Jak pewnie się już zorientowaliście, nie przywiązuję szczególnej uwagi do mojego wieku.

Tak naprawdę to nie jestem nawet do końca pewien ile właściwie mam lat, bo przestało mnie to interesować tuż po tym, jak mając ich osiemnaście, dostałem do ręki kawałek plastiku, za sprawą którego mogłem zacząć kupować alkohol samodzielnie.

Bez konieczności odpalania odsetkowej puszki piwa „10,5%” urzędującemu pod sklepem żulowi, który robił nam w zamian zakupy.

Owszem, wiem, że aktualnie znajduję się gdzieś między trzydziestką, a czterdziestką, ale zabijcie mnie – nie mam zielonego pojęcia gdzie dokładnie, bo określenie czy na dany dzień skończyłem te X czy może jednak Y lat, jest w mojej ocenie niemożliwe bez ingerencji sztabu matematyków i czynnego wsparcia superkomputerów NASA.

Dlatego jeśli kiedyś będę miał dzieci, to tak jak wszystkie matki będę podawał ich wiek w miesiącach – z tym, że ja będę robił tak aż do osiemnastki, bo przemyślałem to sobie tak, że na drzwiach od lodówki będę odhaczał i skreślał flamastrem pionowe kreski.

Póki co jedyny minus tego rozwiązania jaki widzę to konieczność kupowania świeczek na torty urodzinowe w przeliczeniu na europalety, ale może do tego czasu wymyślą jakieś inteligentne świeczki z dźwiękiem 5.1 i 16 calowym LCD.

Idąc jednak dalej – zakładam, że kolejny moment, w którym będę wiedział dokładnie ile mam lat będzie miał miejsce w moje czterdzieste urodziny. Bo po pierwsze, nie ma opcji, żeby Gruby i Diabhal dali mi o tym fakcie zapomnieć, a po drugie – z tego co wiem czterdzieści lat to wiek, po przekroczeniu którego ustawowo trzeba kupić sobie własny termos na herbatę, maść na ból pleców, spodnie z odpinanymi nogawkami i auto pokroju Volkswagena Multivan.

Nie ukrywam, że szczególnie boję się tego termosu.

Dlaczego jednak właściwie o tym mówię – ogólnie to od zawsze mam tak, że zupełnie nie ruszają mnie te typowo urodzinowo-życiowe rozterki. Wiem, że sporo osób w tym dniu nachodzą liczne refleksje na temat upływającego czasu, marzeń, których dotąd nie zrealizowały, zbliżającej się nieuchronnie śmierci, rosnącego ryzyka wystąpienia raka prostaty, zniżek w Vision Express i tak dalej. Mnie to jednak szczerze mówiąc zupełnie nie rusza.

W urodziny martwi mnie wyłącznie to, że te dwa debile mogą w tym dniu bezkarnie postawić mi w ogrodzie żółtego Opla, a ja nie mogę nic z tym faktem zrobić, bo taką mamy umowę.

Kilka lat temu doszedłem jednak do wniosku, że mimo tej mojej urodzinowej ignorancji, przydałby mi się taki następujący co roku czas przeznaczony na podsumowanie i planowanie nowych zadań. Czas na refleksję, poznęcanie się nad sobą za te wszystkie porzucone diety, postanowienia i tak dalej. Głównie chodzi o to, że bez ujęcia życia w takie regularne, mierzalne cykle, zaczyna zlewać się ono w bliżej nieokreśloną masę, która nie ma początku ani końca. Wiecie, to jest tak jak z jakimś zadaniem, które nie ma określonego terminu wykonania.

Mówcie co chcecie, ale jeśli ktoś nie narzuci Wam, że to musi być gotowe na piątek bo inaczej śmierć, kutas i sylwester z dwójką, to nie ma opcji żebyście wzięli się za to z własnej woli – do zrobienia zawsze znajdzie się coś fajniejszego, przyjemniejszego albo ważniejszego.

Z tego powodu od paru dobrych lat (albo parunastu bo tego nie liczę) bawię się w noworoczne postanowienia (a nawet nie tyle noworoczne postanowienia, co raczej noworoczne ruganie się za zeszłoroczne postanowienia, których nie udało mi się zrealizować, bo jestem śmierdzącą fujarą).

Zasada jest prosta – najpierw zastanawiam się, co chciałem zrealizować w ubiegłym roku, a mi się to nie udało. Następnie analizuję, czy nie zrealizowałem tego bo jestem leniwą, nieudolną bułą, czy też miały miejsce jakieś okoliczności łagodzące (na przykład wydarzyło się coś, co sprawiło, że zamiast planu A musiałem zrobić coś innego, ale równie ważnego). Na koniec zastanawiam się, czy dalej chcę to zrealizować, czy też przydało by się trochę zrewidować ten plan, albo nawet zupełnie go zaorać bo już nie warto, temat nieaktualny i tak dalej.

Dopiero w kolejnych krokach dorzucam do mojej listy nowe rzeczy, które chciałbym zrobić.

Teraz pewnie zastanawiacie się co niby w tym moim systemie takiego innowacyjnego i w sumie słusznie, dlatego już Wam wyjaśniam jak to się dzieje, że to u mnie działa (mimo całego tego chaosu i mojej nieudolności).

