Ponieważ kolega Wąski odpowiadający za organizację wielkoorkiestrowego spektaklu w Skoczowie wyraźnie zaznaczył, że za sprawą naszych beemek „ma być głośno”, postanowiłem wyciągnąć moją własną czerwoną spawarkę i spełnić jego prośbę.

Seryjny układ wydechowy w E36 328i nie jest zbyt głośny. U mnie została odłączona przepustnica wydechu, w wyniku czego tłumik pozostawał otwarty bez względu na obciążenie silnika ale to wciąż było zdecydowanie za mało.

Dlatego też korzystając z wolnego popołudnia w dniu poprzedzającym wyjazd na wielką orkiestrę, postanowiłem wykorzystać trochę rur i części, które od dłuższego czasu walały mi się po garażu i zbudować customowy wydech przeznaczony specjalnie na wośpowe upalanie (żebyście nie myśleli, że jeżdżę z tym na co dzień – chyba bym oszalał. Wydech trafia na samochód tylko na zaplanowane eventy).

A więc tak – po starej puszce, która jeździła jeszcze na pokładzie zielonego sedana (tak – ta z dwoma wielkimi rynnami w stylu DTM) zostały mi dwie rury doprowadzające łączące puszkę końcową z środkowym odcinkiem wydechu (328i ma wydech na dwóch osobnych rurach – po jednej na każde 3 cylindry, choć nie wiem dlaczego miałoby to kogokolwiek obchodzić).

Tak czy inaczej postanowiłem wykorzystać je do zbudowania prostego wydechu opartego na fabrycznym przodzie (dwa stalowe katalizatory + dwa niezależne tłumiki przelotowe) i niewielkiej, przelotowej puszce końcowej, którą kupiłem sobie kiedyś w bliżej nieokreślonym celu (chyba po pijaku chciałem tuningować piekarnik ale nie jestem pewien).

Na początek zabrałem stare odcięte rury i po odmierzeniu odpowiednich odległości oznaczyłem linie cięcia za pomocą taśmy papierowej:

Następnie za pomocą szlifierki kątowej obciąłem nadmiar materiału:

Później podobnie postąpiłem z dwoma kolankami, które miały wypełnić przestrzeń między starym odcinkiem i nową puszką (sporo krótszą niż oryginalna):

Oczywiście wszystkie pomiary wykonywałem na bieżąco na samochodzie – tak żeby mieć pewność, że wszystko będzie wisiało równo i prosto:

Później wystarczyło już tylko spasować rury i złapać całość za pomocą kilku punktowych spawów:

A po wyjęciu wydechu z samochodu zaspawać wszystko na cacy:

Żeby efekt był kompletny dorobiłem jeszcze dwie końcówki ze stali nierdzewnej mające wypełnić odpowiednio lukę w zderzaku:

(Na końcu wydech poszedł trochę wyżej – tutaj jeszcze na tymczasowym mocowaniu taśmą).

Korzystając z tego, że samochód wisiał już w powietrzu bez kół, zabrałem się od razu za wymianę tulei wahaczy na poliuretanowe o nieco większej twardości (założyłem, że w Skoczowie będzie trochę zabawy więc wolałem mieć dobrze spięty tył).

O tym jak wydech grał przekonacie się kiedy chłopaki skończą montować swoje filmy z imprezy. Wydech otrzymał oczywiście oficjalną Prentką homologację zapewniającą nienawiść i pogardę ze strony budzonych wczesnym rankiem sąsiadów. Ma także oficjalną nazwę handlową.

Nazwałem go „Bangzilla” i wszystko wskazuje na to, że w niedługim czasie nieco go jeszcze udoskonalę.

Podrawiam,

Tommy

17 Komentarzy

  1. L. 23 stycznia 2014 o 19:17

    Wydech spoko, ale ja z innej beczki – tylko mi się prentki blog tak beznadziejnie wolno ładuje ?

    1. Gutek 23 stycznia 2014 o 19:25

      Tak, tylko Tobie :D 

       

    2. antares 23 stycznia 2014 o 22:20

      Chyba tak. U mnie bardzo szybko i sprawnie.

