Prentki Blog Motoryzacyjny - oooooomijajcie góry, progi, dziury, doły... - Prentki Blog Motoryzacyjny
463
post-template-default,single,single-post,postid-463,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

oooooomijajcie góry, progi, dziury, doły…

Z góry ostrzegam, że początek dzisiejszych przemyśleń może się Wam wydać nieco dziwny.

Bo widzicie, dziś po paru godzinach wytężonej pracy umysłowej i fizycznej udało mi się zdemontować sportowe zawieszenie z mojego fioletowego BMW i zainstalować w jego miejsce seryjne amortyzatory i sprężyny. Pragnę podzielić się z Wami wnioskami, które wiążą się z taką przemianą:

Otóż obecnie mam samochód, który giba się jak półnagi murzyn w teledysku Lady Gagi.

Nie obawiajcie się jednak – nie znormalniałem i bynajmniej nie zaczęły pociągać mnie seryjne, tapczanowe nastawy zawieszenia kołyszące zadki w rytmie biesiadnych przebojów Zbigniewa Wodeckiego. Po prostu w moim garażu pojawił się kolejny samochód, a obecne coupe będzie za niedługo poszukiwało nowego właściciela – stąd też jej „powrót do normalności”. Sportowe elementy zostawiam sobie po prostu do nowego projektu.

Ale nie o tym będę dziś rozprawiał.

Powiem Wam, że tak naprawdę nie doceniałem do końca sportowego zawieszenia dopóki nie miałem okazji przejechać się konfiguracją zmienioną w tę odwrotną, sprzeczną z prawami natury, ewolucji i koranu stronę. Kiedy dziś wieczorem wybrałem się do pizzeri na drugim końcu miasta na tradycyjną, polską kolację w postaci pizzy z szynką parmeńską i pomidorami, w ciągu dwudziestu minut trzykrotnie omal się nie zabiłem.

A to więcej niż wtedy, kiedy zabrałem się za pieczenie ciasta biszkoptowego.

Kiedy człowiek jest przyzwyczajony do zawieszenia trzymającego samochód sztywno niczym kilogram viagry, każdorazowe wejście w zakręt na seryjnych sprężynach okazuje się zbyt szybkie.

To tak jakbyście całe życie zjeżdżali z pobliskiego stoku na idealnie spasowanej desce, a potem mieli zrobić to samo z wiązaniami zrobionymi z czegoś o konsystencji pudingu czekoladowego. Mogę się założyć, że kilka razy przyłożylibyście szczęką w lód zanim nauczylibyście się, że to nie te same wiązania co kiedyś i trzeba się do nich przystosować.

To jest równie niebezpieczne jak użycie tuż po wypłacie słowa „wyprzedaż” w obecności kobiety.

Doszedłem do wniosku, że zakładając do samochodu sportowe zawieszenie niechcący zniszczyłem sobie życie. Zastanówcie się sami – teraz już zawsze wsiadając do jakiegokolwiek seryjnego samochodu będę miał wrażenie, że prowadzę paczkę słodkich pianek Haribo, a nie coś zrobionego z metalowych elementów. Chyba, że będzie to Lamborghini Gallardo.

Albo Zonda.

Jednak to, że kiedyś będę miał na swoim podjeździe Zondę wydaje się być równie prawdopodobne jak to, że w przyszłym roku wygram Eurowizję z piosenką „Bursztynek”.

Jestem więc skazany na montaż do każdego mojego samochodu sportowych sprężyn, lub głodzenie siebie i rodziny i zbieranie złotówek na starszą wersję jakiegoś porsche GT3. Podejrzewam, że przez najbliższe kilka lat nie będę w stanie przystosować się do jakiegoś „normalnego” samochodu i być może dopiero biurowej natury problemy z kręgosłupem zmobilizują mnie do kupna jakiegoś „tapczaniastego” citroena.

Co i tak będzie dla mnie męką – jedyna różnica, że fizyczna zamieni się na psychiczną.

Ale idąc dalej – jakiś czas temu „dla dobra społeczności lokalnej”, której przeszkadzali szybko jeżdżący po dzielnicy właściciele czarnych golfów III generacji, wszystkie ulice dojazdowe zostały uzbrojone w progi zwalniające wykonane przez jakiegoś idiotę, który najwyraźniej nie wziął pod uwagę, że mają tędy jeździć samochody, a nie przeprawiać się brygady szturmowe w zamaskowanych gałęziami tygrysach.

Te pieprzone progi są strome jak Mount Blanc i wysokie jak inflacja Zimbabwe.

A mój Ford ma jakieś 3 centymetry prześwitu i jest niewiele niższy od mojego BMW. A w zasadzie już jest dużo niższy bo moje BMW przypomina obecnie żyrafę na szczudłach. Ale wracając do progów – jeśli tak ma wyglądać „dobro społeczności lokalnej” to aż się boję prosić o usunięcie dziury w ulicy przed moją parcelą w obawie, że zamiast uzupełnić ją asfaltem Ci idioci rozkopią resztę ulicy, żeby do niej pasowała.

Takie supermocarstwa jak Albania, Kenia czy Białoruś mają jakieś przepisy prawa, według których progi zwalniające muszą być wykonywane. U nas z kolei dla progów podrzutowych podane są tylko „kształty i wymiary w przekroju poprzecznym przykładowych progów podrzutowych” czyli innymi słowy „tak to powinno mniej więcej wyglądać”

Czyli u nas taki próg może sobie postawić nawet Pan Kazio z betoniarką i uklepać go łopatą w oparciu o projekt techniczny zawierający zdanie „wysoki na tyle, żeby było to dobre tak na oko”.

Ostatnio trochę czasu poświęciłem na czytanie ustawy determinującej kwestię progów zwalniających. Dowiedziałem się z niej, że takie progi winno się stawiać w miejscach, gdzie niemożliwe jest zastosowanie innych metod spowolnienia ruchu.

Wynika z tego, że osoba, która wydała decyzję o postawieniu tego pasma górskiego na mojej ulicy najwyraźniej nigdy dotąd nie spotkała się jeszcze z czymś tak egzotycznym jak znak ograniczenia prędkości…

Chyba wyślę temu komuś mój stary elementarz ze stonogą Elą, który służył mi w szkole podstawowej, bo w nim przy literce „Z” znajduje się właśnie „znak drogowy”. Może jak ten osobnik nadrobi braki w wykształceniu z literek to jeszcze zostanie prezydentem jak Bronek.

A teraz pomyślcie sobie – mieszkam w dzielnicy oddalonej od centrum miasta o jakieś cztery, może pięć kilometrów. Na każdej z dróg dojazdowych do mojego domu znajdują się po trzy progi zwalniające, których przejechanie z prędkością powyżej pięciu kilometrów na godzinę powoduje wyrzucenie samochodu gdzieś w górne warstwy stratosfery.

I teraz wyobraźcie sobie, że moja babcia oglądając wyniki przyszłorocznej Eurowizji dostaje zawału, a karetka, która ma po nią przyjechać kilkukrotnie (co pięćdziesiąt metrów) musi zwalniać do zera, żeby gość siedzący z tyłu nie wbił się głową w podsufitkę jak gruby dzieciak zębami w cheeseburgera.

Kogo mam winić za śmierć kogoś z mojej rodziny jeśli zabraknie mu tych kilkunastu sekund? Chyba wypada wyjść naprzeciw temu „dobru społeczności lokalnej” i zorganizować „społeczną inicjatywę” polegającą na wykopaniu pod osłoną nocy wspólnie z sąsiadami tych cholernych progów…


Dodaj komentarz:

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.