Prentki Blog Motoryzacyjny - Nowe opony do prentkiego BMW 328i - Prentki Blog Motoryzacyjny
11603
post-template-default,single,single-post,postid-11603,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Nowe opony do prentkiego BMW 328i

Zacznę może od tego, że dotąd niespecjalnie interesowałem się oponami. Wiedziałem w zasadzie tylko tyle, że najczęściej są one czarne i okrągłe.

I, że jeśli użyje się wystarczająco dużo pedału gazu, to można zamienić je w hałas i sporo białego, piekącego w oczy dymu.

Wychodziłem po prostu z założenia, że dobra opona to taka, która ma bieżnik i nie była wyprodukowana 40 lat temu. To wszystko. Nie interesowały mnie jakieś indeksy nośności, dopuszczalne prędkości, run-flaty, asymetryczne rzeźby bieżnika czy miejsca, jakie dane modele zajmowały w różnego rodzaju testach.  Zakładałem, że jeśli opona nie jest stara i ma sporo „mięsa” to nie ma większego znaczenia kto ją wyprodukował i jak się ma do tego cały ten aquaplanktoning – i tak będzie dobra.

W końcu opona to opona – kawałek gumy z zatopionymi w środku drutami.

Myślałem tak jednak tylko do czasu, aż pewnej wiosny sprawiłem sobie używane opony na literkę „D” z napisem „SPORT” (tym mnie kupiły) i takim bardzo, bardzo trendy, sportowym bieżnikiem w „jodełkę”.

Owszem – na bordowej wyglądały obłędnie (szczególnie gdy patrzyło się na samochód od tyłu) ale cholera, jakie one były głośneeee…

Niedługo później wymieniłem łożyska w przednich kołach, bo po prostu nie przyszło mi wtedy do głowy, że taki hałas mogą generować opony. Okazało się, że mogą. Co więcej – powyżej pewnej prędkości pojawiało się takie pulsujące „łułułułu” (nie mylić z łutututu) na niskich częstotliwościach – przypominało to trochę odgłosy lądującego UFO znane z filmów sci-fi trzeciej kategorii. Najgorzej było jednak kiedy spadł pierwszy deszcz, bo wtedy okazało się, że opony nie są zrobione z gumy tylko ze zmiksowanego smalcu, wosku do podłóg i skórek z bananów.

Nawet stare, spękane Stomile, które miałem bardzo dawno temu na moim pierwszym maluchu nie były aż tak beznadziejne na mokrym.

W efekcie po mniej więcej dwóch tygodniach postanowiłem wymienić te nieodporne na wodę generatory dubstepu na coś zdecydowanie mniej „sportowego”. Zamówiłem więc jakieś stosunkowo tanie opony produkowane w Korei (tej dolnej jakby ktoś pytał) i pewnie miałbym je nadal, gdyby nie to, że bordowa zeżarła je w niespełna siedem miesięcy.

Podejrzewam, że mogły być zrobione z sera, bo miały podobną odporność na ścieranie co gouda z biedronki.

O oponach bieżnikowanych, które założyłem na Alpiny po to, żeby dokulać się jakoś do zimy nawet już nie wspominam (o tym jak się na nich jeździ możecie zobaczyć na prentkim jutjubie). Początkowo liczyłem, że może sprawdzą się na tyle, żeby zostały ze mną również w tym sezonie, ale niestety – na tylnej osi generują równie dużo przyczepności co wrzucony na lodowisko labrador. Tak więc kiedy tylko stopniał śnieg, od razu zacząłem szukać AZEV-ów, na które od dawna chorowałem.

Tutaj zaś pojawiła się możliwość współpracy z OPONEO.PL, które zaproponowało mi pomoc w organizacji nowych opon do już nie bordowej.

Widzicie, nie ukrywam, że miałem już dość ciągłego użerania się ze starymi używkami albo oponami, które bardziej niż do samochodu nadawały się jako odboje do cumowania łodzi. Z resztą, pomyślcie tylko, że w jednym sezonie potrafiłem zmieniać opony 2-3 razy. W zeszłym roku na bocznym profilu w e46 wyskoczył mi jakiś bąbel, kiedy indziej używki, które miały wystarczyć już nie bordowej na dwa sezony „zeżarły się” po niespełna pół roku. A dwa lata temu pierwszy deszcz tak brutalnie zweryfikował walory „sportowego” bieżnika, który miałem na przedniej osi, że sprzedałem świeżo kupione opony po przejechaniu na nich niespełna 40 kilometrów.

Z matmy generalnie jestem noga ale wydaje mi się, że ciągłe zmienianie i wyważanie kół kosztowało już tyle kasy, że taniej byłoby kupić komplet nowych opon i mieć wszystko w tyłku przez trzy, może nawet cztery sezony.

