Miałem kiedyś przyjaciela.

A w zasadzie to nadal go mam, choć praktycznie już się nie widujemy. Jednak gdyby i dziś nie był wciąż moim przyjacielem to również i w przeszłości nie miałbym prawa tak go nazywać.

Tak właśnie działa przyjaźń.
Na zawsze i chuj.

Wiele osób przewija się przez moje życie. Pojawiają się i odchodzą. Czasem zostają na dłużej, czasem usuwają się w cień zanim w ogóle zdążę zauważyć ich obecność – docenić ją. Każdego dnia przez moje życie przewija się wiele przypadkowych znajomości, uściśniętych dłoni i wymienionych uśmiechów.

Naprawdę wielu, wielu ludzi.

Wiele światów, wiele poglądów i wiele mimowolnie nabytych zachowań. Wiele ubrań, wiele zapachów i twarzy. Zanuconych nut, kolorów włosów i głosów wiele jak gwiazd na niebie. Jednak wśród wszystkich tych barwnych, różnorodnych sfer skrywa się coś, czego nie da się przelać na papier. Cechy, których nie da się uwięzić w słowach czy zaszufladkować za pomocą kilku zziębłych przymiotników.

Mój przyjaciel ma w sobie tę samą cząstkę co ja. Ten sam modułek ukryty głęboko w trzewiach, który mimowolnie naprowadza nas na siebie choćbyśmy całe życie błądzili, na przekór oddalając się w innych kierunkach.

Zawsze w jakiś dziwny sposób trzymamy się razem.

Bo przyjaciel tak naprawdę jest kimś, kogo nie wybiera się w oparciu o jego fryzurę czy zasobność portfela. Nie ma znaczenia czy od małego mieszka dwa domy dalej, czy też pochodzi z innej planety. Nie liczy się muzyka, której słucha. Nie istotne jest co sądzą o nim inni i jakim samochodem jeździ.

To wszystko jest ulotne i zmienne, a przyjaźń niestrudzenie trwa i trwa, choć świat się zmienia.

Przyjaciel? Po prostu spotykasz go i od razu wiesz, że ten gość to Twój brat. Twój migoczący gdzieś w głębi duszy modułek wie na kogo właśnie trafiłeś i z całych sił stara Ci się ten fakt przekazać. Wyrywa się i szarpie piszcząc niczym uradowany jamnik. Sprawia, że już po kilku wymienionych zdaniach znajdujecie się w miejscu, do którego większość znajomości dąży latami.

A zatem i mój samochód jest poniekąd moim przyjacielem.

I choć termin „przyjaźń” ma tu nieco żartobliwy charakter, to zależność pozostaje ta sama. Bratnie dusze. Tak naprawdę to wcale nie my wybieramy samochód. Moim zdaniem on robi to za nas – tak mocno zakorzenia się w naszym umyśle, że nie daje nam spokoju – nawet gdy rozsądek bije na alarm krzycząc, że to bez sensu.

Że to głupie.
Ale to Nasz wybór.

Nie wiem czy Wy też tak macie, ale ja bardzo wyraźnie czuję z którym samochodem mogę się dogadać, a z którym nie. Czasem wsiadam do jakiegoś volkswagena zachwalanego przez rzesze moich znajomych i pomimo, że wszystko (zgodnie z ich zapewnieniami) jest w jak najlepszym porządku to wiem, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni.

Choć jest tu wszystko, to jednak czegoś tu brak.

Mam w garażu tą moją mobilną landrynkę wyprodukowaną przez Forda i naprawdę bardzo ją lubię. Przywiozłem tego staruszka w chwili, kiedy tylko włos dzielił go od śmierci i bez chwili wahania poświęciłem mu wiele czasu, uwagi i pieniędzy. Ratowałem tego skurczybyka choć z góry było wiadomo, że to nieopłacalne. Że to bez sensu.

I choć dziś uśmiecha się już radośnie i towarzyszy mi w wielu fajnych momentach życia to wiem, że tak naprawdę nigdy nie zgramy się w 100%. Zawsze pozostanie między nami ta odrobina niepewności. Mam świadomość, że kiedyś pojawi się chwila, w której się nie zrozumiemy. Zamierzony ruch kierownicą zostanie źle odczytany, bądź okaże się zbyt wolny. Niezrozumiały. Można to porównać do sytuacji gdy  tańcząc z uroczą kobietą nie wszystko idzie tak jak powinno. Owszem – oboje jesteście podobnego wzrostu, lubicie tę samą muzykę, to samo wino i oboje równie mocno kochacie taniec. Znacie się i tańczycie wspólnie od lat. Jednak jeśli między Wami nie ma tej iskry, to co jakiś czas ktoś komuś nadepnie na stopę psując tym samym cały urok i czar tej zabawy.

To samo „coś” musi zaistnieć również między Wami, a waszym samochodem.
Bez tego zawsze będzie on tylko elementem zeznania majątkowego. Dowodem rejestracyjnym w portfelu.

Z moim BMW naprawdę dogaduję się jak z żadnym innym. Zdaję sobie sprawę, że daleko mu do ideału, i że wiele jest lepszych samochodów. Szybszych, lepiej się prowadzących, wygodniejszych… Ale wszystkie one mają jedną wadę, której nie zrównoważą nawet najbardziej zniewalające zalety.

Nie są nim.

W moim wypadku padło na BMW, ale tak naprawdę równie dobrze mogłoby to być stare volvo, alfa czy jakiś niewyróżniający się z tłumu volkswagen. Nie ma tu reguły – podobnie jak w miłości na nic zdają się tu świadome wybory.

Czuję się odpowiedzialny za mój samochód. Jest mi źle kiedy widzę jak stoi na placu umorusany i mokry od deszczu. Boli mnie gdy muszę zostawić go dziś w garażu bo nie zdążyłem skończyć tego co zaplanowałem. Czuję się wtedy jak skończony drań zamykający swojego skomlącego psa w piwnicy.

I choć pełen niedoskonałości i wad to traktuję go jak ukochanego członka rodziny.

Bo tak właśnie działa przyjaźń.