Cholernie nie lubię gdy ktoś próbuje uszczęśliwiać mnie na siłę. Jakoś tak zakodowałem sobie w mojej śmiesznej główce, że jeśli naprawdę czegoś chcę, to owszem – zrobię wszystko, żeby to zdobyć, ale w odpowiedni dla mnie sposób i co ważniejsze – w czasie, który ja i tylko i wyłącznie ja uznam za stosowny. Dlatego też strasznie drażni mnie kiedy ktoś zmusza mnie do jakiegoś działania argumentując z przekonaniem, że "to dla mojego dobra" i najczęściej jako mobilizator stosując jakiś perfidny szantaż.

"Jedz, bo nie dostaniesz deseru"
"Odrób lekcje bo nie pójdziesz na rower"
Czy w końcu:
"Prześlij tę wiadomość do 10 osób albo odpadnie Ci wacek, a twój pies umrze w męczarniach"

Owszem – z natury rzadko podejmuję dobre decyzje. W końcu jestem mężczyzną więc robienie głupich rzeczy mam niejako zapisane w genach. Nie oznacza to jednak, że wypierdolenie się na twarz, które sam sprowokowałem uznam za coś dla mnie złego. Czasem taki strzał na pysk robi mi bardzo dobrze bo niesie ze sobą cenne doświadczenie, nauczkę i jakieś niezwykle wartościowe przesłanie, które można potem zapisać helveticą i wrzucić na fejsbuka.

Na lekcjach WF-u w podstawówce barczysty nauczyciel za wszelką cenę próbował zachęcić mnie do gry w nogę pomimo, iż byłem tak świetny, że kiedy dochodziło do wybierania składów to kapitanowie mieli spory dylemat nawet kiedy zostałem już tylko ja. I tak zastanawiali się czy aby przypadkiem lepiej nie spisze się ten leżący obok boiska kawałek gruzu. Możecie się śmiać, ale gdybyście widzieli jak podążając za wypuszczonym podaniem wpadam ryjem na słupek to zastanowilibyście się dwa razy zanim kupilibyście swojemu dziecku piłkę tango i koszulkę Barcelony.

Zapisywanie dzieci do kółek szachowych to właśnie efekt pokazywania w telewizji "sportsmenów" pokroju  Marcina Najmana. Rodzice wolą oszczędzić tego swoim pociechom dlatego zamiast piłek i worków treningowych kupują im puzon, flet prosty C i zapas wazeliny.

Jeśli chodzi o WF to zawsze byłem piłkarskim analfabetą. Kiedy chłopaki uczyli się sztuczek z podrzucaniem piłki i robili po pięćset kampek na każdej nodze ja potrafiłem zrobić ich maksymalnie siedem – i to wyłącznie gdy nie było wiatru i bóg nade mną czuwał.

Sprawdzałem się jedynie jako bramkarz i to tylko dlatego, że kiedy widziałem lecącą w moją stronę piłkę to bez chwili wahania próbowałem porzucić drużynę i uciekać ratując życie. Z moim szczęściem jednak z reguły kończyło się tym, że biegnąć w bogu tylko znanym kierunku obrywałem piłką w mój pusty łeb przez co niechcący zapobiegałem bramce.

A potem wpadałem na słupek.

I pomimo, że nauczyciel WF-u za każdym razem gdy mnie widział zabierał ze sobą na boisko formularze sporządzenia opisu wypadku dla ubezpieczalni, to z uporem zachęcał mnie, żebym jednak dziś też powpadał trochę na słupki bo to fajne i wszyscy zdrowi chłopcy w moim wieku się w to bawią. Różnica polegała jednak na tym, że oni po prostu grali w nogę, a ja w tym czasie walczyłem o życie i szansę posiadania potomstwa.

Podobnie wyglądały czasy gimnazjum i mobilizowanie mnie przez nauczycielkę matematyki do tego, żebym "przestał się zgrywać i w końcu rozwiązał to banalne równanie". Ona widziała banalne równanie. Ja – wzór na sens istnienia napisany w dialekcie jakiegoś narzecza wywodzącego się z terenów współczesnej południowo-wschodniej Mandżurii. To ona zawsze zmuszała mnie do przepisywania zadania domowego tuż przed lekcją bo pozwolę sobie zacytować "jeśli w przyszłości będę chciał wybrać się na politechnikę to ta wiedza będzie mi niezbędna".

Taaa… Ja i politechnika…

Wówczas nawet pośladki Pamel Anderson wydawały mi się bardziej przystępne niż to.
Z resztą kto wie – może gdyby nie chore ambicje nauczyciela WF-u to dziś nie miałbym twarzy przypominającej domofon i problemów z mnożeniem w pamięci?

Przynajmniej rodzice oszczędzili mi wpychania mnie w sporty i zajęcia, których nie lubiłem ani nie wiązałem z nimi jakichkolwiek planów. Oni po prostu wiedzieli, że w kwestii matematyki jestem tępy jak but z lewej nogi więc, z jednej strony z uśmiechem na twarzy wszystkim znajomym ściemniali, że jestem utalentowanym humanistą, a z drugiej bezpowrotnie utracili nadzieję, że kiedykolwiek zostanę zarabiającym duże pieniądze łysiejącym księgowym w szarej marynarce jeżdżącym srebrną Skodą Superb.

Dobra, ale czas przejść do sedna – dlaczego właściwie uczepiłem się tego tematu. Jak pewnie pamiętacie jakiś czas temu zastanawiałem się nad przeniesieniem mojego bloga do nowej wersji (do czego żarliwie zachęcał mnie blog.pl). W założeniu miało to być bezstresowe przeniesienie wszystkich treści, komentarzy i zdjęć do platformy opartej na wordpressie, w której będę mógł robić wszystko czego tylko dusza zapragnie.

Jak się jednak później okazało nazywanie tej platformy wordpressem to jak porównanie kwartalnika "Historia znaczków pocztowych kresów wschodnich" do "New York Times'a".

Okazało się, że udostępniono tam kilka okrojonych szablonów, a "rozbudowany panel administracyjny" przypomina po prostu deskę rozdzielczą Hyundaia i10. Można co najwyżej jak małpka pobawić się dwoma pokrętłami i zmienić kolor jakiegoś wyświetlacza ale w rzeczywistości nie ma się żadnego wpływu na to co dzieje się pod maską i w którą stronę cały ten stragan się porusza. I co najgorsze – po przejściu nie ma już możliwości powrotu do wcześniejszej wersji bloga.

Doszedłem więc do wniosku, że mówi się trudno i trzeba pozostawić Prentkiego w obecnej formie. W nowym systemie musiałbym w końcu pożegnać się między innymi z moim drewnianym "wystrojem", kolorami, czcionkami i masą innych rzeczy, które sprawiają, że Prentki – choć nieco upośledzony to jednak jest TAKI JAKIM GO TWORZĘ.

Wówczas jednak blog.pl zrobił coś, czym w mojej ocenie posunął się o krok za daleko – parę dni temu poinformował mnie bowiem, że jeśli do dnia 16 sierpnia sam nie przeniosę mojego bloga do nowego systemu, to zrobią to za mnie Czesław i Mirek czyli ich niezwykle flanelowi informatycy odpowiedzialni zapewne również za tę radosną interpretację WordPressa.

Ponieważ życie jakim by nie było trzeba z dumą brać na klatę, pragnę poinformować Was, że z dniem 16 sierpnia Prentki.blog.pl przestanie być przeze mnie aktualizowany.

Pozdrawiam,
Tommy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.