Prentki Blog Motoryzacyjny - Ściągacz łożyska piasty BMW e46 - wersja z apcyjklingu - Prentki Blog Motoryzacyjny
12214
post-template-default,single,single-post,postid-12214,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Ściągacz łożyska piasty BMW e46 – wersja z apcyjklingu

Niedawno, Bio z TQMM zapytał mnie jak sprawdzić, czy łożysko koła nadaje się już do wymiany.

Powiedziałem mu wtedy, że jeśli samochód zamiast „Łu-tu-tu-tu” zaczyna robić „Łu-łu-łu-łu” to znaczy, że któreś łożysko jest kaput.

Taka prentka auto-diagnoza.

Bio pojeździł więc trochę z wyłączonym radiem i doszedł do wniosku, że jego e46 robi łu-łu-łu lepiej niż Mariah Carey (wie co mówi – ma jej wszystkie płyty). Co więcej – powyżej 100 km/h e46 brzmi zupełnie jak te statki kosmiczne z niskobudżetowych filmów Sci-Fi.

Łu łu łu łu łu łu…

Poza tym lewe tylne koło grzeje się gorzej niż mój laptop, kiedy włączę na nim jakieś czeskie porno na full screenie.

Planując weekendowe spotkanie postanowiliśmy więc skorzystać z okazji i coś z tym problemem zrobić.

Żeby nie bawić się w jakieś dziwne kombinacje, postanowiliśmy wymienić za jednym zamachem łożyska po obu stronach tylnej osi – co by było symetrycznie. W czym jednak problem – otóż gdybyście chcieli zrobić to zgodnie ze sztuką, należałoby wrzucić auto na podnośnik, zdemontować oba tylne wahacze wzdłużne, a następnie wymienić wprasowane w nie łożyska na nowe za pomocą stojącej obok kalendarza z gołą babą prasy hydraulicznej.

To wskazane, bo do wprasowania tak dużych łożysk trzeba naprawdę sporo siły.

Minus jest jednak taki, że demontując wahacze musicie rozpiąć przytwierdzony do nich układ hamulcowy i zlać płyn. W efekcie, poza sporą ilością roboczogodzin, do kosztów trzeba dorzucić też nowy płyn (to akurat spoko, jeśli nie wymienialiście go niedawno) i ponowne odpowietrzenie całego układu. Całkiem możliwe, że trzeba będzie kupić również nowe sztywne przewody hamulcowe bo w e46 przy ich demontażu końcówki często trafia szlag. Do tego jeszcze dochodzi ponowne ustawienie zbieżności, bo w końcu oba wahacze znalazły się poza samochodem.

I jest jeszcze jedno ryzyko.

Zakładam, że mało kto w przydomowym garażu dysponuje prasą hydrauliczną – jeśli zaś wyjęte z auta wahacze oddacie do warsztatu, a ten nie wymieni łożysk przy Was (klasyczne „będzie na jutro”), nie będziecie mieli pewności, czy pracujący tam siedemnastoletni praktykant z pobliskiej samochodówki nie będzie przypadkiem wprasowywał nowego łożyska naciskając na jego wewnętrzną bieżnię (jeśli tak zrobi, to łożysko od razu kwalifikuje się do ponownej wymiany).

Dlatego też moim zdaniem warto jednak zakasać rękawy i  spróbować wymienić te nieszczęsne łożyska na samochodzie – najlepiej samemu, bo wtedy macie pewność, że będzie to zrobione jak należy.

No dobra – ale jak się do tego zabrać?

Przede wszystkim wymieniając łożyska na aucie, nie mamy możliwości użycia prasy – trzeba więc kombinować ze ściągaczem. Ponieważ zaś łożyska są bardzo duże, i bardzo szerokie, ściągacz, który sobie z nimi poradzi będzie musiał być naprawdę solidny. W efekcie będzie kosztował jakieś 500 złotych. Doszedłem do wniosku, że co jak co, ale za 500 złotych można kupić naprawdę sporo chrupek, piwa i filmów ze Stevenem Segalem na VOD, a ja mam przecież swoje priorytety.

Poza tym zakładając, że typowe łożysko ma żywotność na poziomie 200 tysięcy kilometrów, trochę szkoda wydawać kilkaset złotych na sprzęt, którego używa się średnio raz na pięć lat.

Na potrzeby tej wymiany postanowiłem więc zbudować niskobudżetową wersję takiego ściągacza – mam w końcu moją własną czerwoną spawarkę i sporo złomu. Aż żal byłoby tego nie wykorzystać – szczególnie, że panuje obecnie moda na cały ten upcycling.Poza tym zakładam, że ten ściągacz spokojnie da radę pomóc mi w wymianie łożysk w już nie bordowej i złotej, gdy tylko zajdzie taka potrzeba.  Żeby jednak nie było – nie jest to typowy poradnik.  Mam świadomość, że moja metoda budowy tego ściągacza to mimo wszystko mocna partyzantka.

