Prentki Blog Motoryzacyjny - DWA-ZERO turbo - Prentki Blog Motoryzacyjny
12464
post-template-default,single,single-post,postid-12464,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

DWA-ZERO turbo

Od jakiegoś czasu na twarzksiążce prześladuje mnie parka wyglądających na psycholi manekinów, publikujących wpisy o tym co muszę zrobić, żeby nikt nigdy już nie wjechał swoim Fiatem Punto w przydrożne drzewo.  Zdaje się, że kampania nazywa się „Pokolenie ZERO” i odpowiada za nią producent okrągłych, afroamerykańskich wyrobów gumowych na literkę „C”. Generalnie nie mam nic przeciwko kampaniom mającym zwiększać świadomość kierowców czy bezpieczeństwo na drogach ale muszę przyznać, że ta jedna po prostu mnie przeraża.

Chodzi o to, że wizja bezpiecznego świata, którą próbuje forsować ta pozbawiona wad parka skrajnych pacyfistów za bardzo przypomina mi przyszłość znaną chociażby z „Człowieka demolki”.

Obejrzyjcie sobie jakiś film z ubranymi na biało ludźmi zrealizowany w ramach tej kampanii, a zrozumiecie o co mi chodzi.

Owszem – mam świadomość, że wszyscy prędzej czy później, w bardziej lub mniej widowiskowy sposób zejdziemy z tego świata. Część z nas dokona żywota leżąc pod respiratorem w ciemnym pokoju, ktoś skręci sobie kark wychodząc spod prysznica, ktoś dostanie wylewu,  a ktoś inny wpadnie pod pociąg po tym jak wypiwszy o kilka piw za dużo postanowi odlać się na środku trasy kolejowej Bielsko-Warszawa.

Ja na przykład planuję w wieku 98 lat, po widowiskowej ucieczce przed policją, znajdując się pod wpływem amfetaminy, szampana, żelek o smaku coli i kawałka „My way” Franka Sinatry, spierdzielić się z klifu w Monte Carlo, prowadząc skradzione chwilę wcześniej z pobliskiego muzeum Ferrari 250 GT California.

Taki mam plan.

Chyba, że wcześniej będę się nudził na emeryturze, bo wtedy dla draki zacznę organizować improwizowane napady na bank, albo sprzedawać piniaty wypełnione nitrogliceryną, różową farbą i gazem pieprzowym – i najpewniej zginę w jakiejś strzelaninie.

Widzicie, fajnie by było gdybyśmy wszyscy co do jednego dożyli w zdrowiu trzech cyferek i ostatnie chwile spędzali w pensjonacie pod miastem, oglądając Familiadę i malując penisy na twarzy tego gościa, który to przysnął w swoim wózku z zamontowaną na stałe kamerką GoPro i białymi kółkami. To jednak nie Matrix tylko prawdziwe życie, a prawdziwe życie, jak pewnie już wiecie tak nie działa. Możemy robić wszystko, żeby zminimalizować ryzyko śmierci – pić wyłącznie przefiltrowaną wodę, nie tykać alkoholu, jeść warzywa i codziennie rano uprawiać gimnastykę, a i tak nikt nie da Wam gwarancji, że pewnego dnia nie zabije Was jakiś guz na lewym jądrze, albo spadająca ze starej kamienicy dachówka. Z resztą – warto mieć tę świadomość, że skoro świat radził sobie bez nas przez miliardy lat to da sobie radę również kiedy nas zabraknie.

Dlatego też jestem zdania, że życiem po prostu nie można za bardzo się przejmować – trzeba za to z niego korzystać.

Nie warto odmawiać sobie wszelkiego rodzaju fajnych rzeczy – nawet jeśli istnieje ryzyko, że pewnego dnia może doprowadzić nas to do kalectwa lub śmierci. Naturalnie nie myślcie sobie, że zachęcam Was tym samym do wciągania kokainy z brzucha rozpalonej osiemnastolatki, żonglowania nożami do chleba, grania w rosyjską ruletkę z poznanym w barze gościem o imieniu Wladymir albo ścigania się po pijaku na motorze z zawiązanymi opaską oczami.

Chodzi mi po prostu o to, że nie powinniśmy starać się za wszelką cenę eliminować z naszego życia wszystkich zagrożeń –  bo tak się składa, że to właśnie część z nich nadaje temu życiu sens.

Nie chciałbym na przykład żyć w świecie, w którym nie można napić się piwa, zjeść ogromnego, niezdrowego stejka z frytkami, oglądać na żywo rajdu samochodowego albo zrobić sobie krzywdy zjeżdżając na desce z jakiejś wyjątkowo stromej góry – a właśnie taką wizję świata stara się forsować w swojej kampanii ta dwójka wyidealizowanych do bólu androidów. Wizję świata bez ryzyka, bez rywalizacji, bez emocji.

A najgorsze jest w tym wszystkim to, że to wcale nie takie oderwane od rzeczywistości science-fiction.

Widzicie, mam świadomość, że prędzej czy później (patrząc na determinację Rzeszy Europejskiej to raczej to pierwsze) zostaniemy zmuszeni do rezygnacji z samochodów w znanej nam dziś formie. Wiem też, że stopniowe wprowadzenie do nowych modeli obowiązkowych systemów ratunkowych czy lokalizatorów GPS to nic innego jak tylko preludium to wdrożenia pełnej, odgórnej kontroli nad wszystkimi poruszającymi się po drogach samochodami.

Taki „test systemu”.

Wiem, że za kilka lat nie będziemy już w stanie przekroczyć prędkości (co akurat nie jest takie złe o ile tylko ktoś zajmie się równocześnie tymi absurdalnymi ograniczeniami),  wjechać w drzewo, wypaść z drogi,  spalać więcej niż 3/100, a docelowo pewnie i wpływać na to jaką drogę wybierze nasz samochód.

Zajmie się tym rząd i międzynarodowe korporacje – tak, żebyśmy przypadkiem my, tępa trzoda nie zrobili sobie krzywdy.

Bo gdybyśmy wszyscy powpadali na drzewa i zginęli, to kto by potem kupował te wszystkie niepotrzebne rzeczy i płacił podatki… Wiem, że trochę się z tego tematu turlam ale fakty są takie, że dla miłośników motoryzacji przyszłość maluje się w kolorach typowego Forda T. Obecne pokolenia są wychowywane w sposób mający sprawić, że stare samochody nie będą im do niczego potrzebne. Dziś liczy się niskie spalanie, bezpieczeństwo i ilość gniazdek USB, a nie moc, niska pozycja za kierownicą i przyprawiający o pożar konara świst generowany przez obciążony dyferencjał.

Zmienia się układ sił, a my nie jesteśmy w stanie nic z tym zrobić – z każdym kolejnym dniem „nas” jest coraz mniej, a „ich” wręcz odwrotnie.

Jeszcze dwadzieścia lat temu zakrawałoby to na wizję rodem z futurystycznej ekranizacji powieści „1984” tymczasem dziś większość społeczeństwa nie ma nic przeciwko monitorowaniu położenia, prędkości i wielu innych parametrów ich samochodów przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

Bo przecież chodzi tutaj o bezpieczeństwo, co nie?

Z resztą, już nawet pomijając coraz to szerszą inwigilację, wizja przyszłości bez wypadków zwyczajnie mnie przeraża.

Przede wszystkim dlatego, bo eliminując wypadki, chcąc nie chcąc musimy wyeliminować najpierw to wszystko, co może je powodować. A tak się składa, że większość tych rzeczy tak zwyczajnie nadaje naszemu życiu sens…


21 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.