Jak wiecie od dłuższego czasu jestem zaangażowany w akcję o kryptonimie #postępyRobię, do której zaprosiła mnie Ergo Hestia (a dokładniej Sandra i Arek, którzy za tę wesołą inicjatywę odpowiadają).

Tak tak

Saaaandraaaa!!!

No i ten… no…

Arek, czy jak mu tam… ;}

I teraz tak – przyznam się bez bicia, że z początku byłem do całej sprawy nastawiony raczej sceptycznie. Wiecie jak to z reguły wygląda – kolejna medialna akcja mająca zbawić świat, poprawić bezpieczeństwo, aktywizować mieszkańców internetów jakimś konkursem i tak dalej, i tak dalej…

Jedna z tych w rodzaju „wymyśl chwytliwy tekst, pokaż kilka beznadziejnych sloganów o jeżdżeniu z prędkością schodzącego lodowca i pozwalaniu uśmiechniętym dzieciom wrócić dziś do swoich zatroskanych matek”.

W sumie to bardziej od samej ideii, pociągała mnie po prostu możliwość odstawienia jakiegoś poronionego, typowo „prentkiego” numeru (patrzcie Homar Helmut).

Teraz jednak, kiedy z każdym kolejnym dniem wsiąkam coraz głębiej w to co robią Sandra, Arek i cała reszta zaangażowanych w ten temat osób, zaczynam naprawdę doceniać ich starania. I nie chodzi o to, że sam pomysł na akcję jest naprawdę fajny (przynajmniej z mojej, nieco koślawej perspektywy, nie wiem jak tam u Was).

Chodzi o to, że w końcu biorę udział w inicjatywie, na którą mam realny, naprawdę duży wpływ (o tym jaki będzie nieco później).

No bo nie oszukujmy się – większość propozycji współpracy, które każdego dnia wpadają na moją skrzynkę mailową (razem z zachętami do powiększenia różnych cześci ciała i zawierania małżeństw z nastoletnimi Rosjankami o zadziwiająco jędrnych biustach) wygląda jak ulotka zakładu karnego we Wronkach.

Większości nawet nie czytam, bo cholernie nie lubię, kiedy coś mi się narzuca.

To w końcu mój internetowy grajdołek i co się z tym wiąże – moje zasady.

Teraz jednak, po przebrnięciu przez początkowe ustalenia, wymagania i prośby (nuuudy), zarówno ja, jak i cała reszta biorących udział w #postępyRobię blogerów (Bartek, Albin, Michał, Magda i Marcin oraz Spalacz – kolejność przypadkowa) na serio zaczynamy wyciągać z tego wszystkiego wiedzę i doświadczenie. I co równie ważne – wkładamy w temat nasze własne pomysły.

Pozwólcie jednak, że zacznę od początku.

W ubiegły weekend, wspólnie z wymienioną wyżej ferajną zawitaliśmy do Mikołajek na małą konferencję połączoną z całodniowym upalaniem na szutrowo-asfaltowym superoesie (to powinno wyjaśnić Wam ostatni pomór na prentkim).

Tutaj duży plus dla Sandry i Arka za to, że najpierw zabrali nas na tor, a dopiero potem rozdali nam notatniki i kazali wymyślać dziwne rzeczy w sali wyposażonej w stolik z zapasem herbatników i kawy – gdyby było na odwrót, najpierw zacząłbym wymownie buczeć i chrząkać, a potem (by doraźnie pokazać zniecierpliwienie i chęć przejechania tyłem paru zakrętów) zjadłbym własne krzesło.

I teraz tak – samo zabranie nas na tor miało dwa cele. Po pierwsze miało zapewnić nam trochę rozrywki (i pozwolić nam trochę lepiej się poznać), a po drugie pokazać, że tak naprawdę wcale nie potrafimy prowadzić samochodu.

Wyszło na serio nieźle – dwa razy prawie narobiłem w spodnie i w końcu wiem jaki sweter nosi Albin.

