie neguję w żaden sposób kupna nowego auta, bo jest kilka takich na mojej liście. Dodge Charger HellCat, Toyota GT86, Vauxhall Monaro, Peugeot 508 czy Toyota Sienna… Jeszcze coś by się znalazło, no może, Hilux i coś jeszcze.
        Powyższe auta są przyjemne i względnie przewidywalne. Wciskasz gaz i skręcisz kierownicą raz na jakiś czas, ogólnie samo się pilnuje. Jest kilka wyświetlaczy. Akurat nadmiar wyświetlaczy tam gdzie nie trzeba drażni mnie (tak, jestem informatykiem – tak przy okazji), a zbyt prosto prowadzące się auto szybko znudziło by mnie.

        Jednak wolę „trójkę”, która czasem zmieni miejsce, twardo kręcącą się kierownicę czy świadomość, że żaden system bezpieczeństwa nie chroni moich czterech liter. Wybitnie uczy to myślenia za kółkiem. Jeszcze do tego dokładając do tego samodzielne naprawy. Jak ktoś potrafi sam zrobić przy aucie to normalna kobieta się nim zainteresuje (w sensie nie typu oh, ah, prych) i to doceni.

  9. Woodchuck 18 listopada 2015 o 23:25

    Kobiete bierzesz z cellulitem, a kadetta wzialem z halasujaca nagrzewnica, niedzialajacymi spryskiwaczami i panelu ogrzewania na wkrety….

    Ale jakos z obydwojgiem mi dobrze!

    1. Tommy 20 listopada 2015 o 09:46

      Jeśli tylko nie planujesz potajemnej ucieczki z nastoletnią sąsiadką i jej salonowym Yarisem to wszystko jest w jak najlepszym porządku ;)

  10. Daniel 18 listopada 2015 o 23:45

    Trafiles idealnie w temat. Chodzi mi po glowie Ladzina 2107. Stara fura, wiadomo. Bije sie z myslami, czy kiedys taka kupic, kusi.. Z drugiej jednakze strony moge w jej cenie zapodac auto z konca XX wieku. Wspoma, wtrysk, ABS, wygoda, pewniejsze na 500 km+ trasy. Latwiej ogarnialne przez wiekszosc mechanikow..

    Kazdy chce byc fajnym, dorabiac ideologie – jak sie potem jednak okazuje wygrywa w czlowieku ksiegowy, lub leniwiec..

    Ja mojemu polo ’88 przesunalem o piec lat wizyte w zgniatarce. Kupione za 850 zl, pod koniec juz blachy byly w stanie baardzo zlym, ale do 300 kkm dobilem! Tyle radosci za tak niewiele.. a szedl prawie jak gokart, o niebo fajniej niz nastepca z 1995. I choc szyby odparowywaly wiecznosc, nowego baku nie mozna bylo nigdzie dostac, a w srodku bylo glosno – to jeszcze w duszy za nim tesknie.

  11. Andreoz 19 listopada 2015 o 06:24

    Czlowieku prawie tydzien chorowem jak sprzedalem po 13 latach moja Fieste MK2. Az Zona pytala sie.co sie dzieje….:)…..dobrze ze mam na to dobre lekarstwo….:)

