Prentki Blog Motoryzacyjny - Kangury wcale nie są takie głupie - Prentki Blog Motoryzacyjny
12248
post-template-default,single,single-post,postid-12248,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Kangury wcale nie są takie głupie

Jak już wiecie z prentkiego fejsbuka, parę dni temu sprawiliśmy sobie z Izą kangura.

Nie, żeby Marian nie sprawdzał się już w roli naszego oficjalnego domowego pupila i stąd to zastępstwo – o nie. Co jak co ale Marian, mimo wieku wciąż po mistrzowsku zakrada się do lodówki, merda ogonem i okazjonalnie spawa ramy motorowerów elektrodą topliwą w osłonie gazów obojętnych.

Marian jest nie do ruszenia – kangura kupiliśmy przede wszystkim dlatego, bo był tani.

A tak bardziej na poważnie – za nieźle utrzymany samochód z 2005 roku, od pierwszego właściciela, z pełną historią serwisową, świeżym przeglądem i 160 tysiącami potwierdzonego przebiegu zapłaciliśmy trzy tysiące złotych. Kangur wymaga co prawda nieco kosmetyki i sporo czyszczenia, ale nie jest to coś, z czym bym sobie nie poradził. Tym bardziej, że jeszcze w lutym tego roku kangurek był w ASO gdzie oprócz oleju i filtrów dostał też trochę nowych, fabrycznych części.

Warto jeszcze dodać, że kangur ma na pokładzie dwuletnie, topowe Webasto.

I wcale nie mówię o tym tylko dlatego, bo liczę, że przeczyta to Blogo, który wydał właśnie pięć tysięcy na jakąś gumkę do silnika.

Przechodząc jednak do sedna – o tym co właściwie będę z nim robił będę informował na prentkim, ale dzisiaj chciałbym przyczepić się do nieco innej kwestii. Bo muszę przyznać, że dwa dni spędzone z tym białym pudełkiem dały mi trochę do myślenia.

Od początku więc.

Jak wiecie od dłuższego czasu Bruksela z niesamowitą wręcz determinacją stara się walczyć z dwutlenkiem węgla i innymi czynnikami, które mogą doprowadzić do tego, że za parę lat będę mógł posadzić w ogródku kilka palm i oferować egzotyczne wakacje odzianym w szorty i sandały turystom z umiarkowanie ciepłej Grenlandii. Pojawiają się coraz to nowe regulacje i obostrzenia dla silników spalinowych, w miastach powstają strefy dostępne tylko dla elektryków, jak grzyby po deszczu powstają nowe stacje ładowania i tak dalej.

Przyszłość pełną parą.

Czy też raczej węglem, bo zdaje się, że to głównie z niego robimy prąd.

Tak czy inaczej efekt jest taki, że producenci samochodów, którym rzesza europejska systematycznie dokręca śrubę jęczą i zawodzą, że najnowsze normy euro są nie do osiągnięcia (no, może poza Volkswagenem ale z niego akurat lepiej nie brać przykładu). W efekcie, żeby wstrzelić się w wytyczne biorą się za optymalizację elementów, których moim zdaniem pod żadnym pozorem nie powinni byli dotykać.

To dlatego dziś już nawet Porsche montuje do wszystkich modeli elektryczne wspomaganie kierownicy – i to pomimo, że powszechnie uchodzi ono za gorsze od klasycznej hydrauliki.

Wynika to z faktu, że tych brakujących kilku gram dwutlenku węgla nie ma już po prostu na czym urywać.

No i właśnie – ale czy aby na pewno?

Widzicie, kiedy za kierownicą kangura usiadł na chwilę mój kolega (nazwijmy go Krzysiek, bo tak właśnie ma na imię), pierwszą rzeczą na jaką zwrócił on uwagę było to, że słychać obijające się o tylne nadkola kamyczki. To całkiem zrozumiałe, że słychać obijające się o tylne nadkola kamyczki, bo tylna część kangura to po prostu goła blacha i ze dwa metry sześcienne powietrza. W pierwszej chwili przyznałem mu więc rację, bo kamyczki obijające się o tylne nadkola rzeczywiście były mocno słyszalne.

Kiedy jednak wróciłem do domu i zacząłem myśleć nad tematem przy kubku zimnej, szmirowatej kawy, doszedłem do wniosku, że cała ta sytuacja to jednak trochę absurd.

No bo zastanówcie się sami – czy te kamyczki naprawdę są aż takie straszne? Zmierzam do tego, że z jednej strony bardzo chcemy być eko i jeździć samochodami, które mało palą i nie robią kuku matce naturze, ale z drugiej nikt normalny nie kupi dziś nowego hatchbacka, jeśli ten nie będzie miał chociażby tapicerek zakrywających od wewnątrz całe drzwi, podświetlanych przycisków i radia z wyświetlaczem wielkim jak Mongolia. Wymagamy komfortu, odpowiednio solidnego designu, masy elektronicznych bajerów i materiałów wysokiej jakości, a z drugiej strony nie możemy spokojnie spać, bo głowę zakrząta nam plastik pływający po oceanach i całe to globalne ociplenie.

Jeździmy ciężkimi, bogato wyposażonymi i pochłaniającymi ogromne ilości surowców naturalnych samochodami, w których zamontowano mające ulżyć matce naturze wyświetlacze pokazujące pierdoły w stylu zielonych drzewek rosnących gdy używa się niskich obrotów.

