Prentki Blog Motoryzacyjny - Prywatny harem to nie taka prosta sprawa - Prentki Blog Motoryzacyjny
12138
post-template-default,single,single-post,postid-12138,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Prywatny harem to nie taka prosta sprawa

Trochę wstyd się przyznawać, ale mimo, że mamy już koniec lipca to jak dotąd moje czerwone cabrio wyjąłem spod pokrowca tylko jeden raz. Gdzieś w okolicach maja pojechałem sobie na krótką wycieczkę, a potem schowałem je z powrotem, co by te osiedlowe jastrzębie nie skasztaniły mi się jak zwykle na świeżo wypolerowaną maskę.  I tak sobie stoi biedne, a ja czuję się jak skończona parówa za każdym razem kiedy przechodzę obok ze spuszczonym wzrokiem i udaję, że go nie zauważyłem.

A potem wsiadam do prentkiego 328i i odjeżdżam z piskiem opon płacząc jak bóbr i słuchając smutnych piosenek Ich Troje.

Nie lepiej wygląda z resztą kwestia malucha – ten jest gotowy do jazdy od ponad pół roku, a mimo to jak dotąd przejechałem nim może z piętnaście kilometrów. Z czego większość po podjeździe, bo kiedy muszę coś zrobić w innym aucie, co chwila przestawiam go z miejsca na miejsce.

E30?

Planję jego kompleksowy remont dlatego staram się jak najmniej je męczyć. Gdyby nie Ryba i jego wyprawa na Dzień Dziecka to od marca praktycznie nie ruszyłoby się z miejsca. Ostatnio pojechałem nim na stację żeby zatankować i szczerze mówiąc zrobiłem to tylko po to, żeby przetrzeć choć trochę zachodzące rdzą tarcze hamulcowe.

Na miejscu okazało się, że do baku weszło paliwa za całe 5,70 bo poprzednim razem zrobiłem dokładnie to samo i na śmierć o tym zapomniałem (wskaźnik żyje własnym życiem).

I teraz tak – podejrzewam, że większość z was myśli sobie teraz, że gdybyście to wy mieli na podjeździe tyle różnych staroci to jeździlibyście nimi aż do porzygu. Codziennie inny wóz, codziennie nowa przygoda, prawda? Zapewniam was jednak że nie, nie jeździlibyście.

To tak nie działa i zaraz wyjaśnię wam dlaczego.

Po pierwsze, ponieważ wszystkie te samochody trzeba gdzieś upchnąć, zwykle są one upakowane gęsiego na podjeździe, a najbliżej wyjazdu stoi ten, którym jeździliście ostatnio. W efekcie to właśnie z niego będziecie korzystali przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu. Bo zwyczajnie nie będzie się Wam chciało przetasowywać co chwila całego tego grajdołka (ostatnio kiedy naszła mnie na to ochota, przez dobrą godzinę szukałem kluczyków od malucha).

Kolejna sprawa – jeśli nie używacie jakiegoś samochodu przez okres dłuższy niż dwa tygodnie, w niewyjaśnionych okolicznościach dzieje się z nim to samo, co przytrafia się kobietom kiedy te kładą się spać.

Wieczorem jak gdyby nigdy nic zostawiacie wóz na podjeździe, a następnego ranka ranka wygląda on tak, jakby przez noc przejechał po nim czołg.

Na lakierze pojawiają się czarne zacieki, z kół zaczyna ulatniać się powietrze, dziczeje elektryka, a wnętrze zapachem zaczyna przypominać typowy oddział geriatryczny. Dam wam z resztą przykład – jakiś czas temu, korzystając z ładnej pogody postanowiłem zlitować się i w końcu zabrać Forda na spontaniczną przejażdżkę po mieście. Ponieważ jednak Ford nie ruszał się z miejsca od mniej więcej dwóch miesięcy, po zdjęciu pokrowca okazało się, że w jednym kole brakuje powietrza, zamek bagażnika za cholerę nie chce się otworzyć, uszczelka dachu zintegrowała się z drzwiami pasażera, a rozrusznik zamiast radosnego rzężenia wydaje z siebie tylko średnio entuzjastyczne kliknięcia i zgrzyty.

Potem zaś rozpoczął się automatyczny proces diagnostyczny i pojawiły się dwucyfrowe kody usterek.

