Po tym jak Rafał stwierdził, że na wczasy zagraniczne do Sosnowca wybiera się swoim czarnym BMW e46 (tak starym, że pamięta ono jeszcze czasy kiedy to na listach przebojów królował Akon z kawałkiem „Mr. Lonley”) chcąc nie chcąc zacząłem zastanawiać się nad tym jak wiele zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat w temacie planowania samochodowych podróży.

Żeby nie było, podziwiam gościa – naprawdę. Nie dość, że dopiero co sprężyny na jakieś tuningowe powymieniał to jeszcze nie boi się jechać na drugi koniec Europy z nieustawioną zbieżnością i niedokręconymi nakrętkami od McPhersonów (tak, sprawdzam czy tu zajrzy ;})

Do czego jednak zmierzam – ostatnio coraz częściej chodzi mi po głowie pomysł na jesienną wycieczkę po Europie za kierownicą mojego „wąskiego” E30. Wiecie, odwiedzić muzeum BMW, zajrzeć do Wenecji, trochę się w morzu pokąpać i tak dalej. Ponieważ jednak ktoś kto 28 lat temu zamówił ten egzemplarz u jednego z dealerów pod Berlinem zdecydowanie nie lubił wydawać swoich pieniędzy na pierdoły, jego wyposażenie dodatkowe obejmuje wyłącznie elektrycznie sterowane lusterka i wydajniejszy układ hamulcowy.

Nie ma klimatyzacji, wspomagania kierownicy, obrotomierza czy chociażby regulowanych w kilku płaszczyznach foteli. Brak tu reflektorów soczewkowych, podłokietnika czy jakże standardowych dziś elektrycznie otwieranych przednich szyb.

Chcąc sięgnąć do korbki żeby uchylić okno po stronie pasażera muszę odstawiać na fotelu taką samochodową kama-sutrę że bój się boga.

Producenci pornosów i te ich wesołe taksówki to przy tym pikuś.

Dlatego też pod wpływem zdrowego rozsądku coraz częściej skłaniam się do tego, żeby w trasę zabrać jednak moje o generację nowsze 328i, które to może się przynajmniej pochwalić dwucyfrową liczbą pozycji na liście dodatkowego wyposażenia. Jest to jednak o tyle zaskakujące, że jeszcze jakieś dziesięć lat temu bez wahania wybrałbym się w taką podróż samochodem nawet gdyby ten posiadał tylko 3 koła i niekompletne lewe drzwi.

Co więcej – jedynym zmartwieniem jakim zakrzątałbym sobie wtedy głowę byłoby to gdzie zmieścić zapasowy silnik bo w bagażniku leży już podręczna spawarka, dwie rezerwowe skrzynie biegów, wiaderko śrub, komplet linek gazu i sprzęgła, lewarek, cztery koziołki oraz blacharz samochodowy o imieniu Bob – zabrany na wypadek gdyby trzeba było po drodze wymienić progi.

Podróże samochodem przeszły taką rewolucję, że chwilami aż trudno mi uwierzyć w problemy, z którymi jeszcze nie tak dawno temu się borykałem. Pamiętam na przykład jak jakieś 10 lat temu wybrałem się pierwszy raz moim maluchem z Bielska do Dąbrowy Górniczej. Na odcinku między Bielskiem, a Katowicami były wtedy takie koleiny, że momentami wóz szurał o asfalt miską olejową gdyż koła chowały się w nich do połowy.

Niespełna stu kilometrowa trasa pod względem trudności przypominała wspinaczkę na Kilimandżaro w samych skarpetkach. Na wysokości Tychów od ciągłego kontrowania i szarpania kierownicą miałem tak napompowane bicepsy, że gdybym wysmarował się oliwką dla niemowląt to wyglądałbym zupełnie jak Sylwester Stallone w drugiej części Rambo.

Dwadzieścia kilometrów dalej trzymałem kierownicę lewą stopą bo straciłem kontakt z układem nerwowym poniżej łokci.

A potem urwała się linka gazu.

Oczywiście w bagażniku miałem zapasową (na wszelki wypadek woziłem ze sobą nawet panewki i tarczę sprzęgła) więc niewiele myśląc wspólnie z kolegą położyliśmy malucha na boku opierając go słupkiem o rzucone na przydrożną skarpę koło zapasowe i zabraliśmy się za jej wymianę.

