Prentki Blog Motoryzacyjny - Kto kupuje brzydkie samochody? - Prentki Blog Motoryzacyjny
2948
post-template-default,single,single-post,postid-2948,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Kto kupuje brzydkie samochody?

Kiedy jakiś czas temu z nudów zajrzałem do magazynu składającego się głównie z kartek przedstawiających monochromatycznych mężczyzn noszących drogie zegarki i zawierających sponsorowane przez producentów samochodów testy modeli przesycone do granic bólu przymiotnikami takimi jak „przestronny” i „oszczędny”, zaskoczyła mnie pewna rzecz.

Bo widzicie, gdy jeszcze jakiś czas temu wspólnie z innymi dzieciakami z okolicy siedzieliśmy na tarasie i harataliśmy w grę karcianą polegającą na przechwalaniu się, który wóz ma więcej koni mechanicznych, zdecydowana większość samochodów należała po prostu do kategorii „hatchback” albo „sedan”.

Teraz jednak połowa gazety, którą przejrzałem poświęcona była crossoverom albo kategorii SUV. Nie do końca jestem w stanie stanie stwierdzić czym właściwie jest crossover, ale po tym jak ostatnio na skrzyżowaniu obok mnie przystanęła należąca do tej kategorii Dacia Duster, podejrzewam, że może tu chodzić o samochody dla ludzi pozbawionych oczu.

I życia seksualnego.

Bo możecie mi wierzyć – choć w życiu widziałem już wiele (mam lustro w łazience) to naprawdę dawno nie spotkałem niczego równie odrażającego.

Błotniki i tandetne plastikowe wykończenia sprawiały, że cały samochód wyglądał na wart w najlepszym wypadku jakieś czterdzieści złotych. I co ważne – choć w założeniu (oraz wedle tego, co dział marketingu Dacii pokazuje nam w reklamach) samochód ten może służyć do pokonywania bezdroży z gazem w podłodze i kajakiem na dachu, cała konstrukcja wyglądała równie solidnie co pawilon ogrodowy kupiony za te cztery dychy.

Szczerze mówiąc bałbym wjechać się Dusterem na myjnię ze szczotkami w obawie, że mogłyby one pognieść karoserię.

Nie jestem również w stanie zrozumieć czym u licha kierował się gość, który wszedł do salonu Dacii spojrzał na Dustera i pomyślał sobie „hmm, w sumie to nieźle wyglądałby w tym brązowym kolorze”.

Szczerze mówiąc trudno mi w ogóle wyobrazić sobie coś, czego nie chciałbym bardziej niż tego samochodu.

A brałem pod uwagę nawet wodę w kolanie i zaawansowaną chorobę weneryczną.

Poza tym nie wiem czy mieliście kiedyś okazję zwrócić uwagę na to jak wyglądają tylne wahacze Dustera, ale z mojej perspektywy przypomina to trochę połączenie górnej połowy Arnolda Schwarzeneggera z tanim krzesłem z katalogu IKEA.

Dość jednak tego użalania się nad efektami niepohamowanego konsumpcjonizmu – zastanawialiście się kiedyś co tak właściwie decyduje o tym jaki samochód chcielibyście kupić? Wedle tego co udało mi się znaleźć w tym teoretycznie poświęconym motoryzacji magazynie kluczowym czynnikiem jest podawane przez producenta wyimaginowane spalanie, oraz pojemność bagażnika, w którym w najlepszym wypadku i tak będzie jeździło kilka nikomu niepotrzebnych rzeczy i od czasu do czasu – pies.

Można oczywiście rozwodzić się nad tym, że kluczowa jest solidność, cena, wyposażenie czy dostępność części, ale prawda jest taka, że jeśli tylko nie należycie do kategorii ludzi kupujących spodnie w sklepie „wszystko za 4 złote”, wybierzecie samochód, który zwyczajnie się Wam podoba.

No nie powiecie mi, że na imprezie noworocznej wybralibyście tę brzydszą dziewczynę tylko dlatego, że woli tańszego szampana, albo ma płaszczyk z większymi kieszeniami.

Ostatnio zastanawiałem się więc dlaczego właściwie sprawiłem sobie coupe. Po kilku tygodniach spędzonych z moim zielonym, czterodrzwiowym 328 na serio zacząłem poważnie zastanawiać się nad kupieniem sobie jakiegoś sedana. W końcu nie musiałem wysiadać za każdym razem gdy komuś na tylnej kanapie zachce się siku. Nie miałem problemu z wrzuceniem do samochodu większych zakupów, a i same fotele były nieco niższe niż te, które muszą pomieścić pod tyłkiem mechanizm do otwierania. Nawet błotniki były średnio czterokrotnie tańsze od tych przeznaczonych do wersji coupe.

A potem przypomniałem sobie o drzwiach bez ramek.

Powaga – nie wiem czy Wy też tak macie, ale w moim wypadku kawałek nieobramowanej szyby stanowi pełnowartościowy substytut tańszych części, wyższej ergonomii i możliwości komfortowego korzystania z tylnej kanapy.

Można spierać się co do tego czym kierują się klienci ale prawda jest taka, że jeśli wyprodukujecie samochód, który jest zwyczajnie brzydki to możecie liczyć jedynie na grupę odbiorców, którzy kupią go wyłącznie wtedy gdy będzie również tani. To trochę smutne ale tym samym uświadamiamy sobie właśnie istnienie grupy osób, która uważa samochód wyłącznie za swego rodzaju substytut komunikacji miejskiej.

Nie odnajduje w nim niczego poza przestrzenią na zakupy, kilkoma siedzeniami i schowkami na rękawiczki.

Nie kupuje się tanich butów z przeświadczeniem, że pokona się w nich setki kilometrów albo wygra się jakiś maraton. Że będzie się w nich dobrze wyglądać, co może być pomocne w poznaniu ciekawych ludzi albo jakiejś fajnej kobiety. Tanie buty kupuje się wtedy, gdy ignoruje się cechy takie jak komfort, styl albo trwałość.

Kupuje się je gdy liczy się wyłącznie niska cena.

Innymi słowy gdy nie interesują nas jakiekolwiek pozytywne aspekty chodzenia.

Dlaczego więc podobają się nam niepraktyczne nadwozia coupe? Myślę, że chodzi o to, że oczekujemy od samochodu czegoś więcej niż tylko przewiezienia nas do oddalonego o kilka kilometrów biura albo restauracji. To banał ale prawdą jest, że z natury uwielbiamy rzeczy piękne. Nie mamy na ścianach obrazów przedstawiających kałużę błota. Nikt nie robi puzzli przedstawiających odbyt. Dlaczego więc istnieją ludzie kupujący samochody wyglądające jak pomalowany na brązowo szybkowar?

Dlaczego ktoś jest w stanie odrzucić całą zamkniętą w przedmiotach radość życia tylko dlatego, że banda idiotów w okularach z grubymi ramkami napisze w folderze promocyjnym „4,5l /100km za 49 999zł?”

Tu chyba chodzi o utraconą radość z życia.


85 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.