Otóż jeśli uznam, że muszę wykonać jakieś zadanie, którego nie udało mi się wykonać w ubiegłym roku, trafia ono z automatu na górę mojej listy – nad wszystkie nowsze sprawy, które się na niej znalazły.

I to jest właśnie w moim systemie kluczowe, bo nie wiem czy macie tak jak ja, ale u mnie najbardziej produktywne są zawsze te pierwsze trzy, cztery miesiące w roku – cała zabawa polega więc na tym, żeby w tym czasie zabrać się za rzeczy, na których najbardziej mi zależy.

To właśnie między innymi dlatego mamy dziś 3 stycznia, a Wy czytacie nowy felieton.

Wracając jednak do tematu – owszem, mam wbudowane fabrycznie ADHD i jakieś zaburzenia wpływające na motorek w dupie, które sprawiają, że przez cały rok na okrągło napierniczam fikołki, spawam, tnę, buduję, kopię dziury w ziemi i upuszczam sobie na stopy różne ciężkie rzeczy.

Chodzi jednak o to, że początek roku to czas kiedy w całym tym chaosie najłatwiej trzymać mi się wyznaczonego planu.

Później zwykle wszystko się rozmywa bo nadchodzi wiosna, a ja wychodzę z garażu, wyciągam rower, liny do wspinaczki i  krótkie spodeki, a jak znajdę w piwnicy letnie opony to już w ogóle jest pozamiatane, bo w głowie mam wtedy tylko Północną Pętlę, Kielcering, Italian Track Day i nadsterowne poślizgi. W efekcie z każdym kolejnym dniem coraz trudniej trzymać mi narzuconą dyscyplinę i kierunek obrany na noworoczne postanowienia i wszystko stopniowo trafia szlag.

Tak więc jeśli zabiorę się za coś w styczniu, to istnieje spora szansa, że będę trzymał ten kierunek przynajmniej do połowy marca.

To jest wyjątkowo jak na moje warunki produktywny czas, dlatego właśnie kończę aktualnie proces detuningowania Złotej. Raz, bo miałem w niej zamontowanych kilka części, które były przeznaczone do Jużniebordowej, a dwa – bo jednym z moich postanowień było zadbanie o nią tak, żeby została ze mną jeszcze przynajmniej kilka lat.

Zwalniam części, które są mi potrzebne do wyjechania moim wypłowiałym BMW, zwalniam przestrzeń w garażu zajętą przez seryjne fotele i inne części i w końcu zwalniam czas i moce przerobowe, które musiałbym przeznaczyć na serwisowanie i przygotowywanie Złotej do kolejnych torowych eskapad.

I pcham całą moc w popchnięcie naprzód Jużniebordowej.

Tak więc reasumując – nowy rok, ten sam głupi ja, stara Złota, a #jużniebordowasięrobi.

11 Komentarzy

  1. maxx304 3 stycznia 2022 o 15:45

    Ło panie.,, czyli do marca JNB wyjedzie z garażu poskładana tip-top, Złota wróci do roli daily dla Izy, a my będziemy się cieszyć felietonami? Wchodzę w to! ;)

  2. Murzyn 3 stycznia 2022 o 16:45

    Tommy, kogo ty próbujesz oszukać, przecież wszyscy wiemy że Matowa nie wyjedzie o własnych siłach przynajmniej do roku 2137 :v

    1. Prentki 4 stycznia 2022 o 07:35

      W zasadzie już jeździ o własnych siłach, do zrobienia jest uporządkowanie instalacji i wnętrza, parę poprawek w silniku i napędzie (przy odpaleniu wyszły problemy z sondami i paroma innymi rzeczami), tylne zawieszenie (jest wypiaskowane i polakierowane, w pudełkach leżą wzmocnienia podłogi do wspawania i poliuretan) i body (mam już lekkie błotniki i pomysł, muszę je tylko zamontować). Generalnie jest co robić, ale myślę że trzymając się planu da się to spokojnie zrobić w jakieś 2 miesiące ; )

  3. Regis 3 stycznia 2022 o 17:30

    Mam swój prywatny termos. Posiadanie takowego termosu wcale nie jest złe: raz – jest to w końcu Twój prywatny termos, dwa – przeważnie jest w nim coś ciepłego do picia a to już samo w sobie jest fajne gdy się ma ponad 30 lat.

    1. Prentki 4 stycznia 2022 o 07:37

      Generalnie to przerażają mnie rzeczy komfortowe i pozwalające poczuć się błogo, bo osłabiają one czujność w walce ze zdrowym rozsądkiem i przeważającymi siłami wroga.

      1. Regis 4 stycznia 2022 o 18:22

        Zabrzmiało to jakbyś w ramach walki z wygodą posiadania termosu w zimie pił wodę prosto z górskiego potoku i zagryzał kostkami lodu ;)

      2. coke 5 stycznia 2022 o 08:31

        pro-tip – termos działa w dwie strony, waląc chłodnego drina, czy co tam lubisz, nie wyglądasz na żula :) – przynajmniej tak to sobie tłumaczę ;)

  4. dapo 4 stycznia 2022 o 10:35

    Całkiem logiczny ten plan na noworoczne układanie planu ;-). Tak przy okazji, znajduje się tam jeszcze jakiś podpunkt dotyczący jakiś prac przy e30?

    1. Prentki 4 stycznia 2022 o 11:05

      Nie, ale znajduje się podpunkt dotyczący prac przy wyścigowym e12 ;)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.