Nie pomyśleliśmy tylko to tym, że leżący na boku obok drogi międzymiastowej maluch wygląda trochę jakby dopiero co dachował. Tak więc dość szybko na miejscu naszego wesołego, przydrożnego serwisu pojawili się aspirant przyciasna czapka i starszy posterunkowy Jan Vam Damme, którzy z grubsza rzecz biorąc próbowali nas zastrzelić.

Co najlepsze – od chwili kiedy rankiem wyjechaliśmy z garażu minęło już dobre kilka godzin a my tymczasem w stanie skrajnego odwodnienia (lato) z krwotokiem z uszu (mój maluch przy prędkości 130km/h brzmiał jak wielka piła tarczowa) i nadającymi się do amputacji kończynami nadal byliśmy bardzo daleko od celu.

Tak właśnie wyglądały kiedyś międzymiastowe podróże.

Nie mieliśmy nawigacji GPS tylko leżącą na tylnej półce mapę samochodową dlatego z Bielska do Katowic jechaliśmy najprawdopodobniej przez Sopot.

W międzyczasie złamał się nam jeszcze fotel pasażera, a w drodze powrotnej chcąc zaszpanować na dwójkowym zakręcie w centrum miasta urwałem lewy tylny zabierak. Oczywiście miałem zapasowy ale wymiana zajęła nam kolejną godzinę bo w progu było tyle dziur, że ciężko było zlokalizować tę, do której powinno się włożyć lewarek.

Tak więc z wyprawy, która dziś zajęła by mi w porywach dwie godziny wróciłem dopiero późnym wieczorem, z całą masą ran szarpanych, w stanie skrajnego wycieńczenia organizmu.

Może to wydawać się Wam nieco dziwne ale szczerze mówiąc trochę mi tego brakuje.

Prawda jest taka, że jeszcze parę lat temu każda dalsza podróż wymagała ode mnie mnóstwa energii, nerwów i cierpliwości ale nie zmienia to faktu, że po dziś dzień pamiętam nieomal każdą pojedynczą minutę, którą spędziłem wtedy za kierownicą.

Pamiętam jak pachniały rozgrzane na słońcu trawy porastające pobocze, na którym wymienialiśmy linkę gazu. Pamiętam cuchnące miesiącami benzyną buty po tym jak przewracaliśmy malucha nie na ten bok, co trzeba i spod korka wlewu chlusnęła mi na nogi wysokooktanowa fontanna.

Pamiętam zasypane żwirem skrzyżowanie, na którym poległ lewy zabierak i minę gościa w zielonym Audi kiedy lewym pasem wyprzedzał go pędzący 140 km/h zdezelowany maluch.

Współcześnie z kolei jednymi z najbardziej wyrazistych wspomnień z podróży są te związane z tankowaniem – wciąż mam przed oczami te wszystkie banknoty stuzłotowe, których już nigdy nie będzie mi dane pomacać…

Izolujemy się trochę na siłę od tych wszystkich doznań, które stara się nam zaoferować samochód, a to w mojej ocenie nie jest wcale tak do końca dobre.

Komfort komfortem ale czasem warto wyjść z mięciutkiego, pełnego poduszek łóżka i spróbować seksu na twardym kuchennym stole.

17 Komentarzy

  1. Marcin 16 lipca 2014 o 20:28

    Tak czytając te pełne sensu przemyślenia zaraz przypomina się mi moje życie w symbiozie z maluchem,równiez podobne akcje miały miejsce i również tym małym draniem zrobiłem kupę kilometrów. Zasadniczo tak patrząc na to chłodnym okiem to nim właśnie zjeździłem najwięcej świata i natłukłem o wiele więcej kilometrów niż dresowozem i mercedesem razem wziętymi.Każdy wyjazd gdzieś był zawsze długo pamiętany nie ze względu na to że maluch się psuł,nie nie właśnie ja tak go poskładałem że ze wszystkich moich aut zaskakiwał mnie najmniej i wszędzie i zawsze dojeżdzał do celu.Takie wyprawy nawet niedalekie miały więcej sensu i dawały więcej radości niż dzisiejsze podboje świata w tych bądź co bądź nowszych i bardziej komfortowych wozach(e36 i W124)

    1. Tommy 17 lipca 2014 o 07:09

      Mój psuł się częściej niż Dreamliner LOT-u ale i tak gnoja uwielbiałem. Był trochę jak rozwydrzona nastolatka – strzelał fochy, tupał nogami, marudził i wykręcał się od obowiązków na wszelkie możliwe sposoby ale kiedy miał dobry dzień potrafił zapewnić taką zabawę że o ja pierdzielę.