A to trochę tak, jakbyśmy wyrzucali śmieci do pobliskiego jeziora, ale w trosce o środowisko pakowali je wcześniej do biodegradowalnych worków – i uważali, że dzięki workom wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Przyznajcie, że to lekki absurd.

Nie twierdzę, że mamy wrócić do czasów kiedy samochody miały otwarte kabiny i fotele przypominające najtańsze krzesła ogrodowe, ale kurde – czy nam naprawdę potrzebne są te wszystkie uważane dziś za standard rzeczy? Kiedy powiedziałem sąsiadowi, że kangur ma pełnić funkcję daily stwierdził on, że to auto nie nadaje się na daily, bo jest tu za dużo twardych plastików i lakierowanej blachy.

„Tu jest gorzej niż w tureckim więzieniu”- stwierdził.

To o tyle ciekawe, że powiedział to gość, który większość wolnego czasu spędza odziany w pomarańczowe gatki jeżdżąc dookoła miasta na pozbawionym amortyzacji rowerze z siodełkiem tak małym, że wygląda ono jak wymyślna zabawka analna – jest ono czerwono-czarne i pisze na nim coś w stylu „Analpenetrator 300 GTX”.

Może coś przekręciłem ale mniejsza o to.

No bo pomyślcie tylko jaki to absurd – gość nie widzi najmniejszego problemu w spędzeniu kilku godzin na jeżdżeniu po mieście z wciśniętym między pośladki anal-destroyerem, ale już jazdę samochodem, który ma we wnętrzu trochę lakierowanej blachy i wykonaną z twardego plastiku deskę uważa za coś nie do przełknięcia.  Dyskomfort tak wielki, że gość nie kupiłby takiego wozu nawet, gdyby ktoś przystawił pistolet do głowy jego psa. Owszem – sam bardzo lubię dobre jakościowo wnętrza. To właśnie między innymi z tego powodu mam na podjeździe 23 letnie BMW e36.

A nie dajmy na to 23 letniego Hyundaia Pony.

Z drugiej strony nie widzę niczego złego w jeżdżeniu na co dzień sporo starszym BMW e30 – samochodem, który wedle współczesnych standardów trudno uznać, za dobrze wykończony, wyposażony czy komfortowy. Boczki drzwi są cienkie jak tani papier toaletowy, a przesuwając suwaki ogrzewania można odnieść wrażenie, że cały połączony z nimi mechanizm odlany jest z kiepskiej jakości betonu.

Latem jest w nim milion stopni, a otwarcie okna wymaga tyle siły, że jeśli będziecie jeździli często na McDrive, po roku będziecie mieli lewy biceps jak Pudzianowski.

Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby tylko e30 miało klimatyzację i większy silnik, już nigdy nie potrzebowałbym żadnego innego samochodu. Serio – gdyby ktoś wyprodukował dziś taki wóz jako nowy (czyli pozbawiony korozji i awaryjności 30 latka), najpewniej nie spojrzałbym nawet na inne modele, tylko wziął kopertę z pieniędzmi z pierwszej komunii i w podskokach popędził do pobliskiego salonu z biało niebieskim śmigiełkiem.

Nie wspomnę już nawet o możliwości zastosowania w takiej inkarnacji współczesnych, znacznie lżejszych technologii i materiałów – podejrzewam, że współczesne e30 ważyłoby nie więcej niż 600-700 kilo.

Owszem, spora część towarzyszącej dzisiejszym samochodom nadwagi jest związana z bezpieczeństwem (bo poduszki, kontrolowane zgnioty i tak dalej) ale pomyślcie ile kilo dałoby się urwać, gdybyśmy nie byli tak bardzo wyczuleni na punkcie komfortu i futurystycznego designu.  Po cholerę w miejskim aucie te wszystkie grube tapicerki, zaślepki, kołki i osłony? Po cholerę te wszystkie wyświetlacze, wiązki, podświetlane przyciski i kontrolki? W już nie bordowej mam wnętrze okrojone o jakieś 70 kilo i szczerze mówiąc nie zrobiło mi to praktycznie żadnej różnicy, bo nadal mam seryjne fotele, deskę z konsolą, radio, czy daszki przeciwsłoneczne.

Gdybym zastąpił deskę rozdzielczą i boczki elementami z włókna węglowego i wywalił jeszcze kilka rzeczy powinienem bez większego problemu zbliżyć się wagowo do poziomu jednej tony.

A nie zapominajmy, że to duże coupe z drzwiami bez ramek, klasycznym układem napędowym i prawie trzylitrową sześciocylindrówką. Owszem, pewnie byłoby sporo głośniej i mniej wygodnie, ale podejrzewam, że niska masa i związane z nią właściwości jezdne zrekompensowały by ten dyskomfort z nawiązką. Co więcej – jestem pewien, że gdyby za takie odchudzanie zabrały się koncerny, a nie taki debil jak ja, udałoby się osiągnąć podobne rezultaty, a samochód wciąż posiadałby tapicerkę i uchwyty na kubki.

Dlatego uważam, że ludzie, którym zależy na środowisku powinni olać wszystkie te hybrydy i po prostu kupić sobie najtańszą benzynową wersję Fiesty, Corsy czy innego Renaulta.

A potem wywalić z nich co tylko się da i cieszyć się ze swojej małej, posranej, i nad wyraz ekologicznej rajdówki.


26 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.