Wracając jednak do samego jeżdżenia – na torze powitał nas Michał Kościuszko ze swoją świtą. Powitały nas też trzy dwulitrowe Peugeoty 206 polakierowane na biały kolor (wszyscy wiedzą, że białe rajdówki są najszybsze):

I jeszcze prezentacja rodem z katalogu dealerskiego:

Specjalnie dla nas przygotowano też niewielką karetkę i zapas redbulla (to drugie to akurat był średni pomysł bo po pierwszym przejeździe miałem taki poziom adrenaliny, że w zakrętach zaczynała przelewać mi się uszami). Czasy mierzyła profesjonalna aparatura z fotokomórkami i bajeranckim, ledowym wyświetlaczem:

I dużym, groźnym gościem, który pilnował żebyśmy przypadkiem nie próbowali kantować przy starcie:

Zanim jednak pozwolono nam zbliżyć się do samochodów i zaliczyć jakieś dachowanie na otwarcie dnia, musieliśmy przejść cały tor na piechotę. W czasie tego spaceru Michał omawiał nam po kolei każdy zakręt i tłumaczył dlaczego wchodzenie w niego bez hamowania jest raczej średnim pomysłem (nie, żeby mnie podejrzewał czy coś):

Później dostaliśmy jeszcze rękawice i kominiarki (kiedy zobaczyłem zaparkowane przy torze czarne BMW z łysym gościem w środku zacząłem zastanawiać się czy nie będziemy aby przypadkiem odstawiali Peugeotami jakiegoś numeru rodem z „włoskiej roboty” ale nie):

Moje 328i również przyczaiło się dyskretnie obok czerwonego Subaru i Volvo (tak – do Mikołajek dojechała aż z Bielska-Białej):

Później okazało się jednak, że balaklawę dostałem nie w celach rabunkowych tylko po to, żebym przypadkiem nie porysował kasku za pomocą mojej głupiej fryzury.

A ta, po pierwszym przejeździe wyglądała tak:

(uprzedzając pytanie – debilny uśmiech mam w standardzie).

Każdy z nas miał w sumie po 4 przejazdy, po 2 okrążenia toru w każdym. Dwa pierwsze to typowe bezstresowe zapoznanie, dwa kolejne – walka z pomiarem czasu (oczywiście zrobili nas w konia i na pierwszych kółkach również uruchomili fotokomórki). Zabawa była naprawdę przednia – Michał ułożył nam konfigurację toru w taki sposób, żebyśmy zamiast trzymać gaz w podłodze musieli napocić się kręcąc kierownicą:

Sama jazda też była spoko (na dniach powinienem mieć też jakieś wideo):

Co fajne – na prawym fotelu towarzyszyli nam istruktorzy ze szkoły Michała, którzy oprócz dyktowania trasy podpowiadali nam co powinniśmy robić inaczej (w domyśle „lepiej”):

O ile jednak z początku bałem się trochę, że będą oni pełnili role przyzwoitek karcących nasz za każde zbyt mocne wciśnięcie gazu, o tyle kiedy ja ledwie mieściłem się w szykanę z beczek z powodu przestrzelonego hamowania, a instruktor krzyczał do mnie „ogień! ogień! ogień! nie jedź jak baba!” – zupełnie zmieniłem zdanie. Z resztą – o tym, że nie było taryfy ulgowej może śwadczyć wygląd opon, po dwóch przejazdach toru:

Co więcej – początkowo obawiałem się, że ośki z ciężkim przodem (szczególnie w połączeniu z luźną nawierzchnią) będą dawać mi po pysku perwersyjną podsterownością, za każdym razem kiedy będę próbował robić te numery, do których przywykłem jako posiadacz dwóch starych beemek. Dość szybko okazało się jednak, że rajdowe Peugeoty mają tak lekkie tyłki, że dają się genialnie ustawiać hamulcem. Momentami wychodziły nam takie poślizgi, że aż mechanicy sprawdzali, czy aby na pewno z tyłu jest tylko belka, a nie zamontowany na szybko za toi-toiem dyferencjał i dwie półosie:

Niestety nie było.

W każdym bądź razie walka była naprawdę zacięta, a każde kolejne przejazdy przynosiły coraz to lepsze czasy – w końcu #postępyRobię, co nie?

