Wiecie co normalni ludzie robią w wolne weekendy?

Ja też nie – mam w końcu stary samochód….

Od kilku lat w weekend praktycznie nie wychodzę z garażu więc o świecie zewnętrznym i normalnych ludziach wiem stosunkowo niewiele. Wiem, że gdy przychodzi weekend, do sąsiada przyjeżdża jakaś rodzina z dziećmi bo kiedy naprawiam coś przy otwartej bramie garażowej to z drugiej strony ulicy nieustannie dochodzą wówczas różnego rodzaju krzyki, piski i groźby karalne które ów sąsiad wykrzykuje z wyraźnym uniesieniem w kierunku dzieci podpalających właśnie jego fiata bravo za pomocą gazet i podpierniczonej dziadkowi zapalniczki.

No i zapach kiełbasy z grilla.

Wiem też, że sporo osób w weekend wybiera się na górskie wycieczki ponieważ kiedy spawam coś na podjeździe (moją nową, czerwoną spawarką – a jak!) za ogrodzeniem co rusz przemykają starsze kobiety uzbrojone w fikuśne czapki z daszkiem, kijki do nart oraz kanapki z jajkiem i termosy zapakowane w  błękitne plecaki. Co chwila zapuszczają one ciekawskie żurawie ponad bramą – pewnie po to, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie trzeba mi w czymś pomóc.

Wiem też, że wiele osób spędza weekendy nad pobliskim jeziorem siedząc w pamiętających jeszcze czasy Napoleona leżakach turystycznych, popijając tatrę strong i czytając gazety, których ponad połowę objętości stanowią reklamy telefonów komórkowych i maszynek do golenia.

Ja tymczasem niemal każdą wolną chwilę poświęcam na naprawienie albo popsucie czegoś tak, żebym w następny weekend – w zależności od tego co robiłem ostatnio mógł to ponownie naprawić albo też popsuć. Co jednak istotne – doszedłem do wniosku, że matka natura wyposażyła mnie w wielkie paluchy specjalnie po to, żebym w żadnym wypadku nie próbował wypchać ich we wszystkie te drobne podzespoły chociażby mojego laptopa.

Ani telefonu.

I telewizora też nie.

Dlatego chcąc nie chcąc jestem skazany na siedzenie w garażu pełnym wahaczy, tłumików i sworzni, a nie pokoiku na poddaszu wypełnionym zapachem topników do lutowania i głowic VHS. To swego rodzaju system ochronny przypominający trochę rozwijanie czerwono-białej taśmy w miejscach, w których nie powinny znaleźć się żadne nieupoważnione osoby. Pomyślcie sami – gdybym miał niewielkie, smukłe palce to mógłbym z moim brakiem oporów już w wieku 3 lat rozkręcić swój pierwszy magnetowid.

W wieku ośmiu zamiast budowania samochodów z klocków lego tworzyłbym pierwsze układy sterujące i programował piekarnik tak, żeby klapą zgniatał ręce każdemu kto spróbuje włożyć do niego cokolwiek zawierającego warzywa.

A potem – ponieważ mam w organizmie testosteron dementujący miłość do nierozsądku i brawury, jeszcze przez trzydziestką zainteresowałbym się połączeniem tejże elektroniki z pirotechniką i tym samym byłbym odpowiedzialny za dziesięciokilometrowy krater pełen gruzu i krwawiących zwłok powstały w miejscu gdzie tuż przed tym jak podłączyłem czerwony kabelek do nie tej wtyczki co trzeba, stało moje osiedle.

Nie wiem jak Wy, ale ja mam coś takiego co nakazuje mi niemalże każdą wolną chwilę przeznaczyć na zrobienie czegoś w moim odczuciu „pożytecznego”. Nie potrafię tak po prostu wrócić do domu i usiąść przed telewizorem. To sprzeczne z tym co pod czaszkę upakowała mi matka natura więc kiedy tylko zmuszony jestem nic nie robić męczę się niemiłosiernie.

Dlatego też zawsze uważałem niedzielne msze za największą możliwą mękę.

To absurd, że miejsce, w którym teoretycznie spotykają się ludzie pragnący dziękować Bogu za „wszystkie dary” (włączając w to technologię przetwarzania chmielu oraz internetową pornografię), przesiąknięte jest chłodem, ciemnością i głosami wyrażającymi swą „radość” za pomocą śpiewu przypominającego twórczość Leonarda Cohena przygniecionego przez walec drogowy. A zatem siedzimy w ciemnych, posępnych, odciętych od piękna natury budowlach i słuchamy przesiąkniętego depresją nawoływania i biadolenia po to, aby tym samym chwalić boga, który dał nam życie i piękny kolorowy świat, z którego mamy korzystać ku jego chwale.

