Prentki Blog Motoryzacyjny - Taka prentka analogia - Prentki Blog Motoryzacyjny
13458
post-template-default,single,single-post,postid-13458,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Taka prentka analogia

Jeśli mam być szczery, to większość współczesnych samochodów rozpala moje zmysły równie skutecznie co elektryczny, podszafkowy podgrzewacz wody.

Albo Ewelina Lisowska.

Z tego powodu, mimo, że w teorii jestem blogerem od aut, to w praktyce cholernie słabo orientuję się w aktualnej ofercie modelowej większości producentów. Nie mam na przykład zielonego pojęcia jaka generacja Renault Clio jest obecnie dostępna w salonach. Nie wiem też jakie silniki montują teraz w Passatach, ani jakie jest oznaczenie kodowe najnowszego BMW serii 3.

Tak naprawdę nie jestem nawet do końca pewien, czy w BMW dalej produkują serię 3 – bo narobiło się tam tyle „iksów”, „emów” i dziwnych cyferek, że nie zdziwiłbym się gdyby stara, dobra trójka nazywała się teraz X2M4.

Wersja „xD”

Czasami też, kiedy stoję w korku i patrzę na jakieś nowsze BMW sunące niespiesznie przede mną, zastanawiam się co właściwie oznacza 320i przyklejone na jego tylnej klapie. Wiem, że nie wszyscy tutaj interesują się beemkami dlatego pozwólcie, że wyjaśnię wam jak to kiedyś działało – otóż pierwsza cyfra oznaczała serię modelu, a kolejne dwie pojemność silnika.

320i oznaczało więc najczęściej BMW serii 3 z 2-litrowym silnikiem.

Takim na wtrysku bo „i”.

Potem jednak BMW do projektowania oznaczeń modeli zatrudniło tego siwego gościa, który losował kiedyś piłeczki z numerkami na polsacie i teraz, jak wynika z informacji na stronie BMW liczba 340i oznacza wersję z 3-litrówką, 330i z 2-litrówką, a 330D – z 3 litrówką.

To bardzo logiczne zważywszy na fakt, że modele 316d, 318i i 320d mają 2-litrowe silniki.

Tak samo jak 325d.

Idąc dalej – niedawno musiałem zamówić nową rolkę paska wielorowkowego do naszego nowego hatczbecka. Operacja z pozoru niezwykle prosta ale wierzcie mi lub nie – dobre pół godziny zajęło mi rozkminienie do jakiej generacji modelowej należy w ogóle nasz samochód.

Serio.

To może wydawać się wam śmieszne ale kiedy zacząłem grzebać w internecie to okazało się, że w roku, z którego pochodzi nasze auto produkowano dwie generacje, a na dokładkę obie wyglądają dokładnie tak samo.

Zastanawiam się co za debile świadomie kupują tę droższą.

Serio.

Dobre dziesięć minut gapiłem się na zdjęcia obu aut i jeśli chodzi o różnice to wyłapałem jedynie odrobinę inny kształt przednich reflektorów. Pewnie pomyślicie sobie, że przesadzam ale musicie wiedzieć, że podobnie jak większość mężczyzn, na przestrzeni lat rozwinąłem niesamowicie umiejętność wyłapywania najsubtelniejszych różnic w wyglądzie różnych obiektów. To w końcu cecha niezbędna dla przetrwania naszego męskiego gatunku.

Kiedyś chroniła nas przed zjedzeniem niewłaściwego grzyba i pomagała wypatrzeć ukrywającą się w zaroślach dziką zwierzynę, a dziś chroni nas przed zostaniem zatłuczonym na śmierć łyżką do butów bo nie zauważyliśmy, że nasza druga połówka wydała właśnie 300 złotych na przefarbowanie włosów z koloru brązowego na brązowy.

Wracając jednak do samochodu – samo ustalenie wersji modelowej było już jakimś tam sukcesem ale później okazało się jeszcze, że w danym roczniku występuje kilka rodzajów napinaczy, a ich przyporządkowanie do poszczególnych kodów silnika jest równie logiczne co aktualna polityka podatkowa.

Przeglądając oferty napinaczy uświadomiłem sobie jednak pewną rzecz – bo widzicie, w całej tej mojej samochodowej ignorancji kryje się pewna ciekawa analogia.

Otóż jeszcze 15-20 lat temu byłem jednym z najlepiej zorientowanych w tematyce sprzętu komputerowego dzieciaków w okolicy. Wiedziałem doskonale jaka karta graficzna jest potrzebna, żeby włączyć mojej kuzynce Sims 2, wiedziałem czy lepszy jest Pentium IV czy może poczciwy Celeron i byłem w stanie przewidzieć jaką pojemność dysku powinienem wybrać żeby wystarczyło mi miejsca na te wszystkie zgrywane od kumpli gry i pornosy w rozdzielczości 640×480 pikseli.

Wiedziałem jakiej marki kości RAM są warte uwagi, aktualizowałem BIOS-y, śledziłem premiery nowych procesorów i z wypiekami na twarzy czekałem na moment, w którym będzie mnie stać na dwurdzeniowy procesor.

Później jednak odkupiłem od znajomego styraną konsolę Playstation i za sprawą Gran Turismo 2 i Harvest Moon’a na mniej więcej rok wyleciałem z tej hardłerowej karuzeli spierdolenia.

Zamiast gonić za tymi wszystkimi FPS-ami, megahercami i gigabajtami pojemności po prostu wkładałem do napędu płytę CD i dobrze się bawiłem.

Po części dlatego bo za nadwyżkę kasy kupowałem różową Fantę, komiksy z Dragon Ball i chrupki bekonowe.

Mniej więcej dwa lata później chciałem wymienić kilka części w moim zapomnianym nieco komputerze – tak, żeby uruchomić na nim nową ścigałkę, którą przy jakiejś okazji podrzucił mi mój znajomy. Kiedy jednak zacząłem przeglądać czarno-białą gazetkę z pobliskiego sklepu komputerowego, okazało się, że wszystko co wiedziałem o parametrach sprzętu komputerowego jest na ten moment równie aktualne co żółta książka telefoniczna rocznik 1986 leżąca gdzieś pod naszą szafką na TV.

Uświadomiłem sobie wtedy, że żeby mój komputer nadawał się do uruchomienia czegokolwiek bardziej wymagającego od Scremera 4×4 musiałbym wydać na części więcej niż zarobiłbym na okolicznych budowach przez najbliższe 15 lat.

Olałem więc temat, płytę z nową grą rzuciłem w kąt, kupiłem sobie piwo i jak zwykle włączyłem Gran Turismo.

I naprawdę dobrze się bawiłem.

W efekcie mimo że kiedyś byłem prawdziwym ekspertem od komputerów to dziś nie mam zielonego pojęcia jakie parametry ma laptop, który jakiś czas temu sobie kupiłem. Serio – te wszystkie taktowania, rdzenie i SS-deki są dla mnie dziś tak bardzo niezrozumiałe, że nie chciało mi się nawet przeczytać do końca specyfikacji.

Poszedłem więc do sklepu i zapytałem sprzedawcę czy na tym sprzęcie da się uruchomić porno w HD.

On powiedział że tak.

Dałem mu więc moje pieniądze.

On dał mi laptopa.

Widzicie – chyba zaczynam rozumieć dlaczego mam stare BMW, a nie Opla w dieslu z otwieranym stopą bagażnikiem i kamerą cofania.

I dlaczego tak dobrze się w nim bawię…


16 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.