Nie wiem czy to cecha typowa dla tej części społeczeństwa, która zwykła spędzać wolny czas na wyrywaniu sobie włosów z twarzy i oglądaniu seriali o wyglądających jak abażury kobietach jeżdżących powozami, ale zauważyłem, że spora część imigrantek z Wenus najwyraźniej nie lubi, kiedy w życiu idzie im zbyt łatwo. To znaczy, nie, żeby kobiety specjalnie robiły sobie pod górkę albo nie potrafiły poradzić sobie z wyzwaniami – nie.

Chodzi o to, że zanim dotrą one do etapu, w którym zaczną szukać w końcu sposobu na rozwiązanie trapiącego je od dłuższego czasu problemu, wykonują wcześniej całą masę totalnie zbędnych i angażujących ogromne ilości energii czynności. To trochę tak, jakbyście w drodze na lotnisko po wjechaniu w dziurę w drodze złapali kapcia i zamiast czym prędzej szukać w bagażniku lewarka i zapasu, uznali, że w pierwszej kolejności musicie porozmawiać o tym z jakimś przechodniem.

A następnie chwilę popłakać i napisać wyjątkowo długi komentarz na profilu miejskiego zarządu dróg.

W efekcie kiedy kobieta ma do rozwiązania jakiś problem, zaczyna zwykle od nakrzyczenia na swojego faceta za to, że ten jakoś tak wyjątkowo irytująco oddycha, a następnie otwiera ona butelkę czerwonego wina i przez cztery godziny rozmawia przez telefon z koleżanką, z którą widziała się w pracy jakieś piętnaście minut wcześniej.

Przez pół dnia.

Z tym winem to też jest zresztą całkiem ciekawe, bo z tego co zauważyłem, w przypadku kobiet ulubionym miejscem do picia wina nie jest wcale elegancka restauracja pod miastem (jak zwykło się to przedstawiać to w komediach romantycznych z Hugh Grantem), tylko wanna w łazience na piętrze.

Ktoś, kto wymyśli kiedyś niezatapialne kieliszki do wina, będzie ku*** milionerem.

No dobra, ale wracając do tematu – przykład z życia. Jakiś czas temu Iza powiedziała mi o problemie w pracy, który nie dawał jej spokoju od paru dni. Kiedy skończyła mówić, zastanawiałem się nad tym w ciszy przez mniej więcej 10 sekund (warto wiedzieć, że jeśli zamyślony wyraz twarzy utrzymuje się u mnie dłużej to trzeba klepnąć mnie porządnie w potylicę, żebym się przypadkiem nie udusił bo prawdopodobnie poszedł mi jakiś ważny bezpiecznik), a następnie w całej tej swojej słodkiej, męskiej naiwności przedstawiłem jej w dwóch zdaniach jego bardzo proste rozwiązanie.

Teraz już wiem, że to był błąd, bo to tylko jeszcze bardziej ją poirytowało – okazuje się bowiem, że kiedy kobieta mówi wam o trapiącym ją od paru dni problemie to wcale nie po to, żebyście pomogli jej go rozwiązać. Co więcej – zapamiętajcie to sobie bardzo dobrze:

W ŻADNYM WYPADKU NIE WOLNO WAM TEGO ROBIĆ.

Co prawda nie zwykłem malować sobie brwi flamastrem ani dobierać butów do koloru czegokolwiek, dlatego nie za bardzo ogarniam determinujący to ciąg przyczynowo-skutkowy, ale w dużym uproszczeniu wygląda to tak, że jeśli spróbujecie doradzić coś proszącej o radę kobiecie, to oberwie się wam za to, że cztery tygodnie wcześniej zapomnieliście opuścić deskę od toalety.

Albo wynosiliście wczoraj śmieci nie tak jak trzeba.

Właśnie w tamtym momencie zrozumiałem, że Iza, mówiąc mi o tym wcale nie chciała żebym rozwiązał jej problem – bo z tym przy odrobinie chęci poradziłaby sobie sama. Tu chodziło o to, żebym go wspólnie z nią przeżywał. To jest sedno całej akcji – przeżywanie. Melodaramat, nieoczekiwane zwroty akcji i wielopoziomowa fabuła.

Kobiety, w przeciwieństwie do nas czują potrzebę przeżywania takich przygód bo ich system uczuciowy przypomina instalację LPG w 25 letniej, kupionej za 1500 złotych Alfie 156 V6.

To jest jeden, wielki chaos.

Gdybym to ja musiał funkcjonować z czymś takim to wymiana czegokolwiek w samochodzie trwałaby u mnie tydzień i każdorazowo kończyła się wizytą u psychologa.

Wracając jednak do tematu – konkluzja jest taka, że zamiast sugerować Izie prosty sposób na rozwiązanie trapiącego ją problemu, powinienem był poubolewać nad jej ciężkim losem, ponarzekać na to, na czym ten świat stoi i doszukiwać się związku między powodem powstania całego zamieszania, a tym, że trzy tygodnie wcześniej jakaś dziewczyna której nie lubi ktoś, kogo nie lubi ktoś inny, założyła jakieś buty.

Albo sukienkę – bo już szczerze mówiąc nie pamiętam.

Tak więc jeśli macie jakiś problem, to powiem tylko „ojoj” i na wszelki wypadek sprawdzę, czy aby na pewno dobrze wyniosłem te śmieci…