Kilka nowych zdjęć z walki nad (wciąż jeszcze) bordową.
Prace idą dość sprawnie, choć jak to zwykle bywa z takimi projektami i tutaj co jakiś czas wychodzą nam różne niespodziewane niespodzianki.
To pofalowanie blachy, którego wcześniej nie było widać, to znów ukryta pod lakierem korozja, którą trzeba dodatkowo zagruntować… Wiadomo – stary samochód ;)
Tak czy inaczej ogarnianie tego idzie Piotrkowi całkiem sprawnie i bordowa powoli zaczyna nabierać kształtów. Obecnie boki są już mniej więcej wyrównane (więcej zabawy jet z lewą stroną ale na szczęście nie ma tu jakiegoś dramatu). Na koniec na całość trafi kolejna warstwa podkładu epoksydowego i wtedy zobaczymy czy potrzebne będą jakieś dalsze poprawki.
Na koniec wypełniający podkład akrylowy i będzie można brać się za wybór koloru.
Teraz trwa ta najgorsza, brudna część pracy czyli szlifowanie szpachli – poliestrowa kokaina jest więc dosłownie wszędzie:
Prawa strona jest już praktycznie gotowa – poprawek wymagają jeszcze tylko okolice progu:
Udało się jednak uratować drzwi, które początkowo spisywałem raczej na straty (wyciągnięcie wgnieceń zgrzewarką, oszlifowanie i cienka warstwa szpachli):
Przód został zdemontowany, tymczasowo zostawiliśmy tylko maskę.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to w połowie przyszłego tygodnia nadwozie powinno być już gotowe do nakładania podkładu.
Kolejne wieści już wkrótce ;)
Pozdrawiam,
Tommy
Prace ruszyły z kopyta i to się chwali ….. tylko, że tej szpachli to coś mi się wydaje, że od groma jest.
Wiem, że auto ma sporo lat, i rozumiem, że tam gdzie były wspawywane zaprawki bez szpachli się nie obędzie, ale przecież jak Ty potem sprzedasz to swoje e36 „Januszom” z taką ilością szpachli?
;-)
Panie, jak Piotrek namiesza szpachli w betoniarce i pacą zaciągnie to się to sprzeda jako e92 ;)
A tak na serio – szpachli wbrew pozorom jest niewiele (cienka, szeroka warstwa – efekt lekkiego wklepania krawędzi przez blacharza).
Co robisz ze starym lakierem w miejscach gdzie jeszcze się on trzyma? Zdzierasz wszystko do gołej blachy czy nakładasz drugą warstwę?
Zdzieranie całego lakieru zakrawa o masochizm, poza tym osłabiasz blachę tym, będzie cieńsza, może się przegrzać pofalować itp. Czasami przy restauracji jakichś zabytkowych się stosuje piaskowanie ale to nie będzie ta sama blacha.
Dokładnie – jeśli samochód nie ma dużej wartości historycznej uzasadniającej zdzieranie oryginalnej powłoki i nakładanie nowej o fabrycznej grubości to lepiej nie ruszać. Po prostu matujesz i równasz stary lakier żeby poprawić jego przyczepność i zniwelować uskoki i na niego kładziesz podkład.
Kto nigdyy nie robił przy wyrównywaniu samochodu, temu wydaje sie ze szpachli jest dużo. Nie nie jest. Na drzwiach dosłownie widać ze prześwituje. Wyrównanie samochodu który ma za spobą kilka set tysiecy kilometrów, milon obić dzrwio-parkingowych etc. tak właśnie wygląda (innych w sumie nie robiłem). Trzeba nałożyć wiadro szpachli, a potem te wiadro zeskrobać i zostaje z tego dosłownie troszeczkę na karoserii.
Wiadro szpachli to fakt choć zalecam raczej nakładanie go warstwami ;)
Od razu fotki skojarzyły mi się z transporterem :D jestem ciekaw efektu :)
Na ty pierwszym zdjęciu wygląda jak jakiś pojazd kosmiczny:)
Fajne:
https://www.youtube.com/watch?v=aDVoiyP8Mmo
Świetnie. Zastanawia mnie czy zmieni Ci się podejście do tego auta kiedy już będzie bez skazy…no, bez większej skazy, z nowym lakierem itd. W sensie czy będziesz miał opory przed jazdą zimą, czy niezwracaniu uwagi na rysy, obicia itd bo odniosłem takie wrażenie – a czytam bloga chyba od początku, że nie jest to dla Ciebie najistotniejszy element :) że auto ma przede wszystkim służyć do sprawiania radości kierowcy, właścicielwi, a zbytni perfekcjonizm (oczywiście dostosowany do warunków) to nie jest wg Ciebie dobra droga.
