Prentki Blog Motoryzacyjny - Dlatego właśnie powinieneś sprawić sobie sportowy samochód - Prentki Blog Motoryzacyjny
4817
post-template-default,single,single-post,postid-4817,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Dlatego właśnie powinieneś sprawić sobie sportowy samochód

Myślę, że nie jest dla Was tajemnicą, że co jakiś czas bardziej bądź mniej bezpośrednio staram się nakłonić Was do zrobienia czegoś, co w mojej ocenie warto zrobić, bo zwyczajnie jest to fajne (albo niebezpieczne lub chore ale te dwie cechy staram się podsuwać Wam za pomocą bardziej atrakcyjnych synonimów). W większości wypadków są to rzeczy, które zrobiłem już sam i mam w związku z tym pewne doświadczenie. Albo przeświadczenie, jeśli piszę o tym jeszcze w trakcie „testowania” czegoś w związku z czym surfuję wciąż na fali endorfin i szczęścia (i nie zdążyłem zderzyć się jeszcze z wyspą o nazwie „twarda, brutalna rzeczywistość”).

Czasami też nakłaniając do czegoś Was, staram się pośrednio nakłonić do tego również samego siebie. Bo sam mam przecież wiele związanych z tymi głupimi pomysłami wątpliwości i rozważam czy warto się w to pakować.

To taka moja metoda na przedstawienie sobie tematu w sposób, który jakoś szczególnie dobrze do mnie trafia. Używam odpowiednich argumentów, doszukuję się oczywistych minusów i niebezpieczeństw, a potem z pełną premedytacją je ignoruję. Możecie być jednak spokojni – tych niesprawdzonych wpisów nie publikuję. Zamieszczam je dopiero gdy faktycznie zrobię już coś głupiego przekonany zawartymi w nich argumentami.

Dziś jednak będzie trochę nakłaniania bezpośredniego.

Na dokładkę popartego sporą dozą doświadczenia.

Bo widzicie, jak wielokrotnie już wspominałem, o sportowym samochodzie marzyłem od dziecka. Kolekcjonowałem stare resoraki, zbierałem pieniądze na modele z bburago z otwieranymi drzwiami (i skręcającymi kołami!). Potem przyszła fascynacja filmami z Burtem Reynoldsem, serial „Viper”, „Bullitt” z McQueen’em, plakaty rajdowe WRC, albumy o włoskich klasykach i w końcu wypady na imprezy tuningowe czy zloty samochodów amerykańskich.

Wizję kupna samochodu sportowego miałem więc w głowie od bardzo dawna – już mając te szesnaście czy siedemnaście lat wkurwiałem na potęgę mojego tatę przeglądając wieczorami gazety z ogłoszeniami (miałem największą na świecie kolekcję archiwalnych wydań „Jarmarku”) i molestując go tekstami w stylu „patrz tato, Calibra 2.0 z 1992 za 4700 złotych!”

O! Żółty Opel Manta z garbem na masce za jedyne cztery tysiące dwieście!

Tak naprawdę miałem już wtedy w głowie poukładany plan zakładający, że jeśli będę regularnie kosił sąsiadom trawniki i odśnieżał podjazdy, a w wakacje zatrudnię się na pobliskiej budowie do papierkowej roboty (trzepanie worków po cemencie albo coś) to mając te dziewiętnaście-dwadzieścia lat będę mógł pozwolić sobie wreszcie na swój własny, wymarzony, sportowy wóz.

Niski, z wielką maską, długimi drzwiami i podwójnym wydechem.

Jak nietrudno się domyślić gówno z tego wyszło bo byłem wtedy nastolatkiem więc picie piwa i bajerowanie cycatej Sandry na imprezach i ogniskach okazało się droższe niż zakładał scenariusz.

Na imprezowanie, opalanie się i picie alkoholu rozpierdzieliłem więcej pieniędzy niż Grecy, ale ponieważ nie nazywam się Apolostis albo Dimitris to Niemcy nie chcieli oddać mi z tego powodu swoich oszczędności, żebym mógł rozpierdzielić je ponownie. W efekcie więc musiałem zdać się na to co zostało mi w śwince skarbonce – zamiast żółtego Opla Manta z garbem na masce na moim podjeździe pojawił się wtedy granatowy Ford Fiesta.

Nie miał garba na masce, ale miał za to na niej dwa spore wgniecenia.

I rdzę na tylnym nadkolu.

Wtedy też jednak zauważyłem, że nie tylko ja spadłem z tak wysokiego szczebla młodzieńczych aspiracji – wszyscy moi przyjaciele i znajomi wzdychający podobnie jak ja do zaparkowanych pod sklepem beemek i dwudrzwiowych Nissanów, zamiast do sportowych coupe wsiedli w tym samym czasie do małolitrażowych Volkswagenów, Opli i zdezelowanych Toyot Corolla.