Kiedy więc pojawił się pomysł, żeby z pomocą Oponeo zorganizować już nie bordowej porządne opony, zgodziłem się bez chwili wahania (uroki bycia podrzędnym blogerem piszącym o leżeniu pod samochodem i upuszczaniu sobie na twarz różnych ciężkich rzeczy).

I teraz na co ja właściwie liczę – widzicie, priorytetem jest dla mnie dobra przyczepność (przede wszystkim na mokrym) i akceptowalna głośność (nie musi być jakoś szczególnie cicho, ale pamiętajcie, że jeżdżę autem ogołoconym z większości tapicerek i wygłuszeń – nie chcę więc w nim oszaleć). Fajnie też gdyby opony układały się dobrze przy delikatnym naciągnięciu i wytrzymały przynajmniej ze dwa, może nawet trzy sezony.

O tym pogadałem trochę z Marcinem, który na co dzień doradza niezdecydowanym na infolinii Oponeo – rozkminiliśmy najpierw temat rozmiarów (wyszło nam, że optymalne będzie 205/40 R17 na przód i 215/40 R17 na tył), a potem wybraliśmy kilka modeli, które mieszczą się w założonym budżecie i pasują do nazwijmy to „prentkiego stylu jazdy”.

Z większością z nich nie miałem dotąd styczności dlatego liczę na to, że może Wy będziecie w stanie powiedzieć mi o nich coś więcej.

Potrzebuję po prostu konkretnych, opartych na Waszych doświadczeniach uwag i opinii. Wszystkie opony, które wybraliśmy mają na Oponeo dobre oceny i komentarze więc wybór jest dość trudny. Poza tym większość tych opinii to relacje i oceny od osób, które ujeżdżają rodzinne kombi, albo też mocno współczesne maszyny z ESP i tym podobnymi elektronicznymi dewiacjami. U mnie zaś opony mają poradzić sobie w odchudzonym dinozaurze ze szperą na tylnej osi, którego najbardziej zaawansowanym systemem elektronicznym jest (niedziałająca z resztą) stara zmieniarka CD.

Sami więc rozumiecie.

Żeby jednak specjalnie nie przedłużać – moje typy:
Fulda SportControl 2:

Takie Fuldy miałem je już kiedyś na bordowej (jeszcze w 16 calach i przy mniejszym silniku) i w sumie nie miałem powodów do narzekań. Plus, że są ciche (67dB). Poza tym pamiętam, że ładnie układały się na feldze przy delikatnym naciągnięciu (a w takie celuję).

Hankook Ventus V12 evo2:

Hankook jest podobno dość twardy (co mi akurat odpowiada bo dużo łutututu). No i wygląda obłędnie – niestety, nie ma go w rozmiarze 205/40 R17 (musiałbym więc wrzucić inne opony na przód). Mimo wszystko ciągnie mnie do niego jak cholera bo to chyba najładniejsza opona na rynku, a nie ukrywam, że mam na tym punkcie małego fetysza ;)

Uniroyal Rainsport 3:

Uniroyal to chyba mój faworyt. Raz, że ma metkę najlepszej opony na mokrą nawierzchnię, a to o tyle ważne, że już nie bordową gonię najchętniej właśnie po deszczu (drogi w górach zwykle wtedy pustoszeją). Poza tym fajne wyglądają i są jeszcze stosunkowo tanie (w razie gdybym gdzieś, którąś przeszarżował). Martwi mnie tylko tempo zużycia bo mają opinię raczej miękkich, a wolałbym, żeby wytrzymały dłużej niż jeden sezon…

Nokian zLine:

Od pewnego szalonego rowerzysty usłyszałem, że bardzo fajnie spisują się przy bardziej prentkiej jeździe. Poza tym Oponeo ma na nie teraz mega dobrą cenę – są jednym z najtańszych modeli z grupy premium. Wyglądają niczego sobie i ładnie się naciągają, ale minus ten sam co przy Hankookach – nie ma rozmiaru na przód, więc musiałbym pomieszać je z jakimś innym modelem. hasztagTakiDylemat.

Toyo Proxes T1-R:

Trochę się ich obawiam bo są cholernie podobne do tych sportowych opon na „D”, które kiedyś miałem. Z drugiej strony podobają mi się, bo są cholernie podobne do tych sportowych opon na „D”, które kiedyś miałem :v

Falken ZE 914:

Opona typu Jan Kowalski – normalna marka, normalna cena, normalny bieżnik, normalne oceny. Jest w nich coś przerażającego.

Generalnie od kilku dni nic tylko siedzę w internecie i oglądam w kółko te same opony słuchając piosenek Nat King Cole’a.

Wczoraj na parkingu obmacywałem koło w jakiejś Celice, bo wydawało mi się, że to ten Nokian, nad którym myślę – pomóżcie coś wybrać zanim wpadnę w jakąś wyjątkowo dziwną chorobę psychiczną ;)

 


68 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.