  12. jonas 19 listopada 2015 o 09:14

    Nowy samochód ma jedną, niezaprzeczalną zaletę i zarazem przewagę nad używanym – jest nowy. Nikt nie odwijał go z drzewa, nie pałował na zimnym, nie woził nieszczelnych pojemników z cuchnącymi cieczami, nie zamykał psa, który na skutek lęku separacyjnego dewastował otoczenie. Nie chodzi tu o to, przy użyciu jakich technologii zbudowano ten czy inny samochód, bo to nie ten temat, tylko o sam fakt, że skomplikowany mechanizm właśnie zjechał z taśmy produkcyjnej i jest gotowy do użycia. Jak do tej pory kupiłem w życiu jeden nowy i cztery używane samochody, i o ile o upalaniu żelaza z lat 80. nie wiem nic (bo mój najstarszy pojazd był z rocznika 1999), o tyle uczucie zjeżdżania z salonowego dywanika na szlak czymś, czym wcześniej nikt nie jeździł, trudno opisać. Coś w rodzaju samczej satysfakcji towarzyszącej deflorowaniu, ani chybi atawizm po małpich przodkach.
    Teraz mam dwa, ten nowy kupiony w zeszłym roku (ale model był dostępny od 2005, co w 2014 oznaczało jeden z ostatnich niedobitków z wolnossącą benzyną powyżej 2.0) i drugi, kupiony jako trochę zabawka, a trochę ułatwienie życia (model dostępny od 1999, mój egzemplarz jest z 2005, też wolnossąca benzyna) – zdarzyło się już kilka dni po zakupie, że drugi samochód okazał się niebywale przydatny, bo trzeba było jechać osobno w dwie różne strony – żona jednym, a ja drugim.
    No i jak to w używanym – to połamane, tamto niekompletne, tu poszarpane, a tam purchel i rdza, do tego wielka niewiadoma jeśli chodzi o maniery poprzednich użytkowników. Ze względu na robocze przeznaczenie tego samochodu niezbyt mi to przeszkadza, grunt żeby się zdrowo odpychał i nie kaszanił za często. Ideologii dorabiać nie będę, wystarczy że micha mi się cieszy niezależnie od tego, którym akurat jeżdżę.

    1. Bebok 20 listopada 2015 o 08:18

      Tak! To jest to czego mi brak! Bo gdybym dostał swoją betkę jako nówkę, kochałbym jak dziecko! Niestety problem ze starymi autami jest taki że są stare i często już przez kogoś przynajmniej raz, czy dwa zajechane.

      Nowe kupione jest po to żeby sprawdzić siebie i to jak się zadba! Dostanie się wóz kompletny, we wszystkie detale, wszystkie zaślepki, guziczki, zapalniczki, listwy i listewki, bez odprysku, bez dzwona i patentów!

      Jest szansa samemu doprowadzić wóz do wieku np 10 lat w oryginalnym stanie!

      1. Tommy 20 listopada 2015 o 09:52

        Macie sporo racji. Z drugiej strony – fajnie jest też przywieźć na plac takiego trupka i każdego dnia patrzeć na to, jak za Waszą sprawą dostaje on nowe życie. Że jeszcze tydzień temu ściągał w lewo, a teraz ma nowe, poprawione nawet hamulce i prowadzi się po prostu wspaniale.

        Że to już nie skrzypi, tamto świeci jak należy i w ogóle to już jakoś tak zdecydowanie lepiej jako całość wygląda.

        To jest w mojej ocenie największa zaleta starego samochodu. Nie to, że nie ma ESP. Nie to, że ma chromowane klamki albo silnik, który prycha rubasznie po ujęciu gazu, tylko to, że to Ty go tworzysz.

        To od Ciebie zależy jak będzie wyglądał i jeździł i w przeciwieństwie do samochodu z salonu w jego wypadku nie masz obaw uderzyć w coś młotkiem. Bo możesz. Bo i tak jest stare więc nawet jak nie naprawisz to wymienisz za 20 złotych.

        1. Bebok 20 listopada 2015 o 10:13

          True :) wóz do grzebania jest fajny. I generalnie tak jak piszesz, zadziała Zasada Pareta, czyli za 30% nakładów (czasu, pieniędzy itd) osiągniesz 70% efektu.

          Problem w tym że taki jeden wóz już mam i jest to dla mnie za mało :) Chciałbym dostać coś w 100% z salonu i zobaczyć czy faktycznie tak ciężko jest zadbać o taki wóz, żeby potem np w razie sprzedaży czy przekazaniu kogoś nie wstydzić się, nie nawijać makaronu na uszy. Chciałbym uzupełniać wszystkie braki w pierdołach na bieżąco, naprawiać całość konkretnie a nie odnajdywać coraz to nowsze patenty i czarodziejskie druty. Części dostać i wymienić, a nie szukać po aukcjach, żeby odnaleźć je w cenie wozu.

          Przy takim samochodzie z salonu do tych 60 tysięcy brutto idzie tak żyć IMHO :) Druga strona że żaden z tego klasyk nie będzie.

