Znam gościa (dla niepoznaki nazwijmy go Adam bo tak właśnie ma na imię), który potrafi odróżnić po zapachu absolutnie każdy dostępny na rynku szampon do mycia samochodu. Każdy. I nie ma znaczenia czy jest to taniocha z osiedlowej biedronki, czy też może „profesjonalny bezglutenowy szampon z naturalnym woskiem z pierogów i unikalnym aplikatorem” pochodzący ze sklepu sprzedającego gąbki do mycia po dwadzieścia pięć złotych sztuka.

Widzicie, chodzi o to, że Adam uprawia auto-detailing.

A to oznacza, że myjąc podłogę w kuchni używa on wyłącznie profesjonalnego wiaderka z separatorem i, że potrafi wydać dwie stówy na flakonik płynu do smarowania felg tylko dlatego bo ma on w składzie jakąś farbę do patelni. Tak czy inaczej to zamiłowanie do detailingu sprawia, że Adam praktycznie cały wolny czas spędza na myciu cholernie czystego samochodu.

Siedzi biedak całkiem sam w sterylnym garażu trzymając w dłoni lampę led i kupioną za 20 złotych gąbkę w kształcie penisa i wciera w opony preparat o zapachu kokosa.

Szczerze mówiąc trochę się z niego turlam bo gdybym to ja miał spędzać na myciu auta tyle czasu co on to najpewniej już dawno zostałbym zapalonym homoseksualistą.

Tfu!

Rowerzystą.

Z drugiej – mimo wszystko szanuję jego trud bo nie da się nie zauważyć, że ośmioletni samochód, którym jeździ wygląda jakby dopiero co opuścił salon w blasku zachodzącego słońca (żegnany przez płaczącego ze szczęścia dealera odzianego w marynarkę z H&Ma i buty z przeceny).

Do czego jednak zmierzam – jeśli spojrzeć na temat z perspektywy kogoś szukającego właśnie samochodu, można odnieść wrażenie, że kupienie pachnącej kokosem fury od typowego Adama będzie strzałem w dziesiątkę. Wiecie – taką szóstką w totka, nieplanowanym seksem na tylnym siedzeniu i wybraniem najszybszej kolejki w markecie w jednym. W końcu umówmy się – ile jest na rynku kilkuletnich samochodów, których właściciele (wcale nie żartuję) trzymają w garażu specjalną szczoteczkę przeznaczoną wyłącznie do mycia zawiasów drzwi?

A jednak moim zdaniem dużo lepsza zabawa czeka na Was jeśli zamiast kupować samochód od Adama zdecydujecie się na coś z z drugiego końca detailingowej skali – i zaraz wyjaśnię Wam dlaczego.

Po pierwsze, w większości wypadków samochody wyglądające jak typowy kurnik po powodzi są po prostu tanie. To sprawia, że kupując taki wóz praktycznie w ogóle nie będziecie przejmowali się, tym, że coś może się z nim stać. Przeharataliście właśnie cały bok o nieotwartą do końca bramę? Na parkingu pod biurem ktoś wpierdzielił się Wam w tylny zderzak i uciekł? Wpadliście do rowu bo pierwszy śnieg? Odpadła jakaś cholernie droga listwa?

Macie to gdzieś!

Carpe Diem, koktajl z banana i baila morena!

To jest piękne bo jeżdżąc wozem o aparycji typowego trzepaka na pranie w ogóle nie przejmujecie się takimi pierdołami. Cieszycie się jazdą, parkujecie bez strachu i możecie próbować robić rzeczy, na które w wychuchanym cukiereczku za trzydzieści tysięcy za cholerę byście się nie odważyli.

Wejście w zakręt na ręcznym, nawrotka tyłem albo próba hamowania lewą nogą nagle przestają wydawać się tak ryzykowne i skomplikowane.

Kolejna sprawa – jeżdżąc typowym trzepakiem możecie nauczyć się naprawdę wielu przydatnych rzeczy. Z grubsza chodzi o to, że Wasz samochód i tak wygląda już jak wyposażony w koła i spoiler poranny stolec. Działa więc na Was zdecydowanie mniejsza presja związana z faktem, że możecie niechcący coś w nim spierdzielić.

No bo oczywiście, że możecie. Tylko zastanówcie się sami – co z tego?

