Dzięki wysiłkom opłacanych z budżetu państwa naukowców, którzy nie mieli najwyraźniej nic lepszego do roboty, dowiedziałem się właśnie, że jeśli wziąć pod uwagę wygląd łańcucha DNA to mniej więcej w połowie jestem bananem.

Chyba wiem nawet, o którą połowę chodzi.

Jednak pomimo, że tę informację ogłosił siwiejący gość w białym kitlu, wyglądający tak rzetelnie, że śmiało mógłby reklamować przeciw próchniczą pastę do zębów, jakoś nie jestem w stanie zrozumieć jak tak skomplikowana, wysoko rozwinięta i inteligentna forma życia może dzielić połowę swojego łańcucha DNA z kimś takim jak ja.

To zupełnie nielogiczne.

Przede wszystkim nie spotkałem jak dotąd banana, który posiadałby choć trochę zrośnięte brwi.

Nie słyszałem też o tym, by jakiś nieślubny banan zgłaszał roszczenia do majątku w trakcie jakiegokolwiek postępowania spadkowego. Nigdy nie zapraszałem też żadnego w połowie spokrewnionego banana na moje urodziny.

Choć muszę przyznać, że w chwili gdy przypomniałem sobie o pewnej sałatce owocowej, w głębi duszy ucieszyłem się, że Polska nie posiada umowy o ekstradycji z Dominikaną.

Dlaczego jednak o tym mówię – pewnie nie umknęło Waszej uwadze, że od jakiegoś czasu producenci samochodów, pragnąć zaoszczędzić nieco grosza zaczęli wymieniać się między sobą częściami, które z różnych powodów nie są już im potrzebne albo, których mają zwyczajnie za dużo. Czasami spotykają się też w jakiejś szopie na tyłach fabryki Skody i planują budowanie czegoś wspólnie – tak aby dział finansowy nie urwał im głowy przy samej dupie za przedłożenie biznesplanu dotyczącego produkcji samochodu kosztującej więcej niż produkcja średniej jakości roweru.

I tak na przykład za sprawą silnika Prince o wiele mówiącej nazwie EP6CDT, kupując nowego Peugeota, pod maską znajdziecie silnik z MINI.

Podobnie jest z Citroenem. Potem po niewielkich zmianach zaczęli montować ten silnik w BMW F10, F20 i F30.

Tak więc kiedy nawali Wam nowe BMW to bez większych przeszkód możecie zadzwonić w tej sprawie do Peugeota. To z jednej strony fajne bo dzięki takim rozwiązaniom łatwiej będzie zdobyć różne części albo elementy do modyfikacji. Będzie też łatwiej nauczyć się obsługi niektórych elementów no i oczywiście jest szansa, że takie grupowe projekty będą zwyczajnie tańsze.

Są jednak również minusy.

Ja tam na przykład, wydając dwieście tysięcy złotych na nowe BMW czułbym się nieco zawiedziony kiedy dowiedziałbym się, że mój samochód jest w połowie taki sam jak srebrny Peugeot, którego sąsiad kupił od dwustusiedmioletniego Niemca za niecałe czterdzieści ojro.

Druga sprawa to niezwykle ceniona w świecie motoryzacji indywidualność. Uwielbiam moją rzędową szóstkę bo dźwięku, który wydaje zamieniając paliwo na niekończący się strumień niutonometrów nie da się pomylić z niczym innym.

To już nie jest proces spalania.

To wysokooktanowy koncert symfoniczny na dwa wałki.

Podobnie jest w wypadku boxera od Subaru albo Hondowskiego V-teka. Co więcej – gdyby ktoś pomylił dźwięk rzędowej szóstki z boxerem Subaru, natychmiast usunąłbym jego numer z mojego telefonu a potem zabroniłbym mu zbliżać się do mnie na odległość mniejszą niż czterdzieści metrów.

Każdy szanujący się producent samochodów próbując sprzedać nam swój nowy model uderza właśnie w ten punkt psychiki, który sprawia, że kobieta jest w stanie w ciągu kilku sekund wymyślić czterdzieści nowych, sadystycznych zastosowań obcasów jeśli tylko okaże się, że jakaś gruba baba przyszła na imprezę sylwestrową w takiej samej sukience.

Indywidualność.

To trochę przykre ale w wypadku samochodów indywidualność coraz częściej zaczyna ograniczać się wyłącznie do kształtu reflektorów i zamontowanego na masce emblematu. Mało który producent jest jeszcze w stanie wyłamać się z szyku i produkować coś, co nie korzysta z opracowanych wspólnie modułów, platform i komponentów.