          Ale w ten sposób mam złoty środek. Coś z lat 90 korzeniami w 80 do delektowania się, jeżdżenia, bawienia, dłubania, i coś współczesnego, nowego, do „wsiadania do salonowo nowego” codziennie :)

          1. Tommy 20 listopada 2015 o 10:55

            Ja jako codziennego zakupowozu używam 328i. E30 to (przynajmniej na razie) mój samochód zastępczy, a Escort – okazjonalna weekendówka na ładną pogodę.

            bMyślę jednak o tym, żeby na wiosnę pozbyć się należącego do Izy Seata i w jego miejsce kupić jej na daily jakieś e46 z mocną szóstką pod maską i sensownym wyposażeniem. Albo jakąś Alfę 166 lub coś w podobnym klimacie.

            Oficjalny powód jest taki, że chcę, żebyśmy mieli na podjeździe zwykły, cywilny wóz, który nie obawia się progów zwalniających, nie ma pasów szelkowych i nie idzie bokiem kiedy tylko zrobi się odrobinę wilgotno.

            Ta opcja zdecydowanie podoba się Izie bo czasem nie chce się jej wypinać szelek, przestawiać fotela, a potem kombinować jak wjechać na parking pod siłownią bez gubienia przedniego zderzaka.

            A mnie pasuje bo mając taki awaryjny cywilny wóz na jakieś wypady rodzinne i inne okazje będę mógł wywalić z bordowej resztę tapicerek, wstawić kubły i klatkę.

            I będę miał takie daily, że niepotrzebna będzie mi wyścigówka ;)

            1. Bebok 20 listopada 2015 o 13:34

              Fajny plan! :) Mojej betki z Vka też z powodzeniem używałem jako daily drivera. Ale dużo jeżdżę po południu Polski, za swoje a im mniej spale tym więcej mam w kapsie zarobionych PLNów, dlatego skusiłem się pierw na szkaradę a teraz na 1,4 z ośmioma zaworami, bo jednak v-max 110 to za mało. A mamy to szczęście że jest u nas trochę dróg ekspresowych. =]

            2. Tomasz 21 listopada 2015 o 12:38

              Idealnie się tutaj nada e46 330i najlepiej w kombiaku :) reczna skrzynia 6, albo automat dla leniwych i sporo wyposażenia i już :)

              Zamulać nie będzie, jeździ dobrze, kombi dlatego żeby właśnie się spakować w góry czy nad morze. M54 nie pali wiele, jak jeszcze zatrujesz gazem to tylko latać.

        2. jonas 20 listopada 2015 o 22:38

          W nowym z salonu w nic nie trzeba uderzać, przynajmniej przez jakiś czas.

          Ale fakt, doprowadzanie sobie wedle swoich zapatrywań używanego samochodu, olewanego przez poprzedniego właściciela tym bardziej, im bliżej było sprzedaży, ma w sobie jakiś urok. Zdjęcia przed i po, czyszczenie wnętrza i towarzyszące temu znaleziska, polowanie na części, knucie nad zamiennikami bo oryginały niedostępne albo koszmarnie drogie jak na przydomową dłubaninę, wreszcie satysfakcja z tego, co się samemu przy samochodzie zrobiło. W bagażniku brakowało maty, kupiłem dwa metry bieżące takiej samochodowej wykładziny (coś około 30 zł za metr), odrysowałem na papierze szablon, wyciąłem, przymierzyłem i potem kilka razy otwierałem bagażnik tylko po to, żeby jeszcze raz popatrzyć na swoje dzieło. Mała rzecz, a cieszy, jak powiedziała hrabina do hrabiego na ich pierwszej schadzce.
          W kolejce są jeszcze DRL w miejsce halogenów i mocowanie tylnej półki, bo barabani i wylata, technicznie rzecz ujmując. I płyn hamulcowy. I zabezpieczenie tarczobębnów przed korozją, bo paskudnie wyglądają przez pięcioramienne alusy. I tak dalej, i tak dalej.