Nawet jeśli jakimś cudem uda się Wam nalać do silnika płynu chłodniczego zamiast oleju to po prostu okleicie błotnik folią stickerbomb, a potem sprzedacie wóz jakiemuś idiocie w śmiesznej czapce nadużywającemu słowa „zapierdalać” jako egzemplarz do niewielkiego remontu.

A potem dwa razy nie kupicie popcornu w heliosie i za zaoszczędzone w ten sposób trzy tysiące kupicie sobie kolejny trzepak z tylnym napędem i wgniecionym błotnikiem.

Jakiś czas temu wymienialiśmy przednie lampy w Mercedesie CLS. Jeden reflektor kosztował trzy tysiaki dlatego trzymając go w rękach, ze stresu prawie puściłem kreta w spodnie. Tymczasem nie miałem najmniejszych oporów, żeby własnymi rękami wytargać skrzynię biegów z mojego BMW e30.

Pijąc przy tym piwo, i podrygując sobie radośnie niczym epileptyk z padaczką do kawałków Deana Martina.

Właśnie za takie rzeczy tak bardzo kocham cały ten czterokołowy świat.

Oczywiście nie namawiam tu Was do tego, żebyście kupowali samochody, z których odpadają koła – nie o to chodzi. To, że błotnik jest wgnieciony, na drzwiach brakuje listwy, a podsufitka wygląda jak dolna część ramienia zapalonej miłośniczki promocji w KFC nie oznacza wcale, że końcówki drążków kierowniczych mają trzymać się przy pomocy taśmy klejącej.

Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taki trzepak miał nowe tracze, zdrowy silnik i porządne opony.

Chodzi mi o samo podejście do samochodu – bo to właśnie stąd bierze się moja niechęć do brnięcia w pedantyczne style charakterystyczne dla Germanestów, o którą czasem mnie pytacie. Moim zdaniem jeśli będziecie traktować swój samochód zbyt poważnie lub zbyt ostrożnie, w pewnym momencie znajdziecie się w punkcie, w którym z dostarczającej emocji zabawki zamieni się on w reprezentacyjne utrapienie.

Zamiast po prostu wskoczyć za kierownicę i trochę pojeździć, będziecie z niepokojem wyglądać deszczu albo zastanawiać się czy wchodząc w ten zakręt nie przytrzecie przypadkiem wypolerowanych na wysoki połysk rantów.

Potem wyciągniecie go na zlot gdzie ludzie z piwem w plastikowych kubkach będą mruczeć pod nosem, że lepiej wyglądało by na BBS-ie, a nie kole ACS.

Mówcie co chcecie ale moim zdaniem to takie ciche, motoryzacyjne samobójstwo…

42 Komentarze

  1. Łukasz 7 lipca 2016 o 14:10

    Sądziłem, że tylko ja próbuje ostatnio wyhamować ładnie i delikatnie autkiem ;D

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 09:49

      Po pół roku rozłąki z już nie bordową w zasadzie uczę się na nowo ;)

      Odpowiedz
  2. Rygiel 7 lipca 2016 o 14:12

    Ja jestem zwolennikiem kompromisu. Jeżdże swoją e36 na codzień i nie martwię się jak pada deszcz. Jednak na myjce i odkurzaniu jestem dwa razy w tygodniu, a polerowane felgi to jest coś czego nie mogłem sobie odmówić. Podobnie jest z obniżeniem auta. Jeden z Twoich pierwszy wpisów – Bóg po to dał nam nogi abyśmy mogli dojść tam gdzie nie możemy wjechać na glebie” czy jakoś tak. Fajnie jeżeli auto nie stoi jak jakaś KIA Sportydż, ale też żeby próg zwalniający nie był przeszkodą nie do pokonania.

    Pokazuj nie-bordową!

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 09:51

      Wiesz – mnie nie chodzi o to, żeby jeździć rozpadającym się trupem z opakowaniami po mcdonaldzie walającymi się za siedzeniem. Jeśli chodzi o porządek we wnętrzu to też mam na tym punkcie bzika (brud z zewnątrz jestem jeszcze w stanie przeżyć choć nie jest mi łatwo ;) ).