Potraktujcie to więc jako ciekawostkę i przykład, że mając spawarkę można zbudować praktycznie dowolne narzędzie ;)

Od początku więc – co musiałem kupić:

1. Metrowej długości pręt gwintowany – rozmiar M16, klasa 10,9 (czyli, że twardy) – 22 zł

2. Nakrętki zwykłe M16 (klasa 10,0) i nakrętki złączne M16 – w sumie 7,40 zł

3. Podkładki kwadratowe na rozmiar M20 i okrągłe M16 – w sumie 12,50 zł

4. 20cm odcinek rury o średnicy 90mm – 10 zł

5. 2 tarcze do cięcia metalu – 6 zł

W sumie na zakupy wydałem więc niecałe 60 złotych. Do budowy ściągacza wykorzystałem też kawałki starego łożyska z e36 i starą, tylną tarczę hamulcową z e30. Chciałem wykonać go, używając zamiast tarczy kawałka blachy o grubości kilku milimetrów, ale w pobliskim skupie złomu nie udało mi się niestety znaleźć niczego co by się nadawało. Przechodząc jednak do sedna – konstrukcja takiego ściągacza jest względnie prosta. Oprócz twardej szpilki i kilku nakrętek potrzebny jest kawałek zamkniętej od jednej strony rury (o średnicy większej niż samo łożysko), i tłok, który będzie służył do wyciskania wciskania łożyska (czyli o średnicy ciut mniejszej niż samo łożysko).

Zacznijmy od rury.

Ponieważ łożysko w e36 i e46 ma średnicę 75 mm, postanowiłem wykorzystać tu rurę o średnicy 90 mm – tak, żeby mieć trochę luzu przy nierównym ustawieniu ściągacza względem otworu w wahaczu. Musiałem jednak wymyślić sposób na zamknięcie jej po jednej stronie tak, żeby szpilka z nakrętką miała się na czym zaprzeć. Nie udało mi się niestety dostać podkładek o średnicy 90 mm, ani też znaleźć grubej blachy na złomie – postanowiłem więc trochę podrutować i wykorzystać to, co miałem na miejscu.

Padło na tarczę hamulcową z e30 i grube, kwadratowe podkładki M20 ;)

 

Jak widać, z tarczy wyciąłem pierścień centrujący, który dopasowałem do średnicy rury. Następnie nabiłem go w nią i obspawałem całość solidnie z obu stron. Do tak powstałego kołnierza dopasowałem największą i najtwardszą podkładkę jaką miałem i zaspawałem całość na amen. Rura jest oczywiście za długa, ale skrócę ją już po przymiarce na aucie (nie chcę obciąć za dużo, plus nie pamiętam jaki kształt ma wahacz w e46 więc będę mógł to wszystko fajnie dopasować).

Idąc dalej – druga część ściągacza to tłok, którym będę wypychał stare i wciskał na jego miejsce nowe łożysko.

Tutaj zasada jest bardzo podobna – do obudowy starego łożyska dociąłem dwie podkładki, które następnie solidnie zaspawałem:

 

Co jednak ważne – ten element musi mieć średnicę mniejszą niż nowe łożysko i otwór w wahaczu (w przeciwnym wypadku by się w nim zaklinował – w końcu miałby takie same rozmiary jak wciskane za jego pomocą łożysko). Dlatego też po wspawaniu podkładek zebrałem szlifierką około 1-2mm materiału z zewnętrznej części całego elementu. Tym samym na jego średnicy zyskałem jakieś 3-4mm luzu. Powinno wystarczyć, w razie czego mogę zebrać więcej – okaże się kiedy zabierzemy się za wymianę.

A tak z grubsza wygląda gotowy ściągacz (jak wspomniałem wymaga już tylko docięcia rury na odpowiednią długość bo w tej chwili jest zdecydowanie za długa):

 

Między tłokiem, a rurą widać nowe łożysko – wsunąłem je tam, żeby lepiej zobrazować zasadę działania ściągacza. Kiedy zaczniemy dokręcać nakrętkę, tłok zacznie naciskać na łożysko, podczas gdy rura  będzie opierać się o wahacz po drugiej stronie – dzięki temu z każdym obrotem łożysko będzie powolutku wciskane w wahacz. W taki sam sposób wyciąga się stare łożysko z wahacza – wystarczy kręcić tak długo, aż wpadnie ono do rury po drugiej stronie wahacza.

O tym jak sprzęt sprawdzi się w praktyce przekonamy się w sobotę – bo w sobotę wspólnie z Bio planujemy zabrać się za jego e46.

Módlcie się za nas.

Ja mam IQ na poziomie dzięcioła. Bio ma na karku trzydziestkę, a wciąż potrafi pomylić spodnie ze swetrem (dziwi się potem, że strasznie ciągnie mu po jajkach). Do tego będziemy pili piwo, słuchali piosenek Mariah Carey (wiecie, że Bio ma jej wszystkie płyty?) i używali różnych niebezpiecznych narzędzi – z całą pewnością będzie więc ciekawie.

Relacja live z dużą ilością krwi i helikopterami ratunkowymi będzie najpewniej na TVN24.

16 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.