Kolejny „wolny weekend”, a więc i kolejna operacja garażowa związana z moim E36.

Od czasu kiedy rudzielec trafił do mojego garażu, miał on problem z olejem wyciekającym spod uszczelki pokrywy zaworów. Za przyczynę tego stanu rzeczy podejrzewałem starą uszczelkę, która po kilku latach była elastyczna niczym terminarz spłat pożyczki zaciągniętej u człowieka o imieniu Iwan. Ruda znaczyła swój teren zostawiając czarne plamy dosłownie na każdym parkingu w mieście – aż mój pies zaczął być zazdrosny.

Jak się jednak niedawno okazało, życie wcale nie jest tak kolorowe jak można wnioskować z telewizyjnych reklamach smartfonów.

Winnym wycieku okazały się bowiem pozrywane gwinty w głowicy, w które w założeniu miały być wkręcone śruby trzymające pokrywę zaworów. To wcale nie zapowiadało się wesoło niczym pornos z czeskim dublingiem. Po pierwsze głowica jest odlana z aluminium, a to oznacza, że wykonane w niej gwinty mają wytrzymałość na rozciąganie na poziomie puddingu waniliowego. Poprzedni właściciel zakładając pokrywę wykazał się ponadto przeciętnym poziomem wiedzy technicznej oraz dużą siłą mięśni. Osiem z piętnastu gwintów było zerwanych, a najgorsze, że większość z nich znajdowała się w dolnej części głowicy, która to chcąc nie chcą jest najbardziej narażona na wycieki oleju.

Cóż czynić – zmiana rozmiaru z M6 na M8 raczej nie wchodziła w rachubę ze względu na specyficzny kształt i wymiary śrub mocujących pokrywę. Ich dorobienie zajęłoby mi całe lata. Zmiana całej zdrowej i fabrycznie skręconej głowicy dla kilku małych śrubek to również niespecjalnie dobre rozwiązanie – że o wklejaniu gwintowanych tulei, które odklejają się gdy tylko zbliży się do nich śrubę nie wspomnę.

Na allegro udało mi się jednak znaleźć coś, co jak się okazało w 100% rozwiązało mój problem. I żeby nie było – nie jest to żaden artykuł sponsorowany.

Jak dotąd jedyna sytuacja, w której ktoś zapłacił mi za napisanie czegokolwiek miała miejsce w podstawówce kiedy to za streszczenie „Naszej szkapy” dostałem od koleżanki dwie butelki frugo i dostęp do „złotych myśli” jej koleżanki – gdzie to miałem nadzieję odnaleźć jakieś pikantne świństewka na jej temat.

Ale wracając do głównego wątku – metoda, której użyłem do naprawy głowicy nazywa się „helicoil” i polega na wkręcaniu nacinanym drutem malutkich  sprężyn w powiększone dziury po śrubach (jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie brzmiało). Zestaw zakupiony na allegro był zapakowany w gustowną metalową puszkę z jakimiś niemieckimi napisami   w rodzaju „Hende Hoh” i „Volkswagen”. Wyglądało to tak:

Z narzędzi, które będą nam potrzebne do naprawy wypada wymienić chyba tylko taśmę papierową, wiertarkę oraz odkurzacz. Cała reszta (wiertło, gwintownik itd.) znajdowała się w małym niemieckim pudełeczku o totalitarnych zapędach. Pierwszym co trzeba zrobić, jak nie trudno się domyślić jest zrzucenie pokrywy zaworów oraz całego podszybia (mnie się nudziło więc zdjąłem jeszcze kolektor dolotowy – zawsze to jakaś dodatkowa atrakcja jak w garażu brakuje kobiet i alkoholu):

Następnie cały silnik musimy porządnie zabezpieczyć, bo zgodnie z instrukcją trzeba będzie używać wiertarki – jeśli komuś nie przeszkadzają metalowe opiłki we wnętrzu silnika, można ten punkt pominąć.

Następnie typujemy gniazda wymagające naprawy i za pomocą wiertarki oraz dołączonego wiertła rozwiercamy uszkodzone otwory – nie wiercimy w głąb tylko poszerzamy istniejące otwory więc gdy tylko wiertło będzie stawiało opór – wycofujemy je. Otwory nie muszą być specjalnie głębokie, trzeba wiercić precyzyjnie żeby zbytnio ich nie rozkalibrować (innymi słowy nie naparzamy wiertarką pięćset razy w przód i w tył tylko jednym, dwoma ruchami wykonujemy prosty otwór).

Po wierceniu trzeba usunąć powstałe opiłki i syf, który zebrał się wewnątrz otworów. W moim wypadku używałem odkurzacza wodnego firmy Rainbow, który jak zwykle z resztą podczas pracy wydawał z siebie zapachy alpejskiej łąki.

Po przejściu stada krów.

Kolejnym etapem jest gwintowanie – trzeba zaopatrzyć się w końcówkę do mocowania gwintowników albo klucz o rozmiarze 7 oraz sporą dozę cierpliwości.

Na koniec pozostaje już tylko odkurzenie powstałych opiłków nałożenie sprężynki na specjalny przyrząd oraz wkręcenie jej w wykonany otwór tak, żeby jej szczyt schował się poniżej powierzchni na której będzie leżeć uszczelka:

Po wkręceniu za pomocą dołączonego wybijaka wyłamujemy uchwyt do wkręcania, odkurzamy i tyle.

Czyścimy śruby pokrywy z resztek gwintu, czyścimy gładzie, zakładamy nową uszczelkę i całość skręcamy do kupy uważając, żeby nie przegapić momentu kiedy śruba opiera się o głowicę ogranicznikiem. U mnie wymieniłem w sumie 11 śrub i jak na razie po przejechaniu około 150 kilometrów nie zauważyłem jakichkolwiek wycieków. Wygląda więc na to, że operacja zakończyła się sukcesem.

Rozumiecie powagę sytuacji?

Kupiłem na allegro jakiś zestaw do cudownego naprawienia czegoś, co teoretycznie nie da się naprawić i pomimo, że najmniejszy błąd mógł tutaj skończyć się absolutną katastrofą i unieruchomieniem samochodu na setki lat to ja – totalny imbecyl i psychopata, którego życie to jedno wielkie pasmo nieprzemyślanych decyzji i krwawych wypadków zastosowałem ów cud metodę i wszystko działa.

Wyobraźcie to sobie.

To jakby Marcin Najman wszedł na ring z Wladymirem Kliczko, a potem powalił go w pierwszej rundzie wspaniałym technicznym nokautem.

Takie rzeczy po prostu się nie zdarzają – a zatem dziś zdarzył się cud.

Aż idę puścić totolotka…

4 Komentarze

  1. Rojó 12 sierpnia 2012 o 02:56

    Hah, znalazłem Cię, cholero mała jedna Ty :) Fajny blog, udało CI się zachować charakter prentkiego no i nieco go "unowocześnić". Jestem zdecydoawnie na "tak".

    Pozdrawiam, Rojó :)

  2. Jędrek 3 grudnia 2015 o 15:15

    Cuda się zdarzają! Jeden z lepszych, a już na pewno najsoczystszy tekst o technologii HELICOIL ;)

  3. Anonim 20 listopada 2016 o 05:31

    Helicoil stosuje się w lotnictwie. Skrzynki przekładniowe wykonane z aluminium skręca się w ten sposób, i samoloty śmigają.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.