      A jeśli chodzi o już nie bordową… Tak w ogóle to widziałeś wczorajszy mecz? Słabo coś Niemcy grali nie? ;V

      Odpowiedz
  3. Pandrajwer 7 lipca 2016 o 18:45

    Tak się mądrzysz, a zaraz będziesz pewnie oglądał się milion razy czy na pewno jakieś auto nie stoi zbyt blisko niebordowej i, żeby nie obił ktoś świeżego lakieru, unikał jazdy za kimś, żeby kamienie nie leciały na nówkę sztukę maskę i będziesz gryzł po kostkach i rzucał popcornem każdego kto będzie przechodził zbyt blisko, bo przecież może dalej.

    Dążę tylko do tego, że jeśli ma się coś swojego i to ładnie wygląda to ma się ochotę zabić każdego kto tego nie potrafi uszanować i napierdala drzwiami na parkingu jakby za kierownicą nie siedział człowiek tylko ogromna orka. To boli na każdym aucie poza typowym gruzem, który ma już tego tyle, że i tak bez różnicy. Pół biedy jak obijesz go sam, ale jeśli Ty nikomu nie obijasz to niech nikt nie obija Tobie :)

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 09:54

      W pełni się z Tobą zgadzam – trzeba dbać o swoje bo w końcu samemu się na to zapracowało. Chodzi mi jednak o to, że nie warto brnąć w to dbanie za daleko bo w pewnym momencie zaczyna to przypominać karmienie dziecka cyckiem do dziesiątego roku życia :)

      Co do już nie bordowej – mam już pierwszą rysę. Najgorsze już za mną ;)

      Odpowiedz
  4. Hubert 7 lipca 2016 o 18:55

    Ale jak oponki się po dressingu świeciły ładnie to jarałeś się jak pochodnia :p

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 09:55

      Wyczernione oponki to taki mój mały fetysz ale uważam, że tak raz na miesiąc w zupełności wystarczy ;D

      Odpowiedz
  5. ed330i 7 lipca 2016 o 19:07

    Ciekawy punkt widzenia… Ale! Czy nie pomyślałeś, że jedno drugiemy nie przeszkadza? Mam na myśli czyste auto i emocje z jazdy? Uwielbiam jak autko się błyszczy na lustro, a w środku jest czysto. Jednak jeżdżę takim na co dzień, a nie tylko po bułki do najbliższego lidla. Doceniam też zapaleńców detailingu i szanuję ich pracę, bo wymaga dużo wysiłku. Spróbuj – być może odczujesz satysfakcję po doprowadzeniu samochodu do perfekcji i zrozumiesz, o co w tym chodzi ;)

    A brudasami gardzę. Nie spotkałem jeszcze żadnego auta, które wyglądałoby jak obora, a byłoby perfekcyjne pod względem mechaniki. Jak komuś nie przeszkadza, że jeździ brudasem i śmierdzielem, to i inne rzeczy związane z autkiem ma głęboko w d..pie – jeździ, to jeździ.

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 10:00

      Powiem Ci tak – uwielbiam jeździć czystym autem i nawet poczciwe e30, które ma masę wgniotek, rys i kilka brakujących listew sprzątam przynajmniej ten raz w tygodniu. Mimo wszystko jednak szorowanie zawiasów przy każdym myciu uznaję za lekką dewiację ;D

      Odpowiedz
      1. TQMM 8 lipca 2016 o 14:21

        Kurde… coś robię nie tak… samochód wygląda jak koszmar detailera, a co potrzeba to naprawiane/wymieniane na czas. Nawet czernidła do opon nigdy nie kupiłem :D

        Odpowiedz
  6. Norbert 7 lipca 2016 o 19:17

    Felieton na poziomie, jak zwykle. Itp itd.
    Kiedy foty niebordowej? ;)

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 10:06

      Zdjęcia niebordowej będą…

      Ej, patrz no!

      Cycki! :v

      :v

      hasztagOdwracanieUwagiLevelPrentki

      Odpowiedz
      1. morelowy 8 lipca 2016 o 12:07

        Kolega się pyta skąd masz to zdjęcie.

