Zauważyłem, że dziś absolutnie wszystko co ma ujrzeć światło dzienne musi być piękne, równo ułożone i doskonale zaprojektowane. Atestowane, dokładnie obliczone, homologowane i wykonane w sposób zgodny ze sztuką, zasadami dobierania kolorów oraz normami narzuconymi przez Rzeszę Europejską.

Bo jeśli nie będzie, to pewnego dnia, taka dajmy na to obieraczka do ziemniaków eksploduje i urwie wam głowę – taki jest przekaz.

Albo też jakiś znajomy wyśmieje was, że daliście się namówić na takie badziewie.

Co więcej – ta obsesja nie dotyczy wyłącznie przedmiotów, bo dzisiaj doskonały musi być również każdy aspekt naszego życia. Zajrzyjcie tylko na fejsbuka i spójrzcie na te wszystkie wspaniałe fryzury, kolorowe, zdrowe śniadania, wyczerpujące treningi, roześmiane twarze, przeczytane książki, spontaniczne domówki i wypolerowane na wysoki połysk samochody.

Serio – zawsze zastanawiało mnie jak to możliwe, że w sobotni poranek większość moich znajomych zdążyła już pójść na trening, zjeść pożywne śniadanie, wziąć prysznic i spotkać się na mieście z równie uśmiechniętymi przyjaciółmi przy filiżance aromatycznej kawy, podczas gdy ja w tym samym czasie zdołałem jedynie poczynić pewne postępy w wydostawaniu swojej leniwej dupy spod cieplutkiej, milusiej kołderki.

Używając do tego wyłącznie palców u stóp oraz twarzy.

Co więcej, każdego ranka mój pies patrzy na mnie tak, jakbym był urwał się z jakiejś bitwy we Władcy Pierścieni. Czasem ukrywa się za fotelem i szczeka bo myśli, że przybyłem z zaświatów, żeby zeżreć mu te jego psie chrupki.

Nie rozpoznaje mnie skubany mimo, że mieszkamy razem od jakichś dwunastu lat.

Poza tym szczytem moich aspiracji śniadaniowych jest zwykle dorzucenie kilku suszonych śliwek do resztki zwietrzałych konrflejksów, które udało mi się wygrzebać z zawalonej słoikami szafki pod zlewem. Autentycznie – nie mam pojęcia jak przez godzinę od wyjścia spod milusiej kołderki Ci wszyscy ludzie są w stanie wziąć do ręki kuchenny nóż i pokroić jakiś seler czy inną marchewkę nie uszkadzając sobie przy tym żadnej niezbędnej do życia tętnicy.

Ja przez pierwsze dwie godziny każdego dnia jestem w takim stanie, że zamiast kubka z kawą potrafię zalać wrzątkiem słoik z majonezem.

Albo musztardą.

I w swojej pomyłce zorientować się dopiero w połowie trzeciej dolewki.

O, albo to – kiedyś wpadliśmy z Izą w odwiedziny do naszych znajomych, a Ci jeszcze w drzwiach przeprosili nas oni za cytuję „ten straszny bałagan”. Pamiętam, że spojrzeliśmy wtedy na siebie z wyraźnym niezrozumieniem bo mieszkanie wyglądało tak, jakby dopiero co wyjechała stamtąd mocno podekscytowana Dorota Szelągowka.

Serio – nawet kuchenne pojemniczki z przyprawami były poukładane na blacie w taki cholernie ładny, satysfakcjonujący sposób.

Tymczasem „nasz” bałagan dotyczy sytuacji, w której znajomi wpadający z niezapowiedzianą wizytą są święcie przekonani o tym, że właśnie mieliśmy jakieś włamanie.

Wiecie – na lampie wiszą stare gacie i dwie koszule, kilka par spodni wala się po podłodze, wszędzie są pudełka po chińszczyźnie i burgerach, pootwierane szuflady, porozrzucane poduszki, a na stole leży skrzynia biegów, której towarzyszy kilka butelek po winie i elementy bielizny, które zaplątały się tam w trudnych do wytłumaczenia okolicznościach poprzedniego wieczora.

Zwykle wykrzykuję wtedy z przejęciem „Tak! O mój boże! Mieliśmy włamanie!” – i starając się wyglądać na bardzo roztrzęsionego daję Izie sygnały, żeby ta zasłoniła mogące pogrążyć naszą wersję, telewizor i xboxa, które przeoczyli Ci bardzo roztargnieni złodzieje.

Widzicie, prawda jest taka, że nic nie jest idealne.

Nasze życie nie jest idealne.
Nasze domy nie są idealne.
Nasze twarze nie są idealne.
Nasze samochody nie są idealne.

Nic nie jest.

Ferrari też rdzewieją, najmądrzejsi naukowcy popełniają głupie błędy, a Scarlett Johansson, podobnie jak przypominająca niedźwiedzia na sterydach nauczycielka od WF-u musi od czasu do czasu wyskoczyć do łazienki żeby w spokoju postawić ogromnego klocka.

Nic nie jest idealnie i chwała bogu, bo idealny świat byłby po prostu cholernie nudnym i smutnym miejscem.

Dlatego nie przejmujcie się za bardzo, jeśli na błotniku wyskoczy jakaś korozja, przygotowywany dla gości kurczak się przypali, albo na środku czoła urośnie Wam pryszcz wielki jak Kanada.

To jest prawdziwe życie, a prawdziwego życia nikt nie powinien unikać.