Czar prysł.

Jednak każdy z nas, jeśli tylko przez kolejne lata skrupulatnie pielęgnował w sobie tę motoryzacyjną chorobę stanął pewnego dnia przed możliwością spełnienia swoich szczenięcych marzeń.

Pewnego pochmurnego dnia przemierzając krainę zwaną dorosłością stanął przy drzwiach, za którymi znajdował się znany mu pokój. Kiedyś widział go tylko na kolorowych fotografiach w magazynach, teraz był zdecydowanie bardziej realny.

Mogliśmy otworzyć drzwi i wejść, jednak nie wiedzieć czemu większość z nas zawahała się, po czym zrobiła krok w tył i z ciężkim westchnięciem ruszyła dalej przed siebie krocząc zalanym białym światłem, życiowym korytarzem.

Ja oczywiście wlazłem do środka przez okno.

Po rynnie.

Bo najpierw kupiłem sobie dość astmatyczne coupe, a dopiero potem przerobiłem je na samochód sportowy z moich marzeń.

Motywów, którymi się kierowałem podejmując tę decyzję było sporo, ale chyba najważniejszym z nich była świadomość, że kiedy będę starszy i będę mógł bez większych problemów pozwolić sobie na kupno niskiego, sportowego wozu z dużym silnikiem i nadsterowną charakterystyką to zwyczajnie nie będę go już wtedy chciał.

Dlatego właśnie postanowiłem działać i kupić stare, sportowe BMW. Po prostu wiedziałem, że jeśli zbyt długo będę zwlekał z realizacją tego marzenia to w końcu nastanie dzień, w którym owszem – zrobię ten krok.

Ale wtedy będzie to przypominało kupno roweru do downhillu przez 85 letniego pensjonariusza oddziału geriatrii.

Czy jednak kupno stosunkowo starego samochodu z dużym silnikiem było dobrą decyzją? Dzisiaj, gdy spowszechniało mi już trochę wpadanie w każdy zakręt w chmurze dymu z maską skierowaną w zupełnie przypadkowym kierunku mogę już z pełną świadomością stwierdzić że tak.

Jak jasna cholera.

Po pierwsze, jeśli tylko lubicie takie fetysze, możecie liczyć na różnego rodzaju słowa i gesty uznania -chociażby kiedy stoicie sobie spokojnie na światłach. To oczywiście nie zdarza się często, i nie ma tam żadnego klaszczącego kierowcy autobusu ale na serio zdarzają się sytuacje kiedy ktoś na pasie obok otwiera okno tylko po to, żeby zapytać Was co siedzi pod maską, a potem – gdy już udzielicie odpowiedzi z aprobatą pokiwać głową.

Ze trzy razy zdarzyło mi się również, że wracając do samochodu trafiałem na jakieś dzieciaki robiące mu zdjęcia swoimi wielkimi telefonami.

Że o sytuacji na myjni nie wspomnę.

Niby to głupie ale jakoś tak od razu w głębi duszy człowiek rośnie o jakieś dwadzieścia centymetrów.

Druga sprawa to sam klimat wiążący się z jazdą takim samochodem. Mogę zachwalać Wam prowadzenie, klang starej sześciocylindrówki czy świetną pozycję za kierownicą ale prawda jest taka, że najfajniejszą rzeczą, którą cenię sobie w tym staruszku jest po prostu jego klimat.

I nie ma tu większego znaczenia, czy wybierzecie BMW, Forda, Nissana czy dwudrzwiową Alfę – każdy z tych samochodów da Wam coś co można porównać do wyśmienitej kolacji w starym, myśliwskim dworku.

Poczucie wyjątkowości chwili, którą właśnie przeżywacie.

Składa się na to cała masa czynników – mechaniczny opór podczas wbijania kolejnych biegów, zapach starej, naturalnej skóry, możliwość otwarcia maski tylko po to, żeby napawać się widokiem upchniętej pod metalową osłoną nieco archaicznej jak na dzisiejsze standardy technologii… Trudno opisać to wszystko słowami ale wydaje mi się, że najfajniejsza zabawa zaczyna się właśnie tam, gdzie kończą się nasze przyzwyczajenia.

Dlatego właśnie jestem zdania, że każdy powinien przynajmniej raz w życiu kupić sobie jakiś popierdolony samochód.

Chodzi o to, że robiąc coś jak zwykle raczej nie macie co spodziewać się jakichś niezwykłych przeżyć.

I wydaje mi się, że stary, sportowy wóz jest doskonałym sposobem na to, żeby w końcu coś z tym zrobić…


52 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.