Ewidentnie czegoś tu nie rozumiem.

Ale wracając do czasu wolnego – prawda jest taka, że jeśli macie dom z kawałkiem ogródka to nie ma takiej możliwości, żeby nie znalazło się nic wymagającego jakiejś doraźnej interwencji. Zawsze trzeba coś umyć, przykręcić albo pomalować. Mnie osobiście sprawia to mnóstwo radości ale pomyślcie o tej sporej grupie mężczyzn, którym żony wpychają w ręce nożyce do żywopłotu, a następnie wyganiają ich z domu i żądają  aby przez najbliższe cztery godziny próbowali skrócić rosnące wzdłuż ogrodzenia tak aby nie przypominały krajobrazu po przejściu tornado.

Taki gość i tak nie ma co liczyć na to, że da rade niepostrzeżenie przekraść się przed telewizor obok odkurzającej dywany żony, więc chcąc nie chcąc przez pół dnia w pełnym słońcu tnie z nienawiścią te gałązki odkrywając przy tym wiele jak dotąd nieznanych ludzkości form łaciny.

I wcale nie dziwi mnie, że z każdym dniem jest coraz bardziej zmęczony i sfrustrowany „domowymi obowiązkami”. Po takiej męce psychicznej nawet siedzenie nad jeziorem z wygazowanym, ciepłym piwem i  nogami zanurzonymi w sikach dzieciaków taplających się kawałek wyżej wydaje się być niezwykle odprężającą i atrakcyjną perspektywą.

W końcu gdyby został w domu musiałby znów coś malować, przenosić albo przycinać – a tego przecież by nie zniósł.

Czasami jednak cieszę się, że mam nie do końca poukładane w głowie – w moim odczuciu to jako dar teorii Darwina, który pomaga mi lepiej dostosować się do tego zwariowanego świata.

5 Komentarzy

  1. Monika :) 20 sierpnia 2014 o 18:49

    Ty się chłopie nie zdziw jak któregoś pięknego dnia Twoja Bella zamuruje wszystkie drzwi do garażu żebyś już tam przypadkiem nigdy nie wszedł :) :)

    1. Tommy 21 sierpnia 2014 o 07:14

      Spokojnie – zapewniam Cię, że kiedy nie siedzę w garażu staję się wyjątkowo irytującym człowiekiem. To taki mechanizm obronny. Ona wie, że po dwóch dniach sama by mnie spowrotem do tego garażu zaniosła i zamurowała drzwi ale od zewnętrz, żebym przypadkiem nie wrócił ;}

  2. zeus 18 listopada 2015 o 14:15

    „[…]prawda jest taka, że jeśli macie dom z kawałkiem ogródka to nie ma takiej możliwości, żeby nie znalazło się nic wymagającego jakiejś doraźnej interwencji. Zawsze trzeba coś umyć, przykręcić albo pomalować” – mi też takie rzeczy sprawiają sporo radości, ale niestety nie jest dane mi jej zaznać. Przeżyłem 20 lat w domu na wsi i przyzwyczaiłem się, że zawsze znajdzie się coś do roboty. Ewentualnie można spokojnie pogrzebać przy samochodzie, żeby coś naprawić albo jeszcze bardziej popsuć – później można wrócić, żeby w końcu naprawić.
    Niestety ostatnie 10 lat to już mieszkanie w wielkim mieście i straszne męczarnie w mieszkaniu. Niby na swoim, ale to tylko ciasna kawalerka bez garażu. Każdy weekend jest tragedią, bo nie ma co robić oprócz siedzenia przy kompie. Moczenie nóg w zasikanym jeziorze też mnie nie bawi, a ileż można chodzić na baseny, squashe i inne super aktywności, żeby tylko oszukiwać się, że robię coś fajnego?
    Jak na zbawienie czekam, aż mi się żona zgodzi na zakup działki i budowę domu. Już widzę oczami wyobraźni swoją radość małego dziecka z garażu i warsztatu w nim. W końcu weekendy będą przyjemnością, a nie oczekiwaniem aż się skończą ;-)

    1. radosuaf 18 listopada 2015 o 14:21

      U mnie jest odwrotnie – też się wychowałem w domu jednorodzinnym i doceniam, jak cudownie jest mieć mieszkanie i nie mieć trawnika :).

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.