        Odpowiedz
        1. Tommy 8 lipca 2016 o 12:39

          Jestem prawie pewien, że z internetu

          Odpowiedz
  7. Mateusz 7 lipca 2016 o 21:21

    U mnie sprawa zatoczyła koło, kupiłem auto, po jakimś czasie poleciałem w woski, powłoki i gąbki do mycia wentyli itp, z auta można było jeść ale uciekła gdzieś frajda z jazdy. Koledzy śmigali na rękawie po szutrze a ja się bałem, że upierdziele lakier, w deszc do pracy jeździłem tramwajem.. Do czasu aż zahaczyłem o filar w markecie, nagle wszystko wróciło do normy, auto u*ebane zaczęło jakoś fajniej wyglądać, odrapane nadkole jest jak blizna wojenna, a za kasę którą wydawałem na woski i myjnie tankuje do pełna i latam szutrami czy po błocie nie zastanawiając się którym aktywnym szamponem będę to zmywał ;)

    Odpowiedz
  8. Rafał 7 lipca 2016 o 21:38

    Mi się podoba jedno i drugie. Super mieć wóz o którego estetykę nie trzeba się przejmować, ale też super mieć wychuchany, wymuskany samochód gdzie z dywaników można jeść a cały można rozebrać i nie pobrudzić przy tym rąk.

    Dlatego dla mnie istnieje tylko jedno rozwiązanie. Trzeba mieć co najmniej 2 samochody do tych 2 zupełnie różnych celów.

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 10:10

      Wiesz – mnie właśnie chodzi o sytuację kiedy masz jeden samochód i zamiast faktycznie się nim cieszyć traktujesz go jak jakiś żyrandol z porcelany. Nikt nie mówi, że ma być brudny, a opony nie mogą być wypastowane – chodzi mi o samo podejśćie.

      Samochód powinien przede wszystkim jeździć – i robić to tak, żebyś wysiadając pod sklepem musiał maskować namiot w spodniach za pomocą plecaka.

      Jeśli powstrzymuje Cię przed tym fakt, że jakieś kamyczki z pobocza mogą Ci porobić ryski na błotniku albo drzwiach to moim zdaniem coś, w którymś momencie poszło nie tak ;)

      Odpowiedz
  9. Darek 7 lipca 2016 o 22:29

    Czytam i śmiechłem strasznie bo wyczuwam jakiś straszny ból dupy czy coś podobnego. Jak lubisz jeździć samochodem w którym wali gównem i aż wstyd zaprosić laskę do środka żeby przypadkiem się nie pobrudziła to jest coś nie tak. Uważam, że nie można popadać w skrajności. Z drugiej strony jeżeli ktoś lubi mieć czysty samochód to co w tym złego?

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 10:17

      Darek – mnie nie chodzi o jeżdżenie autem z wysmarowaną stolcem deską rozdzielczą ;) Nikt nie mówi, że wóz z przerysowanymi drzwiami i osłoną lusterka w innym kolorze nie może być czyściutki i pachnący ;)

      Sam sprzątam porządnie swoje samochody przynajmniej ten raz w tygodniu – prędzej zastaniesz u mnie bałagan w mieszkaniu niż w którymś z nich.

      Ten przekolorowany na swój sposób felieton miał zwrócić uwagę na inną rzecz – na to ,że jeśli będziesz obchodził się ze swoim samochodem jak z jajkiem płacząc nad każdą ryską i parkując 400 metrów dalej, żeby broń boże nie wjechać oponą na kawałek mokrego pobocza to zwyczajnie może Ci umknąć coś cholernie fajnego.

      Jeśli będziesz traktował swój samochód zbyt poważnie, niechcący podbierzesz sobie całą masę naprawdę fajnych doznań. Cała ta wolność, radocha z wpadania w zakręt ze zbyt dużą prędkością i łobuzerski uśmiech po udanej nawrotce na ręcznym na zasypanym szutrem parkingu.

      To właśnie starałem się tu przekazać – detailing jest tylko swego rodzaju kontrastem ;)

      Odpowiedz
  10. Andreoz 7 lipca 2016 o 23:24

    Dluuugo jezdzilem trzepakiem….jak ja tesknie za tym wlasnie wolnym umyslem ze moge go porzucic byle gdzie i takie tam. Teraz na co dzien jezdze czyms innym i kurde powiem wam ze raz wyszedlem wczesniej z basenu bo zapowiadalo sie na grad…..:(
    Co do mojego drugiego auta, klasyka to jednak jestem w stanie mu kupic ten szampon kokosowy i szczoteczke do zawiasow:)

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 10:18

      Jednak coś w tym jest, co nie? ;)

      Odpowiedz
  11. Daniel 8 lipca 2016 o 01:13

    Temat lekko kontrowersyjny poruszyłeś… jedno do drugiego (prawie) nie ma znaczenia chyba że chodzi jakieś przesadne pedantyczne podejście, co do chłopaków od germanów byłem na zlocie w tamtym roku50% wyłaziła bokiem aż miło także spokojnie;)

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 10:24

      Nie chodziło mi tyle o same germanfesty co raczej o dyskryminowanie lekko zaniedbanych samochodów bo te, wbrew pozorom potrafią dać masę radochy z jazdy. Po prostu jeśli zaczynasz przesadnie przejmować się swoim samochodem to przestaje on być tym, za co wszyscy kochamy cztery kółka.

