Prentki Blog Motoryzacyjny - O buraku w BMW - suplement - Prentki Blog Motoryzacyjny
2861
post-template-default,single,single-post,postid-2861,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

O buraku w BMW – suplement

Niedawno w internetach pojawił się film ukazujący jak to pewien nie grzeszący intelektem i urodą osobnik próbował podpalić siebie oraz swój samochód piłując stare opony na podjeździe.

Historia nie skończyła się happy endem bo zapalił się tylko samochód. Gość niestety wyszedł z tego bez szwanku.

Przez chwilę zrobiło mi się nawet smutno, że samochód udało się ugasić – doszedłem bowiem do wniosku, że pożar oszczędziłby mu cierpień i wstydu, które będzie przechodził póki ten osioł będzie siedział za jego kierownicą.

Żeby jednak nie odbiegać za daleko od tematu – to dzieło filmowe na miarę nowego Hobbita wygląda tak:

To co wydało mi się w nim najciekawsze (o ile można w ogóle użyć tutaj takiego określenia) to jednak nie ten niskobudżetowy pokaz pirotechniczny, który urządził ten bałwan tylko kwestia samej publikacji tego nagrania. Zwróćcie uwagę na tytuł– brzmi on „Fan marki BMW”.

I z całym szacunkiem ale nazwanie tego debila „fanem marki” to jak określenie koksa naparzającego się maczetą ze swoimi równie wyrośniętymi kolegami „wiernym kibicem piłkarskim”.

Zastanowiłem się więc przez chwilę – kto właściwie publikując w internecie taki film, nadaje mu tak idiotyczny tytuł. Opcje mam dwie. Opcja pierwsza – jest to osoba o ilorazie inteligencji na poziomie kierowcy tego czerwonego E36 (lub też sam kierowca), która uważa, że to katowanie samochodu jest „cool” i w ogóle to YOLO i CHWDP. Można by wtedy założyć, że tytuł wypływa z serca bo i kierowca i ewentualny producent filmowy są zdania, że takie zachowanie to nic innego jak pokazywanie światu wyższości BMW nad resztą drogowego plebsu.

Jara gumę? Jara! I to ku%$* konkretnie co nie? Yolo. Twój golf tak nie potrafi!

Drugą opcją, którą wziąłem pod uwagę było to, że gość publikujący film jest swego rodzaju obrońcą moralności. Człekiem prawym i na swój sposób wykształconym, który za pomocą ironii próbuje napiętnować tutaj znienawidzone przez siebie buractwo w BMW (może nawet jakieś BMW przejechało mu kiedyś ukochanego psa albo coś w ten deseń).

Aby odpowiedzieć sobie na pytanie z kim mam do czynienia postanowiłem zapoznać się bliżej z repertuarem, który autor publikuje na swoim kanale na YT. Gość nazywa się „Zdenek Blacha” i muszę przyznać – portfolio ma dość imponujące

Mamy tu więc między innymi film „Pijana dziewczyna sika pod drzewem”, „Gimnazjalistka opowiada o sexie” oraz mój faworyt – „Pijana laska bez majtek robi fikołki”.

Zdenek polubił również filmy „Preludium do MASSterplanu” oraz „Rozkazuję Ci rosnąć” z pewnym wielkim murzynem, który macha sztangielkami.

Nie chcę nic mówić ale chyba właśnie odnalazłem biblijnego supersamca z BMW. Samca wszystkich samców.

To chyba właśnie jest największy problem tych samochodów – brak możliwości odcięcia się od tej grupy radykałów, którzy żyją złudzeniem, że niebiesko-białe śmigło na masce i palenie gumy na przystanku dodaje im prestiżu i zapędzi im do łóżka same skąpo odziane białogłowy. Że inni kierowcy widząc w lusterku dwie nerki będą zjeżdżać na pobocze i przepraszać, że w ogóle raczyli znaleźć się ze swymi złomami na drodze tak zacnego dostojnika w „prawdziwym samochodzie”.

Starczy jednak tych analiz psychologicznych bo chciałbym omówić dziś nieco inne zagadnienie.

Niedawno wspominałem o ilości wypadków powodowanych przez poszczególne marki. Miał to być krótki przerywnik skłaniający do wewnętrznego rachunku sumienia i chwili zadumy jednak wyszła z tego wielka internetowa gównoburza, w której starły się dwie grupy ludzi – Ci, którzy uważają BMW za coś świętszego od Jasnej Góry i Ci, którzy uznają te samochody za wcielenie samego Lucyfera. Praktycznie nie było tutaj widać osób, które zatrzymały się gdzieś po środku.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewną rzecz, którą większość osób wtedy zignorowała.

Zacznę jednak od początku.

BMW jakby na to nie patrzeć jest samochodem sportowym. Dedykowanym kierowcy, stosunkowo szybkim i wymagającym od nas więcej umiejętności niż przeciętny sedan. Jak dla mnie logicznym jest więc, że jeśli wypuścimy na ulicę 100 takich samochodów, to będą one rozbijać się dajmy na to, dwa razy częściej niż 100 astmatycznych, wyposażonych w systemy ESP Volkswagenów POLO. Czyli w takim wypadku BMW spowodują jakieś 40 wypadków, a Volkswageny dajmy na to – 20 (wartości są oczywiście przykładowe).

Przekaz jest w takiej sytuacji prosty i klarowny – BMW to zło.

Jeśli jednak – tak na zdrowy rozsądek przyjmiemy, że takich niebezpiecznych i drogich w utrzymaniu beemek jest na drogach 10, a miłych i puchatych Volkswagenów POLO około 100, to statystyka pokaże, że rozbiło się zaledwie 5 samochodów BMW i około 20 VW.

