Prentki Blog Motoryzacyjny - Raz nawet musztarda uratowała mi życie - Prentki Blog Motoryzacyjny
2925
post-template-default,single,single-post,postid-2925,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Raz nawet musztarda uratowała mi życie

O tym, że planuję postawić sobie nieco większy garaż już wiecie. Ostatnio jednak chodzi mi po głowie kolejny głupi pomysł – wymyśliłem sobie żeby zbudować na jego tyłach coś w rodzaju niewielkiego placu treningowego.

Chodzi mi o ogrodową mini-siłownię umieszczoną na otoczonym trawnikiem podeście, na którym znalazło by się kilka drążków do podciągania, skos do wykonywania brzuszków, strefa do zabawy ze sztangą, wieszak na duży worek bokserski oraz szafka na pierdoły takie jak ciężarki, piwo, brzeszczot do drewna czy skakanka. Chciałbym też niewielką ściankę wspinaczkową ale to zostawiam sobie na później.

Przewidziałem za to zewnętrzne głośniki połączone z garażowym systemem audio i przenośną lodówkę.

Dzięki takiej miejscówce mógłbym urządzać sobie treningi na świeżym powietrzu – pomyślcie jakie to genialne zamienić nudny trening w klaustrofobicznej siłowni na wysiłkowy sprint w otoczeniu zieleni, śpiewających ptaków i słońca. To byłby naprawdę motywujący i ładujący baterie wycisk. Wydaje mi się również, że to może być bardziej męczące niż wieszanie firanek.

Bo widzicie, ponieważ niedawno kostucha przesunęła kolejny czarny koralik na moim życiowym liczydle, poczułem się jeszcze bardziej zdeterminowany do tego by zadbać o swoją kondycję, siłę i szeroko rozumianą sprawność umysłową. Ponieważ magiczna trzydziestka jest już tuż tuż, chciałbym przygotować się do niej jak najlepiej.

Dodatkowo pcha mnie ku temu depresja w jaką wpadłem w chwili kiedy uświadomiłem sobie ile przez ostatnie dni wepchnąłem w siebie ciasta. I, że pomimo usilnych starań nie byłem w stanie przypomnieć sobie jak nazywał się szeryf z kultowego „Mistrz kierownicy ucieka”.

Dorosłość na serio jest do bani. Kiedy jeszcze byłem w wieku, w którym niezwykle absorbowało mnie zaglądanie pod spódniczki koleżanek z klasy, wszyscy reklamowali dorosłość jako przyszłość znacznie ciekawszą. Lepszą.

„Jak będziesz dorosły to będziesz mógł pić sobie piwo”.

„Jak będziesz dorosły to będziesz sobie wracał o której będziesz chciał”

„Jak będziesz dorosły to będziesz mógł podrywać cycate dziewczyny”

i moje ulubione:

„Jak będziesz dorosły to będziesz miał swój samochód i będzesz sobie jeździł gdzie będziesz chciał”.

Teraz jednak kiedy, mój przebieg wynosi już 27 wiosen dochodzę do wniosku, że dorośli zwyczajnie zrobili mnie wtedy w balona. To jawny wał i niezgodność towaru z umową, że tak powiem. Po pierwsze wtedy nikt nie mówił mi, że jak już będę dorosły to będę musiał sam organizować sobie jedzenie.

To może wydawać się głupie ale są takie dni kiedy zrobienie sobie kanapki z keczupem można uznać za akt heroizmu. Kiedyś przez kilka dni żywiłem się wyłącznie serem topionym i musztardą bo były to jedyne rzeczy w mojej lodówce, które nadawały się do bezpośredniego spożycia.

Kiedy byłem mały nikt nie mówił mi, że w dorosłym świecie nie będzie zaczarowanych kanapek i gorącej herbaty pojawiających się w tajemniczych okolicznościach właśnie wtedy gdy uświadomię sobie, że jestem trochę głodny. Wtedy wszystko co wedle zapewnień rodziców miało „odblokować” się w dorosłym życiu posiadało promile i ogromne ilości absolutnie niezdrowych kalorii.