      Samochód powinien być jak taki niesforny kundel z łatą na oku – czasem po prostu musi wytarzać się w kałuży, wpaść w krzaki albo spaść ze schodów ;)

      Odpowiedz
  12. KHOT 8 lipca 2016 o 08:36

    Jeżeli wosk na aucie ma się obawiać byle deszczu, to kiepski ten wosk. ;)

    Odpowiedz
    1. Tommy 8 lipca 2016 o 10:25

      Podobno prawdziwi mężczyźni po myciu auta nakładaj smalec i wcierają go kotletem schabowym ;)

      Odpowiedz
      1. Łukasz 22 lutego 2017 o 09:46

        Oj uśmiałem się :))))

        Odpowiedz
  13. Wojtek 8 lipca 2016 o 10:36

    Absolutnie się nie zgadzam, można znaleźć złoty środek.

    Kupiłem niedawno daily, ale ze spełnieniem marzenia o mocy ukrytej w zwykłym aucie (M62B44TU)
    Auta szukałem ponad pół roku bo na rynku same wyczyszczone ulepy i pospawane januszowe gówna. W końcu trafiłem na bardzo zadbane auto, które widać na pierwszy rzut oka, nie było poddane detalingowi, tylko tam zadbane od lat. Kupiłem i wziąłem pod swoje pedantyczne skrzydła.

    Polerka lakieru, powłoka kwarcowa, czyszczenie, konserwacja skór, itp itd. Wydałem trochę pieniędzy, wszystko robiłem sam i tak:
    -Mam satysfakcję z własnej pracy.
    -Bo auto wygląda jakby wyjechało z salonu, a ma już ładnych kilka lat.
    -Bo mam teraz mało czasu a skoro auto się łatwiej czyści, mniej tracę na to czasu.

    Autem jeżdżę normalnie, deszcze, burze, błoto żwir i kamienie itp. Wchodzę tak samo szybko i sportowo w zakręty jak obniżonym E30, uczę się auta i jazdy z V8.
    Na codzień jeżdżę nim do pracy robiąc ponad 40km w dwie strony, w weekendy wyjazdy z małym dzieckiem w nosidełku ( syf dookoła itp) z przodu siedzi piec, który gubi miliard białych kłaków na sekundę ( super wbijają się w wykładzinę) Ostatnio w korku koło Gorzowa zwymiotował. Oczywiscie nie na matę, na której siedział, tylko na kawałek wykładziny i obudowę lewarka zmiany biegów.
    Typowy detalingowiec, który siedzi w garażu i pędzelkiem czyści nawiewy by się załamał. Ja macham ręką, a wieczorem spędzam jakieś 3.5minuty żeby na szybko ogarnąć.
    Auto nadal wygląda jak nowe, a ja mam radochę.

    Odpowiedz
    1. Wojtek 8 lipca 2016 o 10:39

      Dodałbym zdjęcie, ale się nie da :D

      Odpowiedz
  14. Opikowski 8 lipca 2016 o 13:17

    Hmm… Trochę się czuje jakby to było o mnie. Adam też ma kilkanaście różnokolorowych ściereczek z mikrofibry, dopasowanych odcieniem do barwy danego kosmetyku?

    Odpowiedz
  15. Iron 8 lipca 2016 o 13:40

    Pewnie ten Adam to Opikowski, wiec… :)

    Odpowiedz
  16. jonas 8 lipca 2016 o 17:48

    Może to kwestia bardziej olewczego podejścia do przedmiotów, nawet tak osobistych jak samochody? Zauważyłem że mniej się cackam z SUVem kupionym dwa lata temu jako salonowa nówka niż kiedyś z Seicento jako zauważalnie zużyty siedmiolatek, kupionym za ostatnie zaskórniaki . Zresztą kurz, rysy i ptasie guano może sobie być, ale mechanicznie musi być sprawne, inaczej jakoś mi źle spać ze świadomością, że coś barabani, cieknie albo zwyczajnie nie funguje.