      1. Tommy 24 stycznia 2014 o 11:01

        Dorzuć węgla do routera

  2. Sukuremu 23 stycznia 2014 o 21:02

    Zanim kupiłem swojego buczka, kolega złożył do niego końcowy tłumik, nazwał go wally bo tak wyglądał trzymany przez robocika :D Grał jak maszyny na wyrazowie, niestety wszyscy pasażerowie (i sąsiedzi również) stwierdzili jednogłośnie że jest to przesada, więc tylko zimą mam go włożonego. Kiedy stoi się na wprost wydechu i daje po garach uszy pękają! :> bardziej się bałem w sumie o dowód niż opinię znajomych :P

    1. Tommy 24 stycznia 2014 o 11:18

      Kiedy silnik znajdzie się w okolicach trzech tysięcy obrotów pojawia się taki rezonans, że goście przy sejsmografach w południowej Hiszpanii robią w gacie.

      Niestety jednak owy zakres obrotów to zarazem naturalny poziom pracy dla tego silnika – tak więc kiedy bangzilla jest na pokładzie, przez zdecydowaną większość czasu znajduję się w hałasie, przy którym wybuch pocisku moździeżowego przypomina coś pokroju pierdnięcia mola.

      Kiedy jechałem do Skoczowa po dwupasmówce, od tego drgania omal nie wypadły mi oczy.

      Za to kiedy przeciągnie się silnik pod czerwone pole, dźwięk zakrawa na takie porno, że można niechcący zafajdać podsufitkę.

      1. Sukuremu 24 stycznia 2014 o 11:52

        No to Wally jest o tyle fajny że buczy ale da się nim spokojnie w środku jechać (ach to wygłuszenie :D ). Dopiero powyżej 4,5 daje sie we znaki, zwłaszcza za wozem ^^  nie jest aż tak bezkopromisowy. Wiem że jest to kwestia drugorzędna w przypadku takiego popisowego wydechu, ale mocy nie ubyło/przybyło? W końcu to ważna rzecz – wydech.

        1. Tommy 24 stycznia 2014 o 12:04

          Właśnie najciekawsze jest to, że o ile wszystkie fora jak jeden mąż idealizują fabryczny układ wydechowy jako najbardziej wydajny, o tyle po założeniu bangzilli z jakiegoś powodu zacząłem bać się pedału gazu.

          To pewnie mocno subiektywne ale wydaje mi się, że silnik dużo chętniej pokonywał dolną część tarczy obrotomierza, a potem nieco wcześniej dostawał sprinterskiej zadyszki.

          Skutek był taki, że podbijając trochę gazem i lewym pedałem samochód dużo szybciej gubił trakcję.

          1. Sukuremu 24 stycznia 2014 o 12:16

            A to ciekawe bo o ile dobrze pamiętam takie rozprężenie wydechu powoduje właśnie obniżenie momentu "na dole". Ale fakt jest jeden :D subiektywnie auto ma miliard koni ^^

  3. ogienwszopie 23 stycznia 2014 o 21:14

    może nie jestem maestro spawania, ale gdy spawam wydech robię fazy właściwie przez całą szerokość ścianki, dzięki temu można położyć estetyczniejsze spawy i chwalić się żem profesjonalista

    1. Tommy 24 stycznia 2014 o 11:01

      Stary, ja nawet herbatę mieszam nie w tę stroną co trzeba…

    2. Jurek 26 stycznia 2014 o 10:38

      No właśnie. Nie żebym się czepiał, ale frezować to sobie można płyty stemplowe czy cokolwiek innego, na frezarce. A wykonanie faz ułatwiających posmarkanie w kupę dwóch kawałków rurek, to zupełnie inna para kaloszy, rzadko kiedy mająca cokolwiek wspólnego z frezowaniem ;).

      Fajne takie pseudoporadniki (czy fotorelacje, zwał jak zwał) DIY, mam nieskrytą nadzieję, że pomoże to młodym osobnikom rozwijać swoją wyobraźnię. A potem myśl przenieść w czyn. Tylko pewnie skończy się na przelocie w passacie b5 kąąąąąbi w tedeiku…

  4. mare36ks 1 lutego 2014 o 15:56

    Nic tak nie poprawia akustyki jak pusta rura prowadząca od silnika  po tylny zderzak :)

  5. Kamil 3 lutego 2014 o 12:06

    Ciekawy artykuł, chociaż z tymi punktowymi spawami obawiałbym się zbierania wydechu z ulicy za jakis  czas :D

  6. Adam 4 lutego 2014 o 22:57

    Jak ja lubie takie rzemiosło!!

  7. vigo 13 maja 2014 o 10:50

    Jest moc! :) I oto w tym chodzi, aby była frajda z jazdy :)

    Pozdrawiam.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.