Silniki, płyty podłogowe, elementy wyposażenia… Zaglądnijcie do wnętrza Seata i Skody, a zauważycie, że połowa przycisków i pokręteł jest dokładnie taka sama.

Czyżby był to początek upadku tej gloryfikującej indywidualność motoryzacji?

Nie sądzę ale o tym dlaczego będzie nieco później.

Najpierw sprawa nowych segmentów rynku – ponieważ trzymam na podjeździe nie najnowsze BMW, często zaglądam na różne fora poświęcone właśnie tej marce. Wiecie – szukam schematów, relacji z napraw różnych części i tak dalej. Ostatnio moją uwagę zwróciło poruszenie jakie wywołała zapowiedź nowego modelu BMW czyli i3:

Przede wszystkim nie, żebym uważał się za geniusza ale na pomysł takiego nazewnictwa modeli wpadłem już znacznie wcześniej niż ludzie w wielkich okularach pracujący dla marketingu BMW.

Ale o co chodzi – od razu po pojawieniu się pierwszych materiałów prasowych grupa „miłośników marki” wywołała wielką gównoburzę płacząc nad tym jak to BMW śmie porzucać wieloletnie wartości i rezygnować z klasycznego układu napędowego. No i ta kobieca aparycja. Te gówniane wymiary!

Hańba!

„BMW porzuciło swe korzenie!”, „Sprzedało się” i tak dalej – tak mniej więcej wyglądały komentarze dotyczące prezentacji nowego wózka golfowego BMW.

Jednak zapaleni „miłośnicy marki” najwyraźniej nie do końca chyba pamiętają jak właściwie wygląda historia ich ukochanego koncernu.

Bo widzicie, chodzi o to, że w okresie powojennym, gdy nad fabryką BMW wisiało widmo upadku to właśnie samochód pokroju i3 uratował tyłek bawarskiej manufakturze.

Tak – chodzi o Isettę:

Kiedy BMW po roku produkcji sprzedało łącznie jakieś siedem sztuk modeli 501 i 502 było już jasne, że wielkie sedany nie są tym, czego oczekują klienci. Owszem – BMW mogło pozostać „wierne tradycji” i dalej produkować wielkie limuzyny ale jak podejrzewam gdyby wybrało tę drogę to dziś samochody z biało-niebieskim śmigiełkiem oglądalibyśmy wyłącznie na zlotach klasyków.

BMW odkupiło prawa do Isetty od marki ISO (tak, to ta która zrobiła też genialny model Griffith) i po niewielkich modyfikacjach sprzedała taką ilość egzemplarzy, że pozwoliło jej to przetrwać okres kryzysu.

Warunki dyktuje rynek i skoro BMW uważa, że powinno produkować takie jeżdżące opiekacze to ja mu wierzę. Jeśli dzięki temu przez najbliższe lata nie będę musiał martwić się o nowe części do mojego E36 to może produkować sobie nawet skutery.

A co z indywidualnością? Jest na to bardzo prosty sposób:

Kup sobie stary samochód i zadbaj o niego tak, by wyglądał przynajmniej tak dobrze jak w chwili kiedy wyjechał z fabryki.

Klasyka nigdy nie wyjdzie z mody.

Poza tym wymaga wiele pracy i zaangażowania – dlatego też nigdy nie stanie się powszechna.

15 Komentarzy

  1. Bio 15 listopada 2013 o 18:50

    ototototo… a propos i3 wyjąłeś mi z ust Isettę (bez podtekstów zboczeńcy!) I właśnie czegoś teraz "brakowało" Bawarce, biorąc pod uwagę, że takie np.: Audi ma A1 i właściwie w markach premium nikt nic nie robi w tym segmencie… 

  2. Mowad 15 listopada 2013 o 18:51

    Już po raz kolejny widzę, że piszesz V-tek. Jeszcze to „k” na końcu jakoś bym przebolał, ale po „V” nie ma żadnego myślnika na miłość boską! VTEC, vtec, niech będzie ostatecznie nawet Vtec (choć najbardziej prawidłowe jest VTEC). Nie czepiał bym się, gdyby to był blog o gotowaniu, a nie o tematyce motoryzacyjnej.
    Ale żeby nie było, że taki hejt na wejściu to blog jest super, styl pisania też masz super, czytam wszystko od deski do deski cofając się w czasie, doszedłem do grudnia 2012, więc sporo lektury przede mną.
    Nie chciałem komentować starych wpisów, ale normalnie nie wytrzymałem z tym dzisiejszym :)