Zastanawia mnie też czy po tylu latach, takiej ilości włożonej pracy i pewnie wyrzeczeń – bo przecież za darmo części i czasu Ci nikt nie daje – coś by mogło skłonić Cię do jej sprzedaży na rzecz czegoś …”ciekawszego” – ciekawszego w takim sensie, że obiektywnie, z wyłączeniem emocji byłoby takie auto trzymać rozsądniej…lub kiedy takie auto byłoby obiektywnie i bez emocji związanych z danym egzemplarzem – lepsze. gdyby np trafiła Ci się okazja kupienia oryginalnego m3 w świetnej cenie i jedyną rzeczą którą mógłbyś zrobić żeby je mieć – byłaby sprzedaż bordowej. Podsumowując – coraz częściej słyszę i czytam że dla kogoś, jego auto jest dożywotnie i nigdy go nie sprzeda…no może z wyjątkiem sytuacji totalnie przymusowej. Po czym myk, trafia się coś w lepszym stanie/lepszej wersji i auto ląduje na sprzedaż a wszystkie deklaracji miłości i przywiązania legną w gruzach :)
Na pytanie numer 1 odpowiem zdjęciem:
Idea bordowej się nie zmienia – to całe moje ADHD zamknięte w czterech kółkach dlatego w żadnym wypadku nie zamierzam nagle zacząć trzymać go pod kocem czy zabierać na gremanfesty ;)
Jedyne co rozważam to codzienne haratanie nim zimą – ale to już nie ze względu na bandy i obdarcia tylko sól i fakt, że połowa blach została wymieniona (a jak wiadomo co spaw to potencjalna korozja).
Co do drugiej kwestii – najchętniej jeździłbym nią do śmierci (serio – jak naciąganie by to nie brzmiało). Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że za 20-30 lat utrzymanie jej w dobrej kondycji może być znacznie bardziej problematyczne (pewnie nawet dostanie reperaturki będzie graniczyło wtedy z cudem). Dopuszczam więc opcję, że na daily znajdę coś mniej „wartościowego” (np. jakieś e46 328i), a nią będę jeździł zawsze wtedy kiedy tylko najdzie mnie ochota :)
To auto to kawałek mojego życia dlatego nawet gdyby pojawiła się jakaś bardziej atrakcyjna opcja to i tak ma on u mnie swoją emeryturę. Może będę jeździł nim rzadziej (co nie znaczy, że mniej agresywnie), albo przebuduję je typowo na tor i będę zabierał kilka razy do roku na track day, ale nie zakładam w ogóle opcji, że mógłbym go sprzedać.
Tak nawiasem mówiąc – od jakiegoś czasu myślę o kupnie M3, ale bordowej w to nie mieszam ;)
„To auto to kawałek mojego życia” takiej odpowiedzi się spodziewałem :)
a swojego życia się nie sprzedaje i nie zamienia na jakieś „ładniejsze”
i muszę to napisać ,że kolejny raz nie mogę wyjść ze zdziwienia jak Twój odbiór wszystkiego co związane z tą pasją jest zbieżny z moim
No i pytanie – nie lubisz germanfestów? :P
Zasadniczo nic do nich nie mam – po prostu gdybym sam miał zestęsować i zgermanić bordową tak, żebym na myśl o deszczu czy umyciu jej wodą z wiaderka bez separatora dostawał dreszczy, najpewniej po tygodniu popełniłbym samobójstwo ;)
Albo kupił golfa w dieslu, a to chyba nawet jeszcze gorsze ;)
Oby tylko takie ilości szpachli na naszych samochodach były.. niestety teraz po komisach skupują takie graty, że szkoda gadać, a po tygodniu wysytawiaja jako „Panie, Niemiec płakał, jak sprzedawał”. Natomiast robota bardzo dobra