Większość osób nie jest w stanie zrozumieć dlaczego tak wielu z nas każdą wolną chwilę poświęca na dopieszczanie i przebudowę swoich samochodów. Gdyby spojrzeć na to bez udziału emocji – tak jak postrzega to każdy statystyczny właściciel granatowej Toyoty Yaris, to podrasowywanie i nieustanne „pucowanie” samochodu można by porównać do przycinania nóg od stołu, żeby ten wyglądał bardziej rasowo, albo dajmy na to wielogodzinnego polerowania czajnika za pomocą szmatki z mikrofibry i wosku carnauba.

To trochę jak gdyby przemalować lodówkę w odcień czerwieni valentino bo raz, że białą ma sąsiad, a dwa – czerwona pewnie będzie wyglądała fajniej.
No i przecież Burt Reynolds miał taką w jednym z tych fajnych filmów z gołymi babami, płonącymi ludźmi spadającymi z dachów i słowem „fuck” powtarzającym się częściej niż dramatyczne zbliżenia na twarz.

Sami przyznajcie – od strony technicznej samochód jest jak każde inne narzędzie. Powstał jako przedmiot mający ułatwić nam życie w sposób nie bardziej fantazyjny niż pilot od telewizora, zmywarka do naczyń czy też wspomniana wyżej lodówka. Ma jakoś tam wyglądać i działać, a do tego wyżelowany gość o imieniu Sebastian musi pokazać go w reklamie z tak dobraną muzyką, żeby nawet Wasz przygłuchy pies zapragnął go mieć. Samochód powstał po to, aby nasze życie uczynić łatwiejszym i przyjemniejszym, ale w mojej ocenie pewna jego cecha stawia go nie tyle w szeregu z garnkami zeptera i obieraczką do ziemniaków co raczej na poziomie gitary elektrycznej, statku kosmicznego i paralotni.

Samochód jest elementem życia, który sprawia, że nasze horyzonty rozszerzają się o setki, a nawet tysiące kilometrów. Jest symbolem wolności, niezależności i buntu przeciwko szarej codzienności pragnącej zrobić z nas odzianych w sztruks „obywateli” jedzących chleb z mielonką i chodzących (jak nakazuje obyczaj) do kościoła w każdą niedzielę.

Samochód to nie tylko przedmiot. To istotny element kultury – przypomnijcie sobie tylko kawałek „Get Your Kicks on Route Sixty Six” Bobby Troupe (swoje wersje nagrali też Depeche Mode, „Stonesi” i Dżem). To element życia inspirujący artystów i miliony ludzi na całym świecie do tego, żeby zamiast patrzeć pod nogi po prostu unieść głowę, wskoczyć za kierownicę i pojechać tam gdzie zaprowadzi nas ta czarna nitka mknąca gdzieś daleko aż po horyzont.

Pobyć sam na sam ze swoimi myślami albo znaleźć się tam, gdzie być akurat być mamy w tej chwili ochotę. Tu nie ma barier. To dokąd dotrzemy zależy w zasadzie tylko od naszego sprytu, chęci i… kreatywności.

Samochód to tak naprawdę najlepszy kumpel pod słońcem, który gdyby nawet potrafił mówić to i tak by tego nie robił. Prawdziwi przyjaciele rozumieją się bez słów, prawda?

W ostatnich latach to wszystko trochę się popsuło, bo na świecie zapanowało przekonanie, że samochody to szalenie niebezpieczne twory szatana, które koniecznie trzeba „uregulować” zanim zniszczą cały świat i wytłuką nas co do nogi za pomocą dwutlenków węgla i rantów felg wystających poza nadkola. Nie wiedzieć czemu ale odnoszę wrażenie, że komisarze z Brukseli naoglądali się „Transformers” będąc pod wpływem sporej ilości LSD, valium i ekologicznego mleka sojowego, co dziś ewidentnie odbija się na kierunkach polityki UE.

Samochody robi się dziś trochę inaczej niż jeszcze parę lat temu. Przypomina to trochę rynek narzędzi gdzie możemy wybierać na przykład pomiędzy niezniszczalnymi wręcz kluczami Beta albo masowo wybijanym w chińskiej fabryce Topexami, które powstają na tej samej taśmie co podstawki do doniczek i samołamiące się nitownice. Można też wygrzebać w czeluściach serwisów aukcyjnych – gdzieś z pomiędzy pompek do penisa i glebogryzarek jakiś zestaw kutych kluczy pochodzących jeszcze z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, mających za sobą więcej dokręconych śrub niż cała światowa sieć ASO Hyundaia razem wzięta.

Kluczy pachnących oparami z gaźników i drewnem ze starej dębowej szuflady.
Możecie też po prostu zadzwonić po nieco nerwowego gościa z pośladkami wychodzącymi ze spodni, który  za odpowiednią cenę wszystko zrobi za Was – to akurat odpowiednik komunikacji miejskiej.

Co jednak w tym wszystkim najfajniejszego? Chyba to, że tak naprawdę samochód jest trochę jak własne dziecko. Chcąc nie chcąc robimy wszystko, żeby rozwijał się i szedł w kierunku, który to my uznajemy za słuszny. To my decydujemy jak będzie się nazywał, jakie kolory będzie nosił i czego będziemy od niego oczekiwać. Jego byt jest w dużym stopniu uzależniony od tego kim tak naprawdę jesteśmy my sami, bo wszelkie podjęte przez nas decyzje będą wypadkową naszego dotychczasowego życia. Tylko w naszej głowie zakodowane jest jaki kolor uznamy za odpowiedni, czy takie, a nie inne lampy będą tu pasować i jaka płyta (bądź kaseta) znajdzie się na honorowym miejscu – w kieszeni radioodtwarzacza.

A potem kiedy stuknie mu osiemnastka on po prostu zaleje się w trupa bezołowiową tak, że nawet płukanie świec niewiele tu pomoże… I znów na naszych barkach będzie spoczywać ratowanie jego śmierdzącego dupska. W końcu czujemy się za niego odpowiedzialni.

Samochód tworzą nasze historie, sentymenty i wspomnienia. Nasze przekonania, gust i nasze własne – choćby okrutnie kulawe poczucie estetyki.
Wreszcie nasze wymagania i pragnienia, które realizujemy montując większy gaźnik czy niższe sprężyny.

Kocham mój samochód bo zdaję sobie sprawę, że to jak dziś wygląda to tylko i wyłącznie moja własna inwencja i nikomu nic do tego dlaczego chociażby wybrałem akurat ten a nie inny kolor felg.

Bo tak!

I ani UE, ani tym bardziej sąsiad z białą lodówką w kuchni nie ma nic do tego. To mój samochód i moje zmartwienie.

I moje szczęście.

Prawda?

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.