  13. Beddie 19 listopada 2015 o 13:08

    Kurde, jednak jestem przejebanym motogrzybem. Masa osób tutaj pisze o ucieleśnieniu samochodów kilkunasto-dwudziestoletnich. Kurde, toć takie auta się kupuje jak się chce w miarę młody, prostu dupowóz. Prawdziwy fun jest w poganianiu na codzien czymś co jest zakorzenione w latach 70. tylko takich jakkolwiek sensownych, a nie chujnia w stylu poloneza. Za to uwielbiam moje aktualne Volvo 245. Jest duże, cholernie wygodne, pali uczciwe (na moje standardy) ilości paliwa, buja się jak łajba, miejscami trochę trzeszczy, jest zajebiste.
    Jonas, rozumiem Twoje podejscie, choć go bardzo nie podzielam ;) Dla mnie nie ma większej przyjemności niż władować sie do dobrze wyczyszczonego, starego samochodu. Wypolerowany lakier, wymyte wszelakie wnęki, wyprana tapicerka i niech to sobie wyschnie spokojnie na słońcu i wietrze. Wtedy nie masz zapachu czyichś płynów ustrojowych tylko zapach starych, już nie stosowanych materiałów. To jest zajebiste :)

    1. jonas 20 listopada 2015 o 09:13

      Jak to szło? Zapach nowego samochodu nie może się równać z niczym, może z wyjątkiem cipki.

      Nie jestem francuskim pieskiem na jedwabiach chowanym, żeby mi zapachy poprzednich właścicieli przeszkadzały. Zresztą po zakupie i ogarnięciu podstaw (papierologia, oleje, filtry) dałem samochód do gruntownego czyszczenia, tzw. pakiet sprzedażowy – pranie tapicerki, foteli, podsufitki nawet, odkurzanie zakamarków, takie różne. Nadal czuć czymś nieokreślonym, ale Toyoty chyba po prostu tak pachną zawsze, kolega miał Corollę E11 i ona pachniała bardzo podobnie.
      Jednak ponieważ mam porównanie bezpośrednie, to mogę śmiało stwierdzić, że co nowe to nowe. Nie musiałem do tego nowego dorabiać kluczyka, bo obudowa połamana w drzazgi i pastylka immo wypadała w losowych momentach. Nie wyjdzie mi za jakiś czas korozja, bo ktoś wcześniej po partacku naprawił pogięty błotnik. Nie mam poszarpanych pasów, bo psa wożę w bagażniku na specjalnej macie, zamiast pozwalać mu skakać po siedzeniach i gryźć co popadnie. Mogłem sobie wybrać kolor jaki mi pasował, a nie zadowalać się takim, jaki miał egzemplarz w najlepszym możliwym stanie (nie żeby Celica w czerni wyglądała źle, ale jakbym miał wybierać do niej kolor, to wziąłbym jakiś weselszy).
      I tak to idzie, niby drobiazgi, ale to one się składają na całość.

  14. Łukasz 19 listopada 2015 o 14:57

    Mój znajomy mawiał, że nigdy nie będzie jeździł samochodem młodszym od siebie i dzięki smykałce co do naprawy i majsterkowania wyremontował już nie jednego antyka. Trzeba mieć pasje do takich rzeczy, wtedy posiadanie starego samochodu przynosi radość.

  15. Ramox 19 listopada 2015 o 15:29

    Daleko mi do bycia wspomnianym biszkoptem. Moje stare BMW odzwierciedla moje życie wewnętrzne. Jeśli coś mu dolega to ja jestem przybity. Za każdym razem, gdy w nim dłubię czy to sam, czy z pomocą przyjaciół to w nawet najgorszy dzień dwie godzinki roboty sprawiają, że jestem znów pełen energii do życia.

    Nie miałem nowego samochodu na własność, ale korzystałem przez pewien czas z prawie nowego ( rocznego). Nowe auta są wygodne. Ale po powrocie do mojego starego BMW zawsze byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

    Są momenty, gdzie najchętniej bym spuścił je z najbliższej skarpy. Ale potem idę się przejechać wieczorową porą i wszystko jest już jasne. Ten stary grat to ja. On to ja. Są chwile smutku i nieurodzaju, ale także dni radości i żniwa. Nawet, gdybym go sprzedał, dołożył i kupił nowy samochód.
    Po prostu nie byłbym sobą.

