Prentki Blog Motoryzacyjny - Kim Dzong Czu - dla przyjaciół Stefan - Prentki Blog Motoryzacyjny
4793
post-template-default,single,single-post,postid-4793,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Kim Dzong Czu – dla przyjaciół Stefan

Z każdym dniem coraz bardziej doceniam pewną życiową filozofię, którą od jakiegoś czasu staram się pielęgnować i rozwijać.

W dużym skrócie chodzi o to, że staram się nadawać głębszy sens praktycznie każdej codziennej czynności.

Inaczej mówiąc – celebruję moje normalne, codzienne i z pozoru niespecjalnie ciekawe życie.

Wczoraj na przykład, gdy jak zwykle zszedłem do garażu żeby zająć się czymś, co od dłuższego czasu usilnie domagało mojej uwagi, zanim w ogóle przystąpiłem do przybijania sobie palców za pomocą młotka musiałem zorganizować sobie odpowiednio miejsce pracy. Zacząłem oczywiście od zaparzenia kawy. Przygotowałem i poukładałem na stole potrzebne narzędzia, wytarłem miękką szmatką sfatygowany, umorusany smarem podnośnik, zdjąłem z szafki leżące na najwyższej półce okulary ochronne.

Każda ta czynność. Każdy ruch, równo ułożone narzędzia, poczucie, że od samego początku wszystko jest robione dokładnie i zgodnie ze sztuką – to wszystko jest jak balsam na moją duszę.

Uwielbiam ten odgrywany bez widowni spektakl.

Poważnie zastanawiam się nawet nad kupnem kilku par dżinsów i grubych koszul, bo te robocze spodnie z plastikowymi wzmocnieniami na kolanach zwyczajnie mnie przerażają. To może wydawać się głupie, ale nawet zamontowane nad starym, warsztatowym stołem lampy są tutaj dlatego, bo w mojej ocenie nadają temu zagraconemu wnętrzu charakteru.

Prościej i taniej byłoby po prostu powiesić pod sufitem zwyczajną świetlówkę – przecież to tylko garaż. Równie dobrze oświetliłaby ona blat i tę część wnętrza… Ba, wydaje mi się nawet, że zrobiła by to skuteczniej niż dwa niewielkie, punktowe halogeny.

Tak naprawdę jednak rozlewająca się po garażu ciepła poświata, wydobywająca z mroku ostrymi cięciami leżące na starych deskach klucze czy części sprawia, że to miejsce jest dla mnie czymś na swój sposób magicznym. A takich przykładów jest więcej – wielokrotnie poświęciłem tak gloryfikowaną dziś funkcjonalność na rzecz czegoś, co zwykłem nazywać stylem.

Moim stylem.

Który Wy powinniście kojarzyć lepiej pod terminem „bezguście”.

Z tym podejściem jest powiązana jednak i druga istotna sprawa. Tak naprawdę można dziś kupić absolutnie wszystko czego Wasz garaż tylko potrzebuje – zestawy narzędzi, modułowe szafki do warsztatu, stoły, organizery na śruby. Jeśli tylko dysponujecie wystarczającym zapasem gotówki, albo jesteście wyjątkowo zestresowanymi górnikami to w ciągu pół godziny jesteście w stanie wyposażyć swój warsztat w sposób, który powodowałby mokre sny nawet u ludzi pracujących na co dzień w dziale silników McLarena.

To na pewno cholernie wygodne i efektowne rozwiązanie ale ma jedną zasadniczą (przynajmniej w moim systemie wartości) wadę.

Nie będziecie mieli w tym swojego udziału.

A wkład własnej pracy, koncepcji i niejednokrotnie niespecjalnie udanych rozwiązań to najlepszy sposób by sprawić, że ten mały, zagracony świat będzie zdecydowanie bardziej Wasz.

Akurat tym razem zajmowałem się należącą do Izy Ibizą – ponieważ jakiś czas temu musiałem przyjrzeć się bliżej jej problemom z przedwczesnym wtryskiem sprawdziłem też od razu w jakim stanie są hamulce, zawieszenie i kilka innych rzeczy.

Co ciekawe – podczas pierwszej przejażdżki mającej pomóc mi ustalić co niedobrego dzieje się z silnikiem, zauważyłem, że coś jest bardzo nie tak z przednim zawieszeniem. Zostałem jednak posądzony o jakieś skrajnie zboczeniowo-pasjonackie urojenia.

Ponieważ jednak bardzo cenię sobie wszelkie swoje urojenia zabrałem się za wymianę większości znajdujących się z przodu elementów. Końcówek drążków kierowniczych, łączników i gum stabilizatora, łożysk amortyzatora, sworzni wahacza.

Jak to jednak zwykle bywa zaczęło się od tego, że moja szlifierka kątowa dostała padaczki. Na szczęście jakiś czas temu kupiłem sobie dwie zapasowe wtyczki (zawsze potykam się o wiszące tu i ówdzie przedłużacze i wyrywam ich końcówki) więc dość szybko sobie z tym problemem poradziłem:

I teraz tak – nie bardzo rozumiem dlaczego ale ludzie, którzy projektowali ten samochód doszli do wniosku, że coś takiego jak możliwość wyjęcia z samochodu samej kolumny McPhersona bez konieczności używania ścisków do sprężyn to głupota. W efekcie więc musiałem odstawiać niezłą gimnastykę, żeby w wąskiej przestrzeni kielicha przedniego zawieszenia założyć ściągacz na sprężynę, a potem jeszcze mocno go ściągnąć.

Alternatywą było rozpięcie półosi, która blokowała ruch zwrotnicy w dół bo opierała się o łapę silnika więc nie miałem tu specjalnego wyboru.

Kiedy już udało mi się wydostać McPhersona, poszło z górki – tak wyglądało to stare, urojone w mojej głowie łożysko:

Dla dociekliwych – tak, te dwie części powinny być połączone. Od razu wymieniłem też zużytą poduszkę:

I wspomniane końcówki (właśnie po to była mi potrzebna szlifierka):

Zastanawia mnie jednak czym kierował się człowiek, który wymyślił, żeby do pudełka z końcówkami drążków kierowniczych wkładać zapakowane w osobne worki nakrętki. Dwa worki tak duże, że zmieściłyby się do nich spokojnie średnich rozmiarów zwłoki tylko po to, żeby zapakować nakrętkę:

I pomyśleć, że ja mam wyrzuty sumienia bo spłukuję wodę kiedy idę się odlać, a oni tymczasem odpierdzielają coś takiego…

A właśnie – i jeszcze najważniejsza sprawa. Ponieważ przedzierając się przez strych w poszukiwaniu ściągaczy do sprężyn zajrzałem do starej szafki pełnej rzeczy, które Iza wepchnęła tam ładnych parę lat temu ,od paru dni mam nowe hobby.

Hoduję sobie żółtego mysza.

W starym, zdezelowanym tamagoczi.

Nazwałem go Kim-Dzong-Czu (dla przyjaciół Stefan) i próbuję nauczyć go aportować albo coś w ten deseń (jak podrośnie to będzie mi przynosił do garażu piwo z lodówki), jednak gnój wygląda mi na typowego obiboka bo jak na razie nie robi nic poza staniem i gapieniem się na szafkę z elektronarzędziami:

Jeśli ktoś z Was ma siostrę, która wie jak mogę przypierdzielić mu gazetą, żeby się ogarnął to będę wdzięczny za instrukcję. Nie chciałbym żeby wyrósł na jakiegoś lenia i nieudacznika jak jego świeżo upieczony ojciec.

Pozdrawiam,

Tommy


25 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.