Było więc sporo trzymania kciuków:

Cykanie zdjęć:

Konsultacje dotyczące toru jazdy:

I cała masa foci z rąsi:

oraz trochę humoru:

Była też przerwa na obiad:

A ponieważ wiem jak wszyscy nie lubią, kiedy robi im się zdjęcia podczas jedzenia, to specjalnie zrobiłem jeszcze kilka:

I teraz tak – o tym, że naprawdę wiele z tego „track day’a” wynieśliśmy najlepiej świadczy tabela wyników:

Zwróćcie uwagę, że praktycznie każdy z nas, z każdym kolejnym okrążeniem notował progres – i to pomimo, że z każdym przejazdem tor stawał się coraz bardziej zniszczony i rozorany. Mój numerek na liście to piątka (na trzecim przejeździe przypierdzieliłem w aż trzy pachołki – dwa razy nawet w ten sam, więc zaliczyłem dodatkowe 6 sekund kary). Okazuje się, że nie zawsze warto iść pełną bombą jak to mam w zwyczaju.

Tak więc ostatecznie dzięki dużej ilości szczęścia (a także dzięki temu, że swoimi napadami na szykany przyprawiłem Michałowi sporo siwych włosów) udało mi się wykręcić najlepszy czas.

W końcu „prentki” w nazwie bloga zobowiązuje.

Podejrzewam jednak, że gdybyśmy wszyscy przejechali jeszcze po 2-3 próby to doszlibyśmy do poziomu, w którym cięlibyśmy się już na sekundy.

Po prostu za sprawą wrodzonej niesubordynacji, nieodpowiedzialności i braku lęków trochę szybciej zaaklimatyzowałem się w kubełkowym fotelu.

I tyle.

Żeby specjalnie nie przynudzać – kilka fotek z rodzania nagród. Michał z automotiveblog.pl (3 miejsce):

Bartek z justwelldriven.com (2 miejce):

No i Tommy z najmroczniejszych czeluści internetów (ten pośrodku):

Przez cały dzień dowiadywaliśmy się jak nie powinno jeździć się rajdówką (przynajmniej ja). Na koniec zaś Michał Kościuszko pokazał nam, jak powinno się to robić (załapała się nawet Iza – nie dało się ukryć, że była z tego faktu całkiem zadowolona):

Kiedy zaś wykończyliśmy ostatnią ocalałą oponę i wyjeździliśmy ostatni litr benzyny, trzeba było posprzątać burdel, który po sobie zostawiliśmy:

Piotr po raz ostatni spojrzał tęsknie w kierunku przygotowywanych do wyjazdu rajdówek:

A następnie chłopaki zapakowali je na lawety i odjechali siną w dal (próbowaliśmy podmienić jedną na volvo ale zorientowali się bo nie było białe):

Tak więc prawie cały dzień spędziliśmy na torze co chwila dowiadując się czegoś nowego o dziedzinie, która z pozoru wydawała nam się tak jasna i klarowna. Wiem, że może to zabrzmieć pompatycznie czy pozersko, ale ja na serio wyniosłem z tych kilku głupich okrążeń znacznie więcej niż z wielu, wielu kilometrów pokonanych za kierownicą mojego BMW.

To wielka góra doświadczenia, nowych doznań i kolejnych znaków zapytania, które pojawiły się w miejscach, które (jak mi się zdawało) znałem już jak własną kieszeń.

Dzięki tej imprezie uświadomiłem sobie jak wiele jeszcze powinienem się nauczyć. I przypomniałem sobie zarazem jak cholernie fajna może być jazda samochodem. Nawet francuzem z przednim napędem.

Co więcej – po całym dniu spędzonym na torze mogłem też dorzucić swoje parę groszy do koncepcji akcji #postępyRobię.

Ale o tym powiem Wam już następnym razem.

Sandro, Arku – kawał dobrej roboty.

 

P.S. Po weekendzie w Mikołajkach wiem już chyba co zrobię z moim E30. Zdecydowanie powinienem się ubezpieczyć…