Ponieważ budowa mojej jużniebordowej wyścigówki wciąż posuwa się naprzód (co prawda chwilowo ciśnie w tempie, w jakim Gruby zwykł włazić po schodach po minięciu 6 piętra, ale jednak) zacząłem zastanawiać się nad tym, w jaki sposób będzie najwygodniej transportować mi ją na tor.

Bo choć perspektywa jazdy przez pół Polski wybebeszonym autem z klatką, przelotowym wydechem, kubłami i plastikowymi błotnikami jest dla mnie niezwykle kusząca, to obawiam się, że  smutni panowie w przyciasnych czapkach mogą nie podzielać tego mojego „wyścigowo-szczenięcego” entuzjazmu.

Owszem, lubię kolekcjonować pamiątki z podróży po kraju, ale akurat mandat karny kredytowany to nie jest coś, co chciałbym widzieć obok magnesu w kształcie piernika czy ciupagi wiszących na drzwiach od lodówki.

Tak więc przeanalizowałem temat i wymyśliłem sobie, że najprościej (i najbezpieczniej zarazem) będzie po prostu wypożyczać na każdy wyjazd autolawetę – bo wtedy odpadł by mi problem z tym posranym do cna cofaniem, stabilnością zestawu w koleinach, zajmowaniem pod hotelem 14 miejsc parkingowych i tak dalej. Ponieważ jednak nasze wypady torowe łączymy zwykle z grillowaniem, graniem na konsoli i bieganiem po hotelu ze zrobioną z ukradzionego ze stołówki obrusu peleryną, na każdy taki wyjazd musiałbym wypożyczyć lawetę na przynajmniej 3-4 dni – a to w przypadku lawety nie będącej pokraczną inkarnacją starego Lublina i aluminiowej drabiny daje koszt przynajmniej dwóch pięćsetplusów za wypad.

W sumie to trochę śmieszne ale po roku, koszt samego wynajmu autolawety przerósłby najpewniej wartość wożonego na niej BMW.

Dramatu nie ma, ale mając w paroletniej perspektywie przynajmniej kilka wypadów w sezonie, rozsądnie byłoby przemyśleć bardziej opłacalne opcje. Zacząłem więc zastanawiać się czy nie lepiej byłoby kupić jakąś starą autolawetę na własność i międzyczasie dodatkowo ją podnajmować – tak, żeby zwróciło mi się chociaż OC i koszty utrzymania, a bilans finansowy zrobił się tym samym bardziej korzystny (tak – sam jestem zaskoczony, że umiem takie mądre słowa).

Wtedy jednak dotarło do mnie, że jeśli kupię na własność jakiegoś starego mercedesa z wypierdzianymi fotelami to nie minie tydzień, a ja będę miał pod domem kolejny rozgrzebany projekt – bo nie zapominajmy o tym, że jestem w końcu idiotą.

Zrozumiałem to w chwili kiedy przeglądając kilka ogłoszeń zatrzymałem się na starym, dziurawym jak sito Mercedesie typu kaczucha wystawionym za cztery dwieście i zacząłem wyobrażać go sobie z offroadowym wyposażeniem, satynowym lakierem i customowym stojakiem na dodatkowe koła do upalania, zamontowanym tuż za kabiną.

Nie.

Nie, nie, kur** nie.

No ale dobra – a więc inne opcje. Doszedłem do wniosku, że wygodnie byłoby mieć przynajmniej własną przyczepkę o dopasowanej do jużniebordowej ładowności, żeby móc bez pośpiechu załadować ją sobie z dzień-dwa wcześniej i nie płacić za to, że wypożyczony sprzęt stoi na podjeździe. Przyczepka to jednak zaledwie połowa sukcesu – bo przydałby się jeszcze samochód, który dałby radę komfortowo całe to żelastwo na taki Tor Kielce zaciągnąć. A Złota, bo pewnie o niej w pierwszej chwili pomyśleliście, choć bez wątpienia bardzo dzielna, to jednak ledwie radzi sobie nawet z moim tyłkiem i kilkoma walizkami.

Z kolei podpinając lawetę do Polo uzyskalibyście dokładnie taki efekt jak gdybyście podpięli ją do mojego psa – bo podobnie jak Polo, cztery godziny później będzie stał on dokładnie w tym samym miejscu, w którym go zostawiliście i patrzył się na Was tym swoim żałosnym wzrokiem.

Co więc mi pozostaje?

Prawda jest taka, że prędzej czy później i tak będę musiał kupić jakieś większe auto – bo obecnie moim największym i najbardziej praktycznym samochodem rodzinno-wielozadaniowym jest 20 letnie, 2 drzwiowe BMW z niskoprofilowymi oponami i 118 konnym silnikiem. Kiedy jednak otwieram otomoto i zaczynam przeglądać modele, które nadawałyby się do holowania lawety, od razu dopadają mnie stany lękowe.

Głównie dlatego bo moje wymagania spełniają w zasadzie tylko terenówki – a te (o ile nie mieszkacie gdzieś w Bieszczadach) są w mojej ocenie najbardziej bezsensownym sposobem marnowania paliwa, zasobów ziemi i przestrzeni jaki tylko można sobie wyobrazić.

Co gorsza, poza paroma paskudnymi kombi w grę wchodzą jeszcze chyba tylko SUV-y – a te są jeszcze głupsze bo w przeciwieństwie do terenówek nie sprawdzają się nawet jeśli rzeczywiście mieszkacie w Bieszczadach.

Ech…