    Wybaczcie chaotyczny ton komentarza, ale jestem po niemal nieprzespanej nocy i pozostały mi jeszcze dwie godziny pracy – więc sam nie wiem co piszę. Ale na pewno szczerze :)

  16. Kubutek 19 listopada 2015 o 23:23

    Nie zgodzę się co do pralki (tudzież kuchenki etc.) W moim przypadku,oczywiście jakieś 3-6 miesięcy po gwarancji,”zesrała” sie na amen kuchenka.Zdecydowanie stać mnie na nową ale się wku…wiłem,znalazłem za 1zł (słownie : jeden złoty) na tablicy.Firma Wrozamet.Ma cirka 30 lat.U mnie już 2.I nie chce się zepsuć.Lodóka,było podobnie.3 lata wytrzymała.
    Ojciec nie wie ile miał lodówek,za to w garażu,do chłodzenia piwa w lato:)) stoi (działa i nie była NIGDY! w naprawie) lodówka z ….1974 roku.
    Z samochodami jest to samo.
    Nowy wygodniejszy,ekonomiczniejszy etc.Zapewne.Jednak zjebie się zaraz po gwarancji,koszty napraw są z kosmosu i do tego dąży rynek.
    Dla mnie jest jeszcze inny ważny aspekt.Obecnie postawi się kilka marek samochodów w odległości 100m i w zasadzie wszystko (prawie) wygląda tak samo,nie wspomnę,że firm produkujących obecnie samochody jest kilka (nie marek,a firm) Jak się jeździ BMW E36,to się jeździ niemieckim BMW.Jak się jeździ F30,to się jeździ…w zasadzie nie wiadomo.Chińskim składakiem z silnikiem PSA z Peugeota (taki strzał ale któreś tam diesle są francuskie)
    Się rozpisałem…:)

  17. Bebok 20 listopada 2015 o 08:35

    Aż poczułem się trochę dotknięty, czy przypadkiem nie jest to nawiązanie do mojego wpisu :)
    W stylu „Szkarada się nie podoba? Nowe się zachciało?!”

    A problemem współczesnego świata jest to że każdy chce wyglądać na kogoś fajniejszego niż jest!
    Dlatego „ważne” jest żeby telefon miał gigantyczny ekran o parametrach Nokii 3310 który jest bez sensu a nie wyświetlacz dobrej jakości, żywotność baterii czy pojemność. Są potem gnioty za 300zł udające coś wartościowego.
    Dlatego „modne” ciuchy mogą wyglądać jak ściągnięte z kloszarda, grunt że kosztowały majątek i mają metkę. Jesteś modny i tyle!
    Dlatego każdy boi się wyrazić swoją opinię np na temat polityki jeśli jest uznana jako kontrowersyjna przez więcej jak 50% społeczeństwa.

    Dlatego samochód to nie może być twoim samochodem takim na jaki cię stać, jaki jest sensowny.
    To musi być twoje wow! On musi pokazywać jaki jesteś zajebisty, jest to to twój lajtstajl! Kupiłeś go z wyboru i gówno kogo obchodzi że kosztował 2000, dobrałeś do niego chrom na metry za 20zł i udajesz że jest to coś czym nie jest.
    Jesteś zajebisty i tyle a tych wszystkich którzy powiedzą Ci że się nie znasz nazwiesz bogatymi pojebami!

    I będziesz się zapierał że to nie twoja pozycja finansowa zmusiła Cię do takiego zakupu. „To twój wybór”. Bo przecież nie możesz być taki niemodny i niebogaty! Więc będziesz forsować jaką to głęboką więź masz ze swoim trupem i sentyment do „starych” wozów.

    Zmienisz twoje kochane auto przy pierwszym niezdanym przeglądzie. „Bo naprawa była bez sensu w tak starym aucie, powiedział mechanik”…

  18. Kubutek 20 listopada 2015 o 11:16

    Bebok,nie wiem czy to było do mnie.Jeżeli tak,to napiszę ci tak.Mogę teraz bez napinania kupić nowe auto do powiedzmy 60-70tys.
    Ja np.nikogo nie udaje,ludzie którzy mnie znają,wiedzą,że mam „pierdolca” na punkcie starych aut.
    Nikt mi nie powie,że jak kupowałem Mercury Cougara z 1990 roku,to kupowałem go dlatego,że nie stać mnie na inne auto:) o mojej mocno wiekowej Vetcie nie wspominam.
    Ostatnio na podjeździe MB W140 i wierz mi,że nawet za dopłatą nie zamieniłbym na nowsze W211
    (nomen omen są tańsze na rynku wtórnym,ciekawe dlaczego nie?:P)

