Muszę Wam powiedzieć, że posiadanie młotka oraz kompletu wkrętaków to naprawdę świetna sprawa. I nie chodzi nawet o to, że wbijanie sobie ich w różne części ciała wygląda strasznie śmiesznie kiedy ogląda się to na youtubie. Przede wszystkim już sam fakt, że w moim garażu znajduje się coś więcej niż kosiarka i zupełnie nikomu niepotrzebna drabina (po jaką cholerę ludzie w ogóle trzymają w domu stare drabiny?) działa na mnie tak motywująco, że kiedy widzę jak w domu coś odpada od ściany to nie odczuwam z tego powodu jakiegoś szczególnego dyskomfortu.

No chyba, że odpadając trafi mnie to w głowę.

Tak naprawdę to czy ktoś w życiu nie będzie pocił się widząc na opakowaniu napis „zestaw do samodzielnego montażu” albo odczuwał niepokoju na myśl o własnoręcznym zamontowaniu nowej lampy, jest podyktowane pewnymi cechami osobowości, które to ujawniają się u nas już w dzieciństwie. Chodzi tu na przykład o strach przed śmiercią.

Albo raczej jego brak.

Z resztą – opowiem Wam pewną historię. Otóż kiedy byłem jeszcze na tyle mały, bym ani ja, ani też moje koleżanki nie zdawali sobie sprawy z tego jak istotną rolę w naszym życiu będzie odgrywać rozmiar cycków, na szafie w moim pokoju stał statek-lampka zbudowany przez mojego tatę jeszcze w czasach, kiedy to z powodu jego wąsów dało się go niekiedy pomylić z Burtem Reynoldsem. Był to dość duży okręt zrobiony z tektury, deseczek, sznurka i naprawdę sporej ilości zapałek. Okna w burtach wyklejono stłuczką z kolorowych butelek po piwie, a w środku tata zamontował niedużą żarówkę podłączoną do prądu za pomocą starego przewodu z zaklejonym taśmą wyłącznikiem. Nie mam pojęcia skąd go wziął, ale już wtedy stanowił on niezłe zagrożenie dla naszego chomika.

Tak czy inaczej strasznie lubiłem tę lampkę, dlatego też gdy pewnego dnia przestała ona świecić, musiałem natychmiast coś z tym problemem zrobić.

W normalnych warunkach powinno wyglądać to tak – ja powinienem straszliwie się rozpłakać wskazując paluszkiem na stojącą na szczycie meblościanki lampkę, a po chwili mój odziany w wyimaginowaną pelerynę supermana tata w stylu ninja wpadłby razem z drzwiami do pokoju, po czym wykonując kilka pokazowych kopniaków z półobrotu wdrapałby się na szafę i prężąc bicepsy naprawił tam co trzeba. Potem wyprostowałby się dumnie spoglądając w dal, wiatr rozwiewałby jego bujne wąsy, a znajdujący się w tle dom sąsiada wyleciałby w powietrze.

Pojawiłby się też jakiś mocny kawałek z repertuaru Gun’s n Rose’s, a nad nami przeleciał by szwadron myśliwców F16 wypuszczających smugę kolorowego dymu.

Mniej więcej właśnie tak powinno to wyglądać z perspektywy małego chłopca, w którego oczach tato był absolutnym superbohaterem.

I któremu zwyczajnie spierdoliła się nocna lampka.

Niestety, ponieważ mój zapracowany i wyraźnie stroniący od obowiązków tata w domu był maksymalnie przez kilka tygodni w roku, ta opcja była dla mnie zwyczajnie niedostępna – musiałem zatem radzić sobie sam. Korzystając więc z rury od ogrzewania i upchniętego w kącie za szafą odkurzacza wdrapałem się jakoś na górę w celu przeprowadzenia kompleksowej diagnozy co też mogło się zepsuć.

I powiem Wam coś – takiego pokazu pirotechnicznego jaki udało mi się wtedy zorganizować nie mieli nawet na Inwazji Mocy RMF FM w 1996.

Zrąbałem się z szafy w takim tempie, że nawet mój niezwykle czujny pies śpiący na dole ledwie uniknął śmierci. Do dzisiaj nie wiem co mnie wtedy rąbnęło ale aż poczułem jak włosy w moim nosie zamieniają się w popiół. Podejrzewam, że spadając z szafy wyglądałem wtedy jak wrzeszcząca kometa Halleya.

Nie było to może wymarzone rozpoczęcie przygody z naprawianiem różnych rzeczy, ale właśnie w tamtym momencie ujawnił się u mnie gen odpowiadający również za zatrzymywanie się przy stoiskach z kluczami nasadkowymi i rozmyślanie na temat możliwości stworzenia staników rozpinanych klaśnięciem. Bo widzicie – w takiej sytuacji każdy normalny człowiek po prostu oddaliłby się na bezpieczną odległość zakładając, że skoro to ustrojstwo próbuje pozbawić go życia, to lepiej się do niego nie zbliżać.

A ja tymczasem zacząłem się zastanawiać czy jeśli spróbuję złapać kabel z drugiej strony to czy wtedy też mnie pierdolnie.

No i pierdolnęło.

Po dwóch godzinach wyglądałem już jak chodząca grzanka. Pachniałem podobnie. Ale za mniej więcej siedemset czterdziestym trzecim lotem z szafy w końcu lampka się zapaliła. Co prawda tylko przez chwilę, i to tylko wtedy kiedy poraził mnie prąd, ale i tak był to niebywały sukces – tym bardziej, że w końcu udało mi się ją naprawić. Co więcej – dopiero stosunkowo niedawno uświadomiłem sobie, że był to dowód na to, że zdecydowanie wdałem się w ojca, a nie mamę.

Męskie, łobuzerskie geny wygrały batalię z ugodową, kobiecą naturą.

Wiecie skąd to wiem?

Dopiero następnego dnia zacząłem zastanawiać się dlaczego najpierw nie wyłączyłem tego z prądu.

4 Komentarze

  1. maxx304 8 maja 2013 o 18:22

    Cool story bro.

    Dobrze, że w ogóle się zastanowiłeś, że można to było z prądu wyłączyć! :)
    Śmiem twierdzić, że teraz wyłączasz rzeczy elektryczne z prądu, kiedy chcesz je naprawić.
    Chociaż może to zbyt śmiałe stwierdzenie…

  2. Parzych 8 maja 2013 o 21:21

    Wyłączanie prądu przed naprawą jest dla mięczaków… :P Mój ojciec z 20 lat temu kupił kabel z wtyczką z jednej strony a z drugiej były pobielone końcówki, chcąc sprawdzić dokąd sięgnie ten kabel od gniazdka, wetknął w nie wtyczkę i trzymając za kabel zaczął się oddalać od gniazdka, ależ się zdziwił jak go pierdolnął prąd gdy się kabel skończył… :O

  3. Toldi 8 maja 2013 o 22:18

    Najlepsze doświadczenie z prądem w moim przypadku to coroczne zakładanie lampek na choinkę w grudniu :) zamiast jak normalny człowiek kupić nowe, nie zepsute lampki to dawaj te które kruszą się w rękach i przerywa kabel. Wtedy co robie? Łap jedną końcówke i drugą i spróbuj złączyć… tylko po kilku sekundach drgawego przypominam sobie że mogłem wyłączyć z gniazdka :D ale w sumie wtedy nie wiedziałbym czy naprawiłem skutecznie :)

  4. zibi54 13 maja 2013 o 21:04

    Dawno się tak nie uchachałem !!!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.