Jeśli wierzyć temu co koncerny samochodowe pokazują nam w reklamach to fakt, że ludzie uśmiechają się siedząc za kierownicą swoich samochodów wynika głównie z tego, że ludzie Ci są młodymi, przystojnymi projektantami latających mebli, przyjaźniącymi się z Claudią Schiffer i zjeżdżającymi do swoich designerskich, przestronnych biur po przyczepionych do dachów szklanych biurowców linach.

Warto dodać, że zawsze kiedy to robią, w tle gra muzyka elektroniczna albo Sinatra, a dookoła pełno jest eksplodujących kulek z kolorową farbą, kobiet w czerwonych sukienkach, zachodów słońca oraz spoglądających z zazdrością sąsiadów przycinających trawniki turbodoładowanymi miotaczami ognia.

Tak to mniej więcej wygląda jeśli wierzyć scenarzyście.

Tak nawiasem mówiąc, absolutnie i bezapelacyjnie największą masakrą w historii reklam samochodów jest ta, w której pojawia się „Nowa KIA Sorento” i jakiś mistrz kuchni (chyba imieniem Maciek), który to „docenia połączenie stylu, precyzji i najwyższej jakości składników”, a poza tym „ma też na uwadze komfort i wygodę swoich przyjaciół, z którymi często podróżuje”.

Nie wiem kto pisał im ten tekst ale za każdym razem kiedy widzę w telewizji tę chałę, nachodzi mnie nieodparta chęć wydłubania sobie oczu za pomocą łyżeczki do herbaty.

Wydaje mi się jednak, że jeśli przeprowadzicie mały eksperyment psychologiczny i jadąc jutro do pracy/szkoły/kwiaciarni/kochanki/poradni chorób wenerycznych/prawnika (niepotrzebne skreślić) przyjrzycie się przez chwilę twarzom osób siedzących w znajdujących się dookoła Was samochodach, dojdziecie do wniosku, że najwyraźniej żadna z tych osób nie ma w swojej komórce zapisanego numeru do Claudii Schiffer.

Nawet ta ruda laska w czerwonej Corsie gadająca właśnie przez telefon rozmawia najprawdopodobniej nie z Claudią tylko z pryszczatym kolesiem z siłki o imieniu Robert.

Co więcej – idę o zakład, że żadna z tych osób nie zarabia na życie projektując latające meble. Nawet gość po lewej posiadający wszystkie elementarne atrybuty wziętego projektanta (beżowe spodnie, koszulę z kieszonką, Volvo XC70 i duńskie korzenie) jest tak naprawdę tylko nauczycielem geografii w pobliskiej podbazie.

Dlatego też, podobnie jak inni kierowcy nie wygląda jak ktoś kto ma zamiar zamontować za chwilę śmigło do kredensu.

Przypomina raczej kogoś, kto jedzie właśnie do szpitala zidentyfikować jakieś zwłoki.

Idąc dalej – wydawać by się mogło, że kupno nowego Qaszkaja albo Skody z czerwonymi zaciskami hamulcowymi sprawi, że w chwilę po tym jak wyjedziecie z salonu zadzwoni do Was jakiś Jonas (wszyscy projektanci mebli mają na imię Jonas) z pytaniem czy w zamian za cztery miliony dolarów, seksowną żonę i idealnie skrojony garnitur nie zaprojektowalibyście dla niego jakiegoś latającego taboretu.

Niestety jednak muszę Was zawieść – to tak nie działa.

Chodzi o to, że nowy samochód odmieni Wasze życie w podobnym stopniu co nowa huśtawka ogrodowa. W najlepszym wypadku możecie liczyć na rzucone ukradkiem zazdrosne spojrzenie sąsiada i możliwość pokazania odwiedzającym Was znajomym „jak bardzo wygodne są te siedzenia”.

O ile nie kupicie sobie czerwonego Ferrari 458 Speciale, nowy samochód nie zmieni w Waszym życiu absolutnie nic. Może z początku trochę się nim pocieszycie i będziecie co 5 minut wyglądać z okna w kuchni czy aby przypadkiem nie kręci się wokół niego jakiś podejrzany koleś w bluzie z kapturem.

Później jednak samochód ten stanie się dokładnie takim samym samochodem jak ten poprzedni, który sprzedaliście 2 lata temu. I jak ten przed nim… I ten wcześniejszy też

Sęk w tym, że samochód – niezależnie od tego jak dobry i doskonale wykonany by nie był nie obdarzy Was uczuciem. Nie zabierze Was sam z siebie w jakieś ciekawe miejsca i nie zaprosi do oglądania zachodu słońca ze swojego dachu. Nie pokaże Wam jakiejś nieznanej dotąd drogi i nie spowoduje, że staniecie się nagle ciekawszymi, pełnymi wigoru ludźmi.

Nowa Skoda nie spowoduje, że zachce się Wam nagle skakać ze spadochronem, tańczyć z płonącymi racami w dłoniach, surfować w Australii albo kręcić salta na pokomunijnym BMX-ie.

A właśnie to starają się wmówić Wam te wszechobecne, absurdalnie lifestylowe reklamy.

Bądź dynamiczny. Bądź przystojny. Skacz kurwa. Sukces.

Zaprojektuj jakieś krzesło.

Wybór konkretnego samochodu jest efektem Waszych bardziej bądź mniej racjonalnych i uwarunkowanych różnymi ograniczającymi Was czynnikami decyzji. Model, na który się decydujecie jest więc niejako wypadkową Waszych oczekiwań, gustu, pragnień, możliwości i charakteru. Jeśli więc zawierzycie tym bajkom z reklamy i będziecie liczyli na to, że wydanie 60 tysięcy w pocie czoła uciułanych złotych na zlepek ukształtowanych tak, a nie inaczej tworzyw i stali odmieni Wasze życie, wpakujecie się najprawdopodobniej w coś, co zupełnie nie będzie do Was pasowało.

Jeśli jesteście domatorami, uwielbiacie spokój, pluszowe fotele, literaturę faktu i brązowy sztruks to jaskrawo czerwona Mazda MX-5 nie sprawi, że zaczniecie nagle jeździć po drogach wijących się wzdłuż wybrzeża i trzymać za kolano poznane przypadkowo w barach dziewiętnastolatki o błękitnych oczach.

Sprawi za to, że codziennie będziecie kląć w duchu na ciasnotę, głośny układ wydechowy i ten pierdolony mechanizm zamykania dachu, którego i tak zbyt często nie otwieracie.

Bo słońce za bardzo.

Samochód powinien być odzwierciedleniem Waszej osobowości, a nie nieudolną próbą jej przeprogramowania. Dlatego najlepiej nie szukać w nim ideałów, o których marzycie tylko tego skurczybyka, który siedzi w Waszej głowie każdego dnia.

Loading comments...