    Odpowiedz
  17. Dapo 9 lipca 2016 o 06:58

    Ja myje raz na pół roku. Ale te wupucowane bardzo mi się podobają. Po prostu nie mam czasu, a poza tym przy czyszczenia auta bardzo mnie denerwują kolejne uszkodzenia, rysy, jakie odnajduję.

    Odpowiedz
    1. Tommy 11 lipca 2016 o 09:05

      Ja myję nawet i dwa razy w tygodniu ale porządne szorowanie z wnękami drzwi itd robię zwykle raz do roku na wiosnę (głównie po to, żeby pozbyć się soli ze wszystkich zakamarków – estetyka ma tu znaczenie drugorzędne :v )

      Odpowiedz
  18. Shift 10 lipca 2016 o 00:37

    znajomy kupił sobie takie wychuchane, w bagażniku komplet środków czystości i komplet szmatek do każdej butelki, mechanicznie i technicznie, auto leży i kwiczy. Kumpel mawia:” lakierem se nie pojeździsz, ale dbać trzeba nawet o poobijany wóz drabiniasty” ;)

    Odpowiedz
    1. Tommy 11 lipca 2016 o 09:04

      Tak mniej więcej wyglądał Escort kiedy trafił w moje ręce ;)

      Odpowiedz
  19. cha 14 lipca 2016 o 18:26

    Ale dylematy: Z samochodami jak z kobietami – z żoną dobrze jest się pieścić, dbać, szanować, wysłuchiwać, robić zabiegi spa i trzymać w garażu… Tzn domu. Z kolei jak ktoś chce szaleństw to idzie do burdelu, mówi ściągaj majty i nie ma zmiłuj. Ja też tak robię z samochodami od jakiegoś czasu: Jedno jest do roboty, na zakupy i orania pola a drugie w niedzielę jest wytaczane z garażu i co chwilę ma różnorakie zabiegi pielęgnacyjne – które się jej należą, bo Celinka to najpiękniejsza rajdówka 3x mocniejsza od everyday popychadła i tym samym punciak w tym roku zyskał kolejne >20k km, a Celinka niespełna 3k. W sumie to ich budowa wymusza taki podział ról: Wadą genetyczną żony jest brak filtra kabinowego, ale w cruisingu jest o niebo przyjemniejsza, za to punto jest lepiej wyważone i da się lepiej łuki ścinać, no ale przy 140 się kończy, a ona zaczyna.

    Odpowiedz
  20. Tomasz 1 marca 2017 o 19:49

    Przy okazji tematu, ktoś może miał okazję testować k2 gravon?

    Odpowiedz
  21. Wojtas 10 lipca 2017 o 11:29

    Ja osobiście widzę urok w tym całym detailingu. Chodzi mi głównie o pracę, którą się wkłada w wygląd Twojego samochodu, a jeszcze lepiej kiedy jest to auto stare i zniszczone. Wtedy to czuje dumę, że spod mojej ręki wyszło takie cudo, które jeszcze niedawno było gratem.

    Odpowiedz
  22. Bartek 13 listopada 2017 o 14:44

    Fajny gość z tego Adama :) ale ze świecą takiego szukać na rynku aut używanych, a jak już się znajdzie to Adaś w cene auta uwzględnia i zapach kokosowy do opon i szczoteczkę do czyszczenia zawiasów. Adama nie znam ale znam Mietka, 6 lat temu pytałem ile chce za auto które tak pieści – chciał jak za 2 takie :) dosłownie … i jeździ nim do dzisiaj a na ogłoszenia na portalu aukcyjnym to juz majątek chyba wydał :D tak, że chcąc nie chcąc pozostaje nam raczej opcja kupienia sobie jakiegoś używanego ogryzka w jak najlepszym stanie technicznym i jak sugeruje autor dopieszczenie tudzież uczenie się dopieszczania maszyny samemu :) tylko uwaga bo to jak z dragami – silnie uzależniające :)

    Odpowiedz
  23. Anonim 8 lutego 2018 o 14:11

    Jakby ktoś jednak chciał powcierać coś o zpachu kokosa w swoje oponki lub po prostu lepiej zadbać o auto to zapraszamy do nas ;)

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.