      Do dziś pamiętam praktycznie wszystkie dalsze podróże za jego kierownicą. Zapach tapicerki, skrzypiące okienko boczne i wszystkie te z pozoru drażniące niedoskonałości – czasem aż za nim tęsknię.

  2. radosuaf 16 lipca 2014 o 23:36

    Eeeee tam, ja nigdy nie bvyłem hardkorem, ale w sumie obojętnie do jakiego (względnie nowoczesnego) samochodu zdarza im się wsiadać, zazwyczaj stwierdzam, że "spokojnie mógłbym nim jeździć". Po czym wracam do Julki i mówię "aaaaa! to jest to!". W sumie wystarczy mi zamontować automatyczną klimę w samochodzie i mogę każdym jechać na koniec świata :).

  3. Anonim 17 lipca 2014 o 08:52

    ja nigdy nie próbowałem jechać nie dokońca sprawnym samochodem w dalszą podróż, bo uważam, że prawo Murphy'ego działa, jednka jest coś w tym że kiedyś do podróżowania nie trzeba było klimy czy pełnej elektryki, a dziś to podstawa

    od siebie dodam też, że wąska e30 coupe w 87 nigdy nie miała soczewkowych reflektorów

     

  4. Marcin 17 lipca 2014 o 09:39

    Dokładnie. Do końca życia nie zapomnę wycieczki świeżo kupioną Corsą B (pierwsze auto rocznik 93). Paln był na spędzenie wakacji w garażu (nie była ideałem zreszta student pierwszego roku mówi wszystko). Wtedy to kolega odwiedzający mnie zobaczył że kupiłem auto i w jego głowie pojawiła się wizja radju po europie. Oczywiście remont został okrojony (z braku czasu i funduszy przeznaczonych na inny cel :-) ).  Plany skończyły się na rajdzie po Chorwacji w Corsie z zbierznościa na +4 stopnie. Naszczęscie  na rozrząd i wymianę sworzni wahacza oraz gałek starczyło (szkoda że metoda chałpnicza ustawiania zbierzności miała tak spory błąd spowodowany krzywą felgą ale co tam). Te dwa tygodnie żywienia się samym piwem bezcenne.

    1. Tommy 17 lipca 2014 o 10:47

      Podobnie wyglądała historia mojego malucha – chęci miałem pod dostatkiem, gorzej było z pieniędzmi.

      Mimo to udało mu się pokonać sporo fajnych tras i to chyba własnie te czasy za kierownicą wspominam dziś najcieplej.

  5. bit1 17 lipca 2014 o 10:49

    Ja zawsze będe pamiętał moją podróż kumplem trabantem z Warszawy do Chorzowa. Kumpel uparł się na trabanta znalazł jednego w warszawie więc wsiedliśmy w pociąg i po prau godzianch byliśmy. A potem 12 godziny powrót z Warszawy do domu. Chyba 4 razy lądowaliśmy na poboczu w celu naprawy, 2 razy wpadliśmy w poślizg i wylądowaliśmy na drugiej stronie drogi (akurat wtedy w całej polsce zaczął śnieg sypać, a to auto letnie opony miało chyba od nowości te same), jedno zatrzymanie przez policje.

    Ale wspomnienia zostaną do końca życia.

  6. Tomek 17 lipca 2014 o 19:14

    Dużo wspomnień wróciło do mnie podczas czytania. Dobrych wspomnień :)

  7. Paweł 22 lipca 2014 o 10:12

    Jeśli się jeździ mało, to można jeździć byle czym. Jak się jeździ dużo, to czym wygodniejszy samochód tym lepiej.

    Okazyjne przejażdżki, czy wypady na miasto – wygoda schodzi na drugi plan. Cieszymy się czymś innym, czymś wyjątkowym, czymś bardziej hardcorowym, czymś co można wspominać. Jeśli się tyra 15h non stop w samochodzie, to już nie jest takie oczywiste, że choćby to było zajebiste V8, to będzie tak fajnie. Pamięta ktoś Clarksona jadącego Shelby GT500 bodaj z WB gdzieś na południe Europy, chyba do Włoch? Na początku jarała go surowość tego auta. Po całej podróży stwierdził, że głowa mu pęka od nieustającego ryku tego silnika.

    W zeszłym roku miałem trasę 500km Unem. Pamiętam, że byłem tragicznie zmęczony jazdą tym samochodem, ale cały czas to wspominam i śmieje się, że jak wjechałem na A4 z S1 i zacząłem się rozpędzać, to tak gdzieś po Gliwicami udało mi się sięgnąć 130 km/h. Co akurat jest bliskie prawdy.