    1. Tommy 15 listopada 2013 o 18:53

      Wybacz – jeszcze dość słabo orientuję się w Chądach ;}

       

      1. Mowad 15 listopada 2013 o 19:31

        spoko, ja słabo w BMW ale z tego co wiem tam jest coś podobnego i nazywa się W-anos :P

          1. wuner 18 listopada 2013 o 17:16

            Bahahahahahahaaaa…

        1. Tommy 16 listopada 2013 o 12:14

          Mowad – już Cię lubię :}

  3. maxx304 15 listopada 2013 o 19:22

    Hmm, czy i3 możemy przyrównać do Isetty? Chyba nie do końca. i3 nie ratuje tyłka BMW, a Isetta była jednak benzynowa (teraz się co prawda ponoć tłucze elektryczną wersję w Wietnamie). Co do rynku – pełna zgoda. Jak ludzie chcą, to i samochód o wyglądzie kupy lub banana wyprodukuje, byle kasa do kieszeni szła. Ja nie jestem targetem dla takich aut. Nie chcę elektryka, bo nie jeżdżę tylko po mieście. Nie chcę go, bo uwielbiam ryk silnika przy przyspieszaniu. Nie chcę go, bo obawiam się wymiany baterii w używanym, a nowego nie kupię, bo cena jest dla mnie zbyt wysoka. Cała ta eko-moda i wyśrubowane normy Euro jakoś mnie nie przekonują, odkąd dowiedziałem się, że krowa pierdząca na polu mojego wujka emituje więcej gazów do atmosfery niż moje auto. Swoją drogą Tommy, nieco mnie dziwi Twoja zmiana podejścia, bo w tym wpisie http://prentki-blog.pl/car-of-the-year-2011/ grubo pojechałeś po elektrykach. Fakt, że w sumie tylko krowa (nomen omen) nie zmienia poglądów, ale czymże tłumaczyć mam Twoją akceptację? Nie sądzę, że bez i3 BMW padnie, a części do E36 będziesz musiał toczyć sobie sam. Ludzie kupują BMW nie dlatego, że jest eko i trendy, ale że ma markę i historię, którą tworzy wiele pokoleń kierowców.

    1. Tommy 15 listopada 2013 o 19:32

      Wiesz co, nie tyle zmieniłem nastawienie do elektryków (nadal uważam to za bazsens) co raczej poirytowało mnie podejście "wiernych fanów marki", którzy najwyraźniej nie do końca ową markę znają (mam nadzieję, że rozumiesz co mam na myśli).

      W życiu nie kupiłbym i3 i podobnie jak Ty nie wyobrażam sobie jeżdżenia czymś bez klasycznej benzynówki. Rozumiem za to dlaczego BMW podąża za rynkiem i pamiętając o roli Isetty mimo wszystko go za to nie winię..

      Poza tym dzięki takim wynalazkom jak i3 jeszcze bardziej doceniam moje przestarezałe E36 ;}

      1. maxx304 15 listopada 2013 o 19:41

        Zgadza się, mnie nie irytuje że producent sześciocylindrowego symbolu pożądania wyprodukował opiekacz. Kiedyś wyprodukował małe pierdzikółko dla ludzi i dzięki temu przetrwał. Teraz też wyprodukował opiekacz dla ludzi. Ludzie chco, ludzie kupio. A jak nie chco, to nie kupio. Jak Ty i ja :)

  4. wlowik 16 listopada 2013 o 03:22

    Co do ukochanego dźwięku autka (ukochanego), to zawsze jest jakieś wyjście. Nawet dla elektryków…  
    Takie S3 zawsze może zabrzmieć jak M8.

  5. Marcin 18 listopada 2013 o 13:07

    Uwielbiam Twoje wpisy :D W starych samochodach jest moc!

  6. MSK 19 listopada 2013 o 17:09

    Do czasu spotkania tego dziwadełka na drodzę nie uwierzę w jego istnienie. A najgorsze jest to, że jak skrytykuję go za wygląd to ktoś kto mnie zna zaraz pociśnie mi po hipokryzji, bo tak narzekam na wtórność i nudę w stylistyce współczesnych samochodów. Zastanawiam się tylko, dlaczego współcześni styliści, żeby wyróżnić nowy wóz, ale tak na prawdę wyróżnić, porzucają rozum i dobry gust robiąc wszystko tak, by wyglądało jak wyklepane na prędce po ostrym dzwonie. Ale ja się nie znam, jeżdżę Escortem.

  7. kamila 7 marca 2014 o 15:43

    Wiem co zrobię zrobie banana :p

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.