Piwo, wino, cheeseburgery, hot dogi, frytki…

Frytki na śniadanie, obiad i kolację – tak to miało wyglądać.

O ironio, przypomniałem sobie o tym w chwili kiedy w stanie śpiączki głodowej siedziałem na podłodze i próbowałem ugryźć znalezioną w czeluściach chlebownika bułkę pochodzącą chyba jeszcze z ery przed Chrystusem.

Poza tym pomyślcie sami – dorosłość to praca, rachunki, gotowanie, sprzątanie, ubezpieczenie OC, zakupy, ignorowanie ludzi próbujących sprzedać Wam kredyt hipoteczny i pralkę na abonament, odpowiadanie za własne czyny, brak kieszonkowego, powstrzymywanie się od zabójstwa za każdym razem kiedy co 5 minut ktoś pyta kiedy w końcu zmajstrujecie sobie jakiegoś dzidziusia, wieczne zmęczenie, odpowiedzialność, mniejsza odporność na działanie alkoholu, wkurwienie na śnieg i konieczność używania maszynki do golenia.

Nawet kreskówki ze Strusiem Pędziwiatrem nie cieszą już tak jak kiedyś.

Dorosłość jest przereklamowana.

Piotruś Pan, choć jak ostatnia ciota nosił zielone getry i zabawiał się z bandą mieszkających na statku pedofilów, dobrze wiedział co robi. Ostrzegał nas przed dorastaniem. Z resztą, wystarczyło zobaczyć jak z energicznego, latającego przystojniaka pewnego dnia zmienił się w Robina Williamsa. Teraz jednak, kiedy już przebrnąłem przez etap szoku pourazowego spowodowanego zderzeniem z byciem dorosłym, zaczynam dostrzegać w tym także pewne zalety. Po pierwsze, w przeciwieństwie do okresu dzieciństwa, dziś moja „moc sprawcza” jest znacznie większa. Kiedyś w najlepszym wypadku mogłem płakać i tupać moimi koślawymi nogami w nadziei, że ktoś zlituje się nade mną i zrobi to czego chciałem.

W sumie to pewnie mogłoby być całkiem skutecznie gdyby nie fakt, że byłem strasznie brzydkim dzieckiem.

Dziś na szczęście mogę po prostu nakreślić sobie plan działania, a potem krok po kroku konsekwentnie realizować swoje cele.

Gdybym będąc dzieckiem zapragnął wysłać kota sąsiada na orbitę okołoziemską za pomocą rakiety zbudowanej z pudła petard, stolika i dwulitrowego termosu, mógłbym co najwyżej rzucić w niego podkradzionym starszemu bratu korsarzem i liczyć na to, że podskoczy dostatecznie wysoko.

A teraz mam allegro, bajerancką kartę płatniczą, a do tego wiem jak posługiwać się spawarką w sposób, który nie pozbawi mnie oczu i jakiejś kończyny.

Kot sąsiada powinien w tej chwili trenować sikanie do butelki, bo wydaje mi się, że za niedługo ta umiejętność może być mu bardzo przydatna.

Poza tym mam własny samochód i sam wybieram ciuchy, które chcę kupić (wierzcie mi, że gdybyście zobaczyli mnie w pierwszej klasie podstawówki to od razu zaczęlibyście wysyłać SMSy na fundację polsat). Mam też stertę książek, na które jako dziecko nawet bym nie spojrzał i ekspres do kawy, który doceniam dziś jak nigdy dotąd.

Jak ja mogłem żyć bez kawy?

Choć bardzo mi tęskno za czasami, w których spędzałem dnie na przewracaniu się na rowerze i bieganiu za piłką, której i tak nie byłem w stanie kopnąć prosto, coraz bardziej doceniam to, co daje mi szeroko rozumiana dorosłość. Bo tak naprawdę dzieciństwo to nie sztywne ramy czasowe, które musimy opuścić.

Dzieciństwo to stan umysłu.


8 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.