Dużo osób komentujących mój wpis o wypadkach pomyślało w ten sam sposób i stwierdziło, że z tego powodu sam ranking jest gówno warty.

Teraz jednak spójrzcie na to z nieco innej perspektywy – ponieważ samochodów BMW teoretycznie jest na drogach mniej, liczba powodowanych przez nie wypadków jest mniejsza niż tych, które wynikają z winy kierowców milusiego Volkswagena POLO. No bo skoro samochodów BMW jest 10, a VW 100, ilość wypadków będzie wynosić odpowiednio 4 dla BMW i 20 dla Volkswagena.

Tak się złożyło, że takie wartości wykazał mój ranking wypadków z województwa pomorskiego. 4% rozbitych BMW przy 20% Volkswagenów.

I teraz tak na logikę – skoro BMW = 4 wypadki, a VW aż 20 to oznacza, że jadąc sobie z dziećmi do teściów macie kilka razy większą szansę na to, że uderzy w Was taka tyci tyci milusia „polówka” albo Golf.

Chodzi o to, że muszą rozbić się aż cztery Volkswageny zanim wypadek przytrafi się jakiemuś BMW.

Idąc więc tym tropem – bazując na rankingu dotyczącym bezwzględnej liczby wypadków nagłówki w gazetach powinny trąbić nie o mordujących obywateli samochodach marki BMW, tylko o krwiożerczych Volkswagenach Passatach TDI z relingami na dachu.

Dlaczego więc tak się nie dzieje? Skoro to Volkswagen zbiera znacznie większe żniwo, dlaczego to BMW ma tak czarny PR? Moim zdaniem odpowiedzią jest właśnie film z początku tego felietonu.

BMW ma podobny problem co polskie kluby piłkarskie.

Jeśli jakiś odziany w kolorowy szalik człowiek-półmózg zaatakuje kogoś maczetą, oberwie się całej grupie prawdziwych kibiców, którzy przychodzą na mecze po to aby zagrzewać do walki drużynę, z którą z różnych powodów się utożsamiają. To oni będą tutaj najbardziej poszkodowani bo nie zrobili nic złego, a tymczasem świat zacznie postrzegać ich jako zwyrodnialców.

Jeśli jeszcze nie daj boże taki dobry kibic ma nieco większe gabaryty i krótkie włosy, to ma już przypiętą taką metkę, że bój się boga.

I nie ma tutaj znaczenia to, że gdy zakłada kolorowy szalik to wcale nie atakuje ludzi maczetą, tylko idzie kibicować swojej ulubionej drużynie ze swoim uśmiechniętym synkiem niesionym na barana. W oczach opinii publicznej jest bandytą.

Wspólnie z przyjaciółmi z klubów BMW organizujemy wiele inicjatyw. Poznaliśmy się dzięki naszym samochodom, i dzięki nim odwiedzamy domy dziecka, organizujemy zbiórki dla schroniska dla zwierząt (zapraszam w sobotę 7 grudnia o 11:00 pod pomnik Reksia w Bielsku-Białej) czy wspieramy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy (12 stycznia będziemy w Skoczowie ale o tym będzie na prentkim za niedługo).

Poświęcamy setki godzin i niemałe pieniądze by nasze samochody były w nienagannym stanie technicznym. Staramy się robić fajne rzeczy i chętnie pomagamy innym, a mimo to społeczeństwo postrzega nas jako zabójców rozjeżdżających dzieci na przejściach dla pieszych.

Duża zasługa w tym szeroko rozumianych mediów, bo to za ich sprawą hasło „wypadek BMW” stało się tematem chodliwym prawie tak bardzo jak „transfer Lewandowskiego” albo „dachowanie Kubicy”. Możecie się ze mną nie zgodzić, ale moim zdaniem takie medialne jeżdżenie po BMW nie ma już dziś na celu piętnowania idiotów czy niebezpiecznych kierowców.

To zwykła, płytka zagrywka sprzedająca monotematyczne artykuły w taki sposób, że ludzie sami nakręcają się pod ich wpływem na wielostronicowe, zapewniające ruch i ładne statystyki bitwy w obrzucaniu się świeżą kupą.

Naprawdę nie miałbym nic przeciwko artykułom o wypadkach BMW, gdyby w ten sam sposób obrywało się i innym idiotom za kółkiem. Piętnujmy kretynów ale niech to będzie misja społeczna, a nie stronnicza zagrywka manipulująca społeczeństwem.

Kilka dni temu kiedy jechałem do pracy, prawie zepchnęło mnie z drogi kilkuletnie Audi. Starszy wiekiem, grzeczny zapewne i stateczny pan kierowca patrząc mi w oczy przez boczną szybę zepchnął mnie z drogi bo przypomniał sobie, że za chwilę musi skręcić, a jest na złym pasie.

Skurwiel nawet się nie zawahał. Patrzył mi w oczy z wyrzutem, że śmiem jechać pasem, który właśnie chce zając po czym zepchnął mnie na chodnik.

Chwała bogu, że mam dobre hamulce i zimówki na wysokim profilu.

Jednak zastanówcie się teraz. Ale tak obiektywnie – czy gdyby wtedy ten starszy miły pan o niezwykle uprzejmej aparycji wjechał we mnie i razem wpadlibyśmy na pełen ludzi przystanek, który znajduje się niedaleko to czy lokalna gazeta napisałaby o „Starszym kierowcy Audi, który przez swoją brawurę omal nie zabił 15 osób”? Czy może lepiej brzmiało by „Dwudziestosześciolatek w sportowym BMW zderzył się z Audi i wpadł na przystanek pełen ludzi” ?

Chyba zbyt łatwo dajemy się manipulować…


44 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.