    Tak na zakończenie,żeby było śmieszno (albo i straszno) zarabia na mnie m.in bus.Stary Peugeot Boxer.NIe zamienię na nowego.Dlaczego? Kolega zamienił tzn. kupił nowego Ducato (jeden wuj) Po 40 tys. skończyło się sprzęgło.Teraz (60tys) zapala mu się check i traci moc,oraz pękła mu sprężyna,
    Mój ma….jakieś 540tys. z czego u mnie ponad 200.Nie dotykam się do tego samochodu,a że brzydszy,głośniejszy itd,mam wyyebane

    1. Bebok 20 listopada 2015 o 13:53

      A nieee :D spoko. Chodziło mi raczej o cały wpis Tommy’ego :)

      A komentarz był odnoście ludzi (młodych i starych) którzy mają kompleksy z byle powodu i napinają się choć wcale nie ma czym i wcale nie ma powodu do wstydu gdy mają to co mają :)
      Wstydem jest cięcie sprężyn albo dokładanie za ostatnie grosze plastikowych dokładek, żeby potem na miękkim zawieszeniu zgubić je na dziurach czy przy zjeździe z krawężnika :D

  19. radosuaf 20 listopada 2015 o 12:58

    Z jednym się muszę w sumie zgodzić – te NAJNOWSZE samochody to jest faktycznie w większości totalna spierdolina. Naprawdę niewiele zostało samochodów z normalnymi zegarami (i, kurwa jego mać, tak podstawowymi wskaźnikami jak temperatura cieczy, a czasem nawet oleju i normalny wskaźnik poziomu paliwa), z klasycznym ręcznym na wajchę i bez tabletu zamiast analogowych pokręteł.
    Mam nadzieję, że mojej nowej Alfuni nie uda mi się skasować i zostanie ze mną na długo, bo z motoryzacji A.D. 2015 i nowszej to już się chyba wypisuję.

    1. radosuaf 20 listopada 2015 o 13:00

      Zapomniałem dodać, że powoli bagnet w niektórych samochodach też staje się wyposażeniem na miarę systemu nagłośnienia Harman Kardon i za ten kawałek metalu trzeba DOPŁACAĆ. O ile w ogóle można, a producent nie wpadł na pomysł, że poziom oleju najlepiej sprawdzać w ASO.

  20. Iglo 20 listopada 2015 o 20:14

    Tak się w życiu złożyło, że nigdy nie mogłem pozwolić sobie na dwa auta, żeby jeden zapewniał przynnajmniej 90% pewności mobilności, a drugi na spokojnie dłubać itp. Więc był standardzik po polsku, czyli samochody między 7 a 13 lat jeśli chodzi o wiek. Z tym, że zawsze dobierając według klasycznego klucza, starałem się urwać „coś” dla siebie. Jak byłem kawalerem i potrzebowałem dla mnie i dziewczyny pierwsze miejskie auta to było Twingo. Bo mnie fascynowała taka żaba, taka inna była. Następna też, w tej już wiedziałem czego szukam i były ekstrasy rzadkie w modelu, np. cały szklany dach. Potem już rodzina, jedno dziecko, drugie. Jak żona zaczynała jeździć i potrzebowała do nauki to Saxo, bo w Gran Turismo na Playstation nim jeździłem, bo mi się podobał akurat taki grzybo zwyklak. Jak przyszła pora na kombi, gdy wszyscy mówili passat, mazda6, octavia chociaż, to zapragnąłem się zmierzyć z legendą crapu Laguny II (btw, przy benzynowych wersjach to normalne auto). Teraz życie zmusiło do osobowej wersji dostawczaka i początkowo myślałem, że tu już nic nie znajdę co mnie zainteresuje, zaciekawi, ucieszy, a jednak, fascynuje mnie jak to wszystko użytkowo jest dograne, jak wygląda jazda narzędziem, przedmiotowe podejście do trasportu..
    A co najważniejsze, wszystkie swoje samochody lubiłem, miały ksywy, szybko zapominałem im bolączki, pamiętam przyjemne chwile i wypowiadam się w superlatywach. I jak widzę na ulicy to mam w głowie przelot filmu z przedkością x150 z wszystkimi fajnymi chwilami. I z żalem wspominam chwilę, jak nowy nabywca odjeżdżał, a nie że „człowiek się cieszy dwa razy, jak kupi i potem jak uda się sprzedać”.