W formie znaków dymnych z palącej się instalacji.

W efekcie słoneczne popołudnie, które chciałem spędzić na gonieniu za wiatrem po przyjemnie wyprofilowanych zakrętach musiałem poświęcić na leżenie pod autem i desperackie próby dotarcia kluczem płasko oczkowym do pewnej cholernie zapieczonej nakrętki M8. Kiedy skończyłem było już ciemno, a ja zamiast niezapomnianych wrażeń z jazdy miałem utytłane smarem włosy, liczne rany szarpane przedramion i dwieście złotych mniej.

Żebyście jednak sobie nie pomyśleli – problem nie dotyczy tylko mojego Forda. Takie problemy ma większości ludzi, którzy trzymają na podjeździe kilka samochodów i z jakiegoś powodu nie są w stanie użytkować ich regularnie.

Na przykład taka sprawa – ponieważ każdy samochód posiada akumulator to możecie być pewni, okaże się on rozładowany za każdym razem kiedy będziecie chcieli urządzić sobie jakąś wycieczkę.

Za każdym.

Żeby gdzieś pojechać, będziecie musieli wyjąć tego trupa z samochodu, podłączyć go pod prostownik, a w jego miejsce wsadzić akumulator wyciągnięty z auta, którym aktualnie jeździcie. Ponieważ jednak najpewniej nie będzie chciało się wam tego robić, to po prostu olejecie temat i po raz kolejny weźmiecie stojący najbliżej wyjazdu wóz.

A o rozładowanym akumulatorze przypomnicie sobie za miesiąc.

Kiedy to znów najdzie was ochota na spontaniczną wycieczkę za miasto.

Co więcej – nawet jeśli jakimś cudem uda się wam w końcu uruchomić silnik, najprawdopodobniej wasza wycieczka zakończy się na przydrożnym parkingu gdzieś daleko od domu, tuż po tym jak sparciały wąż układu chłodzenia postanowi powiedzieć pa pa – bo prawda jest taka, że trudno jest w pojedynkę upilnować tyle wozów.

A już szczególnie kiedy tak jak ja ma się iloraz inteligencji niewiele wyższy od typowej rybki akwariowej.

Widzicie, mam tak mało miejsca na zamontowanym w mojej głowie twardym dysku, że potrafię ustawić sobie w telefonie przypomnienie na 7:00, a o 7:02 nie pamiętać już totalnie czego ono dotyczyło.

Bo w międzyczasie obok przeszła Iza w tej swojej przykrótkiej pidżamce.

To sprawia, że o potencjalnych usterkach i problemach z autem przypominam sobie najczęściej dopiero wtedy kiedy gdzieś daleko od domu zapali się jakaś kontrolka. „Co do ku***? Aaaaaa… No tak – cholera, miałem przecież wymienić ten przewód od wspomagania…”.

Tak to zwykle u mnie wygląda.

Choć i tak nie mam jeszcze najgorzej, bo (całe szczęście) samochody, które mam są stosunkowo młode. Bastik, który trzyma w domu między innymi obłędne, pięknie utrzymane BMW E3 za każdym razem kiedy gdzieś z nami jedzie, musi być eskortowany przez dwie inne beemki wiozące zapas narzędzi, tabletek na uspokojenie i zapasowych części.

W przeciwnym wypadku nie dotrze nim nawet na koniec ulicy.

Znam też gościa, który ma dziesięć naprawdę zadbanych klasyków, a mimo to od dobrych pięciu lat ani razu nie dojechał nimi tam gdzie planował. Biedak do dyspozytora pomocy drogowej dzwoni częściej niż do żony.

Widzicie, utrzymanie takiej kolekcji w ruchu nie jest łatwe.

Nie jest też tanie.

Ani specjalnie przyjemne.

Pomyślcie chociażby o powtarzanej osiem razy pod rząd wymianie oleju.

Mimo to fajnie jest trzymać na podjeździe tak zróżnicowane, inspirujące muzeum. Móc patrzeć, dotykać i (przy odrobinie szczęścia i samozaparcia) jeździć samochodami, które tak bardzo się od siebie różnią, i które oferują tak odmienne doznania.

To trochę jak taki niewielki, prywatny harem.

Taki ze sporą porcją hardkorowego sado-maso.


18 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.