Kiedy jako mały brzdąc zacząłem ogarniać swoje kończyny na tyle, żeby przejść od zabaw polegających na siedzeniu w kałuży przed domem i jedzeniu błota, do odgrywania karkołomnych scen kaskaderskich z wykorzystaniem starych, zmaltretowanych matchboxów, wiedziałem już, że kiedyś sprawię sobie własną wyścigówkę.

Pamiętam, że jako dzieciak wyścigówkę chciałem mieć taką rajdowo-torowo-terenową, z licznikiem wyskalowanym do 360 km/h (bo tyle miało ubóstwiane przeze mnie Ferrari F40), pompowanymi automatycznie do terenowego rozmiaru oponami (bo takie miał serialowy Viper), wysuwanymi za naciśnięciem guzika dopalaczami (bo takie miał KITT) i fotelami Recaro (bo takie w swoim E21 miał tata).

Nie wnikajcie w te kombinacje – całkiem możliwe, że strułem się wtedy trochę tym błotem.

Tak czy inaczej ta wizja wydawała mi się wówczas całkiem normalna, bo w końcu jak każdy wychowujący się w latach 80 i 90-tych kilkuletni dzieciak znajdowałem się pod wyraźnym wpływem seriali takich jak wspomniany „Viper” czy „Nieustraszony” –  a w tego typu produkcjach każdy wyjątkowo pewny siebie antagonista musiał mieć fajną furę, którą kręcił pod czerwone, piszczał oponami i wpadał w zakręty tyłem naprzód wykonując efektowne kontry.

Dla tych co nie pamiętają – serialowy Viper po transformacji wyglądał jak Mazda MX5, którą zaprojektował Gruby

Nie ukrywam, że też bardzo chciałem kręcić silnik pod czerwone, piszczeć oponami i wpadać w zakręty tyłem naprzód wykonując efektowne kontry –  zostało mi to z resztą po dziś dzień, co doskonale widać po moim stylu jazdy, który polega głównie na sianiu chaosu i wykonywaniu totalnie nieskoordynowanych ruchów rękami.

Taki parkinson & epilepsia racing.

Wygląda to mega śmiesznie kiedy zderzycie to z robotycznymi, totalnie wyliczonymi ruchami Grubego (za niedługo pokażę Wam to na fimowym porównaniu).

Do czego jednak zmierzam – gdyby dziś wysłano mnie do jakiegoś rozczarowanego życiem, posiadającego gabinet w podrzędnej dzielnicy psychologa, najpewniej usłyszałbym od niego, że ta przemożna chęć posiadania własnej wyścigówki wiąże się z jakimiś kompleksami oraz niespełnionymi, sportowymi ambicjami.

Potrzebą udowodnienia swojej wartości, pragnieniem bycia najlepszym i tak dalej. To oczywiście ewidentny błąd i jedno wielkie pomówienie bo ja wcale nie chcę być najlepszy.

Mnie wystarczy, że będę lepszy niż Gruby.

Wiecie, to może wydawać się dziwne, ale ja nawet jako nastolatek, który właśnie odebrał prawko i uważał się za najlepszego kierowcę na świecie (przez jakieś 40 minut – bo tyle mniej więcej zajęło mi pierwsze władowanie się maluchem do rowu) nie miałem parcia, żeby zostać drugim Robertem Kubicą czy tam innym Colinem McRae.

Owszem, grając w Colina dwójkę na moim szarym, wypłowiałym PSX-ie wyobrażałem sobie czasami, że to ja jadę właśnie po tytuł mistrza świata, ale wierzcie mi, że nawet wtedy – będąc w wieku, w którym człowiek wierzy jeszcze w te bzdury, że dzięki ciężkiej pracy może osiągnąć wszystko, doskonale wiedziałem, że to się nigdy nie wydarzy.

Nie marzyłem o podiach na mistrzostwach świata F1, obecności na okładkach magazynów WRC czy własnym napoju energetycznym smakującym jak przesłodzony elektrolit do akumulatora.

Chodzi o to, że od pierwszych miejsc i zdecydowanie bardziej kręciła mnie cała związana z motorsportem otoczka. Analogowe wskaźniki. Rozświetlające noc marchewy z przelotowego wydechu. Trail braking na granicy ratowania się z przestrzelonego hamowania. Słońce przebijające się przez poranną, zalewającą opustoszałą drogę mgłę, czy idealnie trafiona zmiana biegu na wyjściu z nadsterownej sekcji.

Detale.

Bo w życiu najważniejsze są właśnie detale.

Momenty.

Nie ukrywam, że jest mi znacznie łatwiej patrzeć na to w ten bezstresowy, nieco artystyczny sposób, odkąd zdałem sobie sprawę z faktu, że zwyczajnie nie umiem jeździć.

Że większość osób na trackdayach potrafi pojechać szybciej i bardziej efektywnie wykorzystać warunki niż ja.

To dlatego tak bardzo kisnę z faktu, że podczas Italian Track Day na torze Krzywa jakimś cudem udało mi się objechać 118 konnym, seryjnym tapczanem Grubego w jego wyścigowym 130i.

Bo to po prostu nie miało prawa się wydarzyć biorąc pod uwagę fakt, że ten, w przeciwieństwie do mnie jeździć potrafi naprawdę cholernie dobrze.

Jednak świadomość, że nie jestem żadnym talentem nie przeszkadza mi zupełnie, bo i tak kocham ten moment, gdy zamykam za sobą drzwi, zapinam pas i czekam aż gość w przecenionych butach do kartingu zamacha na mnie pasywno-agresywnie zieloną flagą. Uwielbiam szukać przyczepności, zbijać biegi na dohamowaniach i wychodzić z zakrętu pełnym ogniem, z tylną osią lecącą uślizgiem po biało-czerwonej tarce.

Uwielbiam ten mechaniczny, surowy sposób, w jaki pracują profesjonalne shiftery, uwielbiam klasyczne obrotomierze i wygląd odchudzonej deski rozdzielczej.

A klatkę do jużniebordowej zamontowałem głównie dlatego, bo po prostu zajebiście wygląda i nie mam zamiaru się z tym kryć.

Uwielbiam hamulce szczelnie wypełniające wnętrza felg, osmalone końcówki wydechu zrobione z surowej nierdzewki i dźwięk jaki wydają z siebie wybebeszone drzwi.

To właśnie przez miłość do takich detali buduję dziś to matowe, tylnonapędowe pudło – bo kocham żyć takimi rzeczami i chcę, żeby w moim życiu było ich jak najwięcej.

Wybaczcie więc jeśli niektóre rozwiązania czy związane z budową decyzje, które podejmuję wydają się Wam bez sensu.

Bo nie ukrywam, że takie właśnie mają być.

5 Komentarzy

  1. Kuc 13 stycznia 2021 o 15:15

    No w końcu :D

    1. Prentki 13 stycznia 2021 o 19:35

      #wciążSzybciejNiżSkładanieJużniebordowej

  2. Agniess 13 stycznia 2021 o 15:51

    Dawno Cię tu nie było, dobrze że wróciłeś. I już nie rób sobie takich długich przerw… :))

  3. Wrot 19 czerwca 2021 o 06:59

    Klasyczne podejście do motoryzacji…uwielbiam…haha, szerokości:)

  4. łukasz 29 czerwca 2021 o 13:13

    Haha, uwielbiam twoje wpisy!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.