Prentki Blog Motoryzacyjny - KIA Rio
11295
post-template-default,single,single-post,postid-11295,single-format-standard,no_animation

KIA Rio

Jeśli zaglądacie na prentką twarzksiążkę to wiecie już, że ostatni tydzień zamiast w garażu, spędziłem na Cyprze.

Powiem tylko, że zajmowałem się tam głównie piciem taniego wina, robieniem kiepskich zdjęć przedstawiających namalowane na murach penisy i wchodzeniem na różne duże kamienie, na które wchodzić kategorycznie zabraniała mi Iza.

„Złaź stamtąd bo się zabijesz!” – krzyczała.
„Jeszcze Cię nie ubezpieczyłam!”
„Poczekaj aż zrobię przelew i zaraz se wejdziesz!”.

Widzicie, w zasadzie to można by potraktować ten wyjazd jako urlop ale muszę przyznać, że korzystając z okazji chciałem też poczuć się jak taki rasowy „dziennikarz” motoryzacyjny (choć w przeciwieństwie do prawdziwych dziennikarzy, wycieczkę na testy nowego modelu w egzotycznej scenerii musiałem zorganizować i opłacić sobie sam).

Do rzeczy jednak – widzicie, już planując ten wyjazd wiedziałem, że na Cyprze będzie nam potrzebny jakiś samochód.

Korzystając z okazji chciałem zatem przetestować coś, do czego w normalnych warunkach najpewniej nie miałbym okazji wsiąść. Coś ciekawego. Niszowego. Mówiąc krótko liczyłem na to, że uda mi się wypożyczyć jakiś wesoły kabriolet, coś sportowego (najlepiej z tylnym napędem bo kręte drogi) albo chociażby taką starą, przedłużaną S-klasę, którą widziałem na stronie internetowej lokalnej wypożyczalni.

Wiecie – taką wypasioną z chłodziarką na piwo i dwoma telewizorami.

Ponieważ jednak moja prestiżowa karta z Biedronki nie zrobiła należytego wrażenia na wyposażonej w panoramiczną brew pracownicy punktu car-rental, zamiast S-klasą z telewizorem i chłodziarką, z placu wyjechaliśmy wyposażoną w cztery kółka chłodziarko-zamrażarką samą w sobie.

Była to Kiła Ryjo – cała na biało.

I teraz tak (żebyście nie mieli złudzeń) – już na wstępie muszę stwierdzić, że był to najsmutniejszy, najmniej ekscytujący i najbardziej depresyjny samochód jakim dotąd miałem okazję jeździć. Serio. Poza tym zamontowana w nim klimatyzacja prawie wypaliła mi oczy.

I nie, żebym był jakiś uprzedzony bo to nowe, bo Korea, a ja mam trzy stare beemki i tak dalej.

Nie.

Jeździłem wieloma współczesnymi samochodami i wierzcie mi lub nie ale żaden z nich nie był choćby w części tak dekadencki jak ta wyposażona w gniazdko USB, kiepska alternatywa biletu miesięcznego. Nic. Co więcej – za sprawą Kiły chyba nawet polubiłem naszą Ibizę.

Aż ją normalnie dzisiaj z tego wszystkiego z czułością i sporą dozą empatii poodkurzam.

Od początku jednak. Zlokalizowana przy lotnisku wypożyczalnia, najwyraźniej nie do końca świadoma tego na jakiego idiotę trafiła, oddała mi na tydzień kluczyki do jednego z najnowszych samochodów w swojej flocie. Prentka Kiła Ryjo pochodziła z końca 2016 roku i miała niespełna siedem tysięcy kilometrów przebiegu.

Jak na moje standardy, wóz praktycznie jeszcze na dotarciu.

I teraz co ciekawe – w swojej krótkiej, choć momentami burzliwej karierze wąchałem wnętrza przeróżnych nowych samochodów. I póki co tylko KIA pachniała jak dział z plastikowymi butami w pobliskim Tesco.

Wracając jednak do samego testu – widzicie, najgorsze jest w tym wszystkim to, że ten samochód wcale nie jest brzydki. Naprawdę. Ma całkiem ładną linię, a przez fajnie narysowane błotniki i wysunięty przód wydaje się być znacznie niższy i szerszy niż jest w rzeczywistości. Wygląda trochę jak żelazko, ale dzięki temu sprawia też wrażenie całkiem szybkiego. Co więcej – ma agresywnie narysowane reflektory i wielkie wloty w przednim zderzaku.  W lusterku wstecznym przód wygląda jak mocno zirytowany szerszeń na sterydach i ryżu z kurczakiem.

Gdyby ten samochód był radioodtwarzaczem CD to naprawdę bardzo by mi się podobał.

Całkiem fajnie wygląda też deska rozdzielcza – nie jest to co prawda styl, który jakoś specjalnie do mnie przemawia, ale jak na coś, co od odkurzacza różni się wyłącznie kilkoma genami i zbiorniczkiem wyrównawczym chłodnicy, jest naprawdę nieźle.

Aż trudno uwierzyć, że tak fajnie wyglądający samochód może jeździć aż tak okropnie.

A może. Po pierwsze – silnik. Egzemplarz, który wypożyczyliśmy miał silnik o pojemności 1.3 litra. Na każde wciśnięcie pedału gazu reagował dźwiękiem sugerującym, że przyspieszanie to dla niego wyłącznie niekończące się pasmo bólu i udręki.

Sprzęgło, jedynka, gaz:

NoooooooooooooOOOOOO!!!!!!

Sprzęgło, dwójka i gaz:

nooooooooo…

noooooo…

Po jakimś czasie zacząłem wtaczać się na wzniesienia z uniesioną nogą – bo naciskając na gaz czułem się jak jakiś sadysta z taniego horroru, dziurawiący nożem odziane w kuse szorty, cycate nastolatki.

Noooooo…

Co więcej – KIA to chyba pierwszy samochód w którym kierownica w każdej możliwej sytuacji działała tak samo. Niezależnie od warunków. Nie ważne czy suniecie niespiesznie po uliczkach w centrum, czy też wpadacie w szybki, trójkowy łuk tak, że aż płoną opony – w każdej z tych sytuacji kierownica pracuje z takim samym oporem i przekazuje tyle samo informacji z drogi (czyli, że nie przekazuje ich wcale).

Zupełnie jakby przednie koła przez cały ten czas wisiały w powietrzu.

Podejrzewam, że gdybym wpadł w podsterowny poślizg, dowiedziałbym się o tym dopiero w chwili, kiedy monobrwiowa anestezjolog z pobliskiego szpitala wybudziłaby mnie ze śpiączki farmakologicznej po tym, jak wbiłem się przodem w jakieś przypadkowe drzewo.

W zasadzie zastrzeżeń nie miałem chyba tylko do hamulców – ale możliwe, że to dlatego, bo z powodu nastawionego negatywnie do swojej pracy silnika w ogóle nie musiałem ich używać. Sprawę załatwiała siła grawitacji i opór powietrza.

Widzicie, tu nawet nie chodzi o to, że to auto jest jakieś szczególnie złe. Ono jest po prostu okrutnie nijakie. Bezpłciowe. Mdłe. Jest jak niedosolone ziemniaki. Albo rozwodniona, na wpół zimna herbata bez cukru.

Owszem – odpala na dotyk, jest ciche, ekonomiczne, a do tego skręca, jeździ i hamuje jak samochód. Problem jednak w tym, że robiąc to nie wzbudza we mnie najmniejszych emocji.

Najmniejszych.

ZERO.
RