Poniedziałkowy poranek.

Wychodzę z domu trzymając w dłoni sfatygowany, naznaczony wieloma rysami klucz. Nie jest to jednak jeden z tych współczesnych breloków wypełnionych bateriami, nadajnikami i innym ustrojstwem, którego działania nie jestem w stanie zrozumieć.

Wątły, ascetyczny klucz wykonany z oblanego odrobiną tworzywa metalu.

Równie skomplikowany w swej formie co warsztatowy młotek rodem z minionej epoki – idealny substytut otwieracza do piwa, którego nigdy nie ma pod ręką.

Ruszam spokojnym krokiem w stronę zaparkowanego przed bramą BMW e30. Po kilku metrach z nieba zaczynają spadać pojedyncze krople zwiastujące nadejście tej niespecjalnie wyczekiwanej, październikowej aury. W powietrzu czuć już chłód i poranną wilgoć – nieodłączne atrybuty zbliżającej się wielkimi krokami jesieni.

Dookoła mgła.

Podchodzę do drzwi kierowcy i wkładam klucz w znajdujący się poniżej klamki zamek. Przekręcam go z trudem walcząc z wyraźnym oporem starego mechanizmu.

Żadnej elektroniki. Żadnego mrugania kierunkowskazów czy bzyczenia siłowników gdy samochód wyczuje mój zapach za pomocą jakiegoś nienamacalnego protokołu rodem ze Star treka. Nic nie odbywa się bez zdecydowanego, manualnego rozkazu. Przez boczną szybę widzę, że rygiel wysunął się z otworu w tapicerce – skomplikowana operacja otwierania zamka zakończona pełnym sukcesem.

Pociągam więc za metalową klamkę i lekkie, zwarte drzwi ustępują z technicznym, analogowym kliknięciem. Swoją drogą, to cholernie miła odmiana od doskonale wygłuszonych, masywnych wrót pokrytych szczelnie plastikową tapicerką. Wypełnionych całą masą elektronicznych gadżetów – siłowników, czujników, głośników, poduszek powietrznych…

Większość z Was pewnie zupełnie nie zwraca na to uwagi, ale styl, w jakim otwierają się drzwi samochodu jest równie unikatowy co sposób, w jaki poruszają się kobiety. To zakodowana w jednym, głuchym kliknięciu informacja o tym co najpewniej spotka nas po przekroczeniu progu.

Ustawiony przed barem potykacz z wypisaną kolorową kredą listą drinków.

„Sex on the beach” – mięsiste pacnięcie drzwi nowoczesnego suva.

Albo „wódka z gorzałą” wyrażona donośnym echem rozchodzącym się po ogołoconym z tapicerki wnętrzu starej wyścigówki.

Wsiadałem już do kilkunastu różnych „e-trzydziestek” i absolutnie każda brzmiała zupełnie inaczej. Zdecydowanie miała na to wpływ ich przeszłość. Mniej bądź bardziej skrupulatnie przeprowadzone demontaże tapicerki, różne wersje wyposażenia, przeżyte naprawy i stłuczki…

Burzliwa historia samochodu odczytywana za jednym pociągnięciem klamki.

Zasiadam zatem w fotelu kierowcy, a mój 90 kilogramowy tyłek sprawia, że samochód buja się jakby przeszła pod nim sporych rozmiarów fala tsunami. Zamykając za sobą drzwi odruchowo wkładam klucz do znajdującej się po prawej stronie stacyjki. Pod palcami czuję jak nieśmiało ustępują przed nim kolejne metalowe zapadki prawie 30 letniego zamka. Przekręcam go i na desce rozdzielczej rozbłyskują kolejne czerwone kontrolki.

I jakiś dziwny, zielony pasek – oderwany od rzeczywistości równie mocno co premie w budżetówce.

Panującą we wnętrzu ciszę przerywa metaliczne rzężenie antycznej pompy paliwa znajdującej się tuż pod podłogą. Wibruje nawet nieużywana od lat popielniczka – o dziwo nie pogięta. Odczekuję, aż stary gaźnik otrzyma wystarczającą dawkę paliwa i przekręcam kluczyk w pozycję rozruchu.

Rozrusznik w radosnym, kokainowym transie kręci kołem zamachowym i po kilku sekundach silnik budzi się do życia poprychując i telepiąc się w bezołowiowym, porannym amoku. Po chwili ocucony nagłym napływem oktanów dochodzi do siebie, a jego praca staje się znacznie bardziej miarowa i przewidywalna.

Zapinam pas i zdecydowanym ruchem ciągnę do siebie znajdującą się po lewej stronie kokpitu wajchę odpowiadającą za światła. Wrzucam pierwszy bieg i powoli odpuszczam sprzęgło.

Nie ma tu wspomagania więc wymanewrowanie z przed ciasnego podjazdu kosztuje mnie ze 2 tysiące kalorii. Zadania nie ułatwia również cienkie koło kierownicy i dość szerokie opony.

I choć wszystkie te doznania są wedle dzisiejszych standardów wprost archaiczne to mają jedną, nieocenioną zaletę:

Są równie bezpośrednie co prawy prosty w twarz.

Nie ma tutaj fałszu i prób udawania, że coś nie jest tym czym się nam wydaje. Nie ma sztucznych dźwięków, masywnych izolacji i ukrywania niedociągnięć projektu pod wymyślnymi osłonami udającymi swą fakturą bardziej prestiżowe materiały.

To właśnie moje rozumienie dobrego samochodu – choć to tylko zwykły kundel, który na wszystko szczeka i potrafi bez ostrzeżenia zesrać się na dywan, to wciąż ma on swój unikalny charakter. Na każdym kroku czuć jego obecność. Głaskanie go nie przypomina gładzenia ręką tostera.

To stary grat, w który powyżej setki zaczyna wibrować tak, że przypomina wielkie, brokatowe dildo.

Owszem – elektroniczny piesek na baterie może i jest bardziej user friendly i szczeka za naciśnięciem pilota, ale nigdy nie da Wam tyle radości co ten stary, nieposłuszny skurwiel, który właśnie zjadł Wasze kapcie.

To jest właśnie to za co lubię samochody.

Loading comments...