    Na moje nieszczęście z przyczyn wyższych zostałem obecnie zmuszony do jazdy tym bolidem praktycznie na codzień. Mogę to podsumować tylko tak, że zacząłem jeszcze więcej korzystać z roweru, niż korzystałem wcześniej.

    Z drugiej strony tyle miłych wspomnień o Maluchach i innych takich bolidach, bo to tak jak ze sportowcami. Im więcej trenuje, tym większa satysfakcja ze zwycięstwa. Wsiąść do wygodnego samochodu i przejechać długą trasę to marne wyzwanie. Jechać tą samą trasę w spartańskich warunkach na pewno przyjemne nie będzie, ale satysfakcja, że się tego dokonało – ogromna.

    Tommy – Ty tego nie zrobisz? :)

    1. Tommy 22 lipca 2014 o 10:18

      Na swoje usprawiedliwienie powiem, że przedwczoraj po raz pierwszy w tym sezonie wytargałem na przejażdżkę mojego czerwonego Forda. Jest twardy jak taczka, skrzynia świszczy niczym startujący odrzutowiec, a obroty są równie stabilne co kurs akcji Point group ale i tak zastanawiam się czy nie zabrać go na wycieczkę do Mikołajek – bo tak bardzo kabriolet ;}

  8. Paweł 22 lipca 2014 o 11:09

    Kabriolet jest tak bardzo bez sensu, ale chętnie przytuliłbym coś pokroju Brery Spider i przejechał całe chorwackie wybrzeże :)

  9. Tommy 22 lipca 2014 o 11:13

    Teee… Ale proszę Cię bardzo nie wyjeżdżaj mi tu w taki upał z Alfą, brakiem dachu i wybrzeżem – szczególnie kiedy siedzę w garażu siedzę i rytmicznie tłukę młotkiem w wahacze ;}

  10. Adam 23 lipca 2014 o 16:34

    Kocham podróże samochodowe i nikt mnie nie przekona do pociągów, samolotów czy statków. Jeśli tylko mogę to na urlop jadę swoim samochodem, bo po prostu to bardzo lubię.

  11. jarek 25 lipca 2014 o 13:47

    wczasy zagraniczne do sosnowca? pozdrawiam kolegów z Górnego Śląska ;)

  12. Jurek 25 lipca 2014 o 22:23

    Takie małe wyznania… Kiedyś tam, parę miesięcy temu zresztą, sprawdziłem na mapie jak mam daleko, gdzie i kiedy skręcić, spisałem jak zwykle na kartkę i wsiadłem w gorącego 125p z jeszcze gorętszą skajka, pokonałem ileś tam km i dojechałem. Niestety nic mi się nie zjebutało, tylko w drodze powrotnej cygany chcieli opchnąć złoty pierścionek. Postęp techniki nie zawsze wychodzi na pozytwyne – dzisiejsze moje przemyślenia przed bramką podwórza – bo wsiadasz w dzień wyjazdu w auto, odpalasz giepeesa i jedziesz. Nie planujesz trasy dokładnie, nie obliczasz linijką ile to km masz do pokonania, nie wiesz gdzie dokładnie masz dojechać, bo w sumie to Hołek to powie… Niby dobrze, ale opowieści o rozdział krótsze. Tak rozdział do rozdziału skraca się i zostają fotki zrobione cyfrówką, kilkaset, jak nie kilkatysięcy, które i tak lądują w katalogu i nikt ich nie przegląda przez następną jednostkę czasu. Taki brutal reality.

  13. Jurek Killer 1 sierpnia 2014 o 22:11

    Swojego czasu miałem Fiata 125p, który choć miał swoje humory (zapali czy nie, zgaśnie czy pojedzie) pozostawił w mojej pamięci wiele wspomnień z różnych podróży. Wtedy wychodziłem z siebie gdy trzeba było go pchać przez centrum miasta na oczach setek ludzi, ale dziś, po latach, wracam do nich z uśmiechem na twarzy. I według mnie nie ważne są te wspaniałe, harmonijne i idylliczne wyjazdy ale te, podczas których coś pójdzie nie tak i trzeba improwizować. To właśnie one pozostaną na długo w pamięci i to one pokażą jakimi jesteśmy naprawdę.

  14. Albar 21 kwietnia 2016 o 11:44

    Bardzo ciekawy wpis :) Ja nadal podróżuję z mapą – ma to swój klimat! :)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *