Prentki Blog Motoryzacyjny - Zaczynam dziada lubić - Prentki Blog Motoryzacyjny
8831
post-template-default,single,single-post,postid-8831,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Zaczynam dziada lubić

Mam ostatnio straszny młyn.

Zaczęło się od klipów kręconych w ramach akcji „Nigdy nie jeżdżę po alkoholu” (o tym opowiem Wam na dniach). Żeby jakoś ogarnąć to w czasie musiałem w sprawny sposób dostać się do Warszawy i wrócić do domu jeszcze tego samego dnia. Tydzień później miałem pokonać tę trasę ponownie bo razem z Blogo, Spalaczem i Sebastianem musieliśmy pilnować, żeby podczas wizyty w Hamburgu nikt nie narobił siary i nie nasrał Helmutowi do słoika.

A ponieważ od czasu pewnej wycieczki szkolnej PKP zawsze już będzie kojarzyło mi się z rozsmarowanym na ścianie przedziału stolcem, postanowiłem, że wybiorę się do stolicy samochodem.

Tutaj pojawił się jednak problem.

No bo tak – mógłbym oczywiście wskoczyć w wąską i niczym Steve McQueen wpaść na plan zdjęciowy w chmurze dymu z opon i spalonego sprzęgła, a następnie wysiąść i przygryzając wykałaczkę w prowokująco zajebisty sposób zdjąć okulary przeciwsłoneczne kupione w biedronce za 8,99 złotych.

+ 10 do szacunu na dzielni gwarantowane.

Przy odrobinie szczęścia z wrażenia zemdlałaby nawet jakaś niewiasta albo operator kamery.

Ponieważ jednak wąską wyprodukowano gdzieś w połowie lat 80-tych, a ja miałem do pokonania grubo ponad 300 kilometrów przy temperaturach dochodzących do 30 stopni, na plan zdjęciowy dotarłbym najprawdopodobniej w stanie wymagającym natychmiastowej hospitalizacji i opieki psychologa. Być może z powodu szoku termicznego i ciągłych wibracji po drodze zostałbym nawet weganinem albo kupił jakiś rower – sami rozumiecie więc jak bardzo to niebezpieczne.

Poza tym pracę na planie mogłyby utrudniać mi liczne rany cięte i szarpane oraz koszula poplamiona mieszaniną krwi, oleju silnikowego i brudu z pobocza drogi ekspresowej S8 – bo taka właśnie mieszanka znajdzie się na Waszej koszuli jeśli spróbujecie wybrać się w dłuższą podróż czymś, czym w żadnym wypadku nie powinniście się w dłuższą podróż wybierać.

Z resztą – wąska owszem, sprawdza się świetnie gdy poruszacie się z prędkością 50-60 kilometrów na godzinę i nigdzie Wam się nie spieszy. Jeśli jednak rozpędzicie ją do prędkości przy której tiry nie będą w końcu zmiatać Was z drogi, zrobi się dość nieprzyjemnie.

Chodzi o to, że jazda wąska z prędkością rzędu 120-130 kilometrów na godzinę przypomina trochę grę w tenisa miną przeciwpiechotną.

Albo próbę zjazdu z Mount Blanc na starym składaku. Wszystko wokół drga, wibruje i hałasuje, opony wydają się być zrobione z galaretki, droga hamowania kończy się w następnym województwie, a spalanie osiąga wartości typowe raczej dla dragstera niż 90 konnego sedana z dwugardzielowym gaźnikiem.

A wy siedzicie w środku tego tornada i próbujecie skupić się na tym by jakimś cudem nie wjechać w Corsę, która poruszając się z prędkością 28 metrów na miesiąc postanowiła sprawdzić co słychać na lewym pasie.

Wydaje mi się, że bardziej komfortowe są już nawet niektóre rany postrzałowe.

Nawet podkręcenie głośności w radiu niewiele tu pomoże bo czasy, kiedy w radiu puszczali muzykę odeszły z chwilą pojawienia się reklam żeli intymnych i Eweliny Lisowskiej – a w wąskiej nie ma ani CD ani nawet wtyczki AUX. Do wyboru macie więc wyjący dyferencjał, przenikający do szpiku kości warkot silnika i wiatr gwiżdżący w uszczelkach albo zapętlone kawałki Kamila Bednarka.

Ewentualnie trzecią, najbardziej atrakcyjną opcję czyli samobójstwo.

Jakie miałem inne opcje? Cóż, bordowa dopiero zbliża się do etapu, w którym będziemy mogli położyć na nią podkład, Escort jest tak niski, że zatrzymać go mogą nawet leżące na drodze liście i szczerze mówiąc wolałbym odgryźć sobie lewą nogę niż dwukrotnie pokonać ponad 600 kilometrów za kierownicą Ibizy.

Najlepszą dostępną opcją, z której mogłem skorzystać było więc złote 318Ci, które jakiś czas temu kupiliśmy dla Izy. W efekcie jeździłem więc sobie w tę i we w tę za kierownicą całkiem współczesnego coupe i choć może się to wydawać Wam nieco dziwne, nawet mi się to spodobało.

Co więcej – wydaje mi się, że zaczynam tego dziada z szybami bez ramek zwyczajnie lubić.

Widzicie, chodzi o to, że kiedy muszę wyjechać w dłuższą podróż, samochód staje się dla mnie czymś więcej niż tylko wymagającym postojów na tankowanie substytutem PKP. Staje swego rodzaju domem na kółkach – mobilnym kawałkiem mojej własnej, prywatnej przestrzeni.

Może to jakieś moje skrzywienie psychiczne ale świadomość, że będąc daleko od domu mam ze sobą swój samochód zwyczajnie dodaje mi otuchy.

Wiem wtedy, że w razie czego mogę schronić się w nim przed deszczem, przekimać się na rozłożonym fotelu albo pojechać gdzieś, gdzie akurat będę miał ochotę się znaleźć. Mogę zamknąć w nim swoje rzeczy albo usiąść na masce i w spokoju zjeść kupionego w obszczanej budzie za dworcem hot-doga. Mogę przystanąć na chwilę na jakimś parkingu i w ciszy i spokoju pomyśleć nad tym co jeszcze muszę zrobić.

To po prostu taki kawałek mojego świata, który zabieram za sobą tam, gdzie wszystko jest mi obce.

Dotąd złotą postrzegałem jednak trochę jak dziecko sąsiadów – niby sympatyczny dzieciak i ciągle u nas przesiaduje ale to jednak nie to samo co własne dzieci. Wiecie – niby swój ale jednak jakoś tak nie do końca.

Teraz jednak, kiedy spędziliśmy razem więcej czasu coś zdecydowanie się zmieniło – wydaje mi się, że po dość chłodnym początku teraz zaczęliśmy całkiem nieźle się dogadywać. Skrzynia biegów nie wydaje mi się już taka sucha i otępiała, w końcu wiem w jakich rejonach obrotomierza chowa się moment obrotowy i nie zaskakuje mnie już zachowanie przednich kół kiedy wjeżdżam z większą prędkością w głębokie koleiny na obwodnicy Sosnowca.

Jeździ mi się już naprawdę całkiem nieźle.

Wszystko wskazuje więc na to, że złota oficjalnie stała się członkiem naszej małej, prentkiej rodziny. Wiecie – takim pełnoprawnym, z wszelkimi prawami…


21 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.