    1. radosuaf 20 listopada 2015 o 21:15

      O, w końcu ktoś, kto lubi Francuzy! PIĄTKA!

      1. Iglo 24 listopada 2015 o 11:55

        Lubi jak lubi, skłonność do francowatych to wypadkowa wielu rzeczy. Wypadkowa ceny i tego co się za nią dostanie, łatwość znalezienia obiecującego egzemplarza na rynku jest dużo większa od najbardziej rozchwytywanych marek, a jednocześnie dostęp do części nie jest problematyczny jak w przypadku różnych wynalazków. No i najważniejsze, mechanik. Mój, zaufany, sprawdzony, myślący mechanik specjalizuje się i robi tylko francuzy. Więc nie ma co wywarzać otwartych drzwi. Ale nie ukrywam, lubię i jeszcze się nie zawiodłem.

  21. Jurek 20 listopada 2015 o 21:30

    Taki 125p. Ma co najmniej 125 zalet i co najmniej 1500 wad. Ale jakoś fajnie na duszy się robi, jak sięgnie się pamięcią wstecz i okazuje się że już 10 lat temu ratowałem tego złoma, żeby później mieć co spawać, malować i jeździć. Czy to dla przyjemności, czy z obowiązku, jak dupowóz niespodziewanie dojdzie do wniosku, że dawno się nie psuł i to już ten moment.

    I mimo całej nienawiści, którą darzę ten samochód, to dalej pcham w niego kasę, czas i zapał. Chociaż to nigdy się nie zwróci, ale pozwoli odczuć nieskrywaną satysfakcję.

    No ale trzeba mieć rozgraniczenie w starociach. Bo faktycznie jak młody woli stare panny, to no… :D

  22. Beddie 23 listopada 2015 o 09:00

    Radosuaf, dajże jakiś namiar na siebie, chce pogadać o Twojej 75, chyba że już nie sprzedajesz ;)

    1. radosuaf 23 listopada 2015 o 12:24

      Dodaj małpa poczta kropka onet kropka pl :).

  23. Jacek 26 listopada 2015 o 11:56

    Tak średnio nawiązując do tematu, czytając twojego bloga, przypomniało mi się jak w latach młodości jechaliśmy w piątkę na spływ kajakowy, 450km, z rowerem, trzema namiotami i każdy miał duży plecak turystyczny. Jechaliśmy Corsą B. Czasem wspominam tą sytuacje, kiedy nie mogę upchnąć klamotów do Opla Zafiry jak jedziemy w trójkę na święta :v

    1. Tommy 26 listopada 2015 o 11:58

      Kiedyś pojechaliśmy z Bielska na Mazury na rajd.

      Na trzy dni pod namioty.

      W piątkę.

      Maluchem…

      I jakoś się dało ;)

  24. x 14 grudnia 2015 o 00:21

    No dobra, mam Astrę 1 po pierwszym właścicielu. Mam ją już 13 lat. Stoi na zewnątrz. Potrzebne: reparaturka wlewu, nadkoli, nowa maska, zgnite okolice sprężyn tył. Szyba przód – porysowana. Nie wymienię innych drobnych przypadłości – niemozliwych do usunięcia bez kanału/warsztatu/zaprzyjaźnionego kumpla półdarmowego mechanika – BRAK takowych na widoku.
    Zabawy te pochłoną kilkaset zł co najmniej. A była nowa butla, sprzęgło, zawieszenie przód. I nadal to 60 konne toczydło bez wspomagania, ABS, z jedną poduszką i zeroprestiżem. Warto? Raczej nie.

  25. Anonim 28 maja 2016 o 14:29

    Dokładnie… obnoszenie się skrywa biedotę światopoglądową… stąd te wszystkie wynurzenia, ta walka o atencję…chęć poczucia się lepiej… ale nie ma się co złościć bo to domena znakomitej większości… i mądrzeje się po jakimś czasie czy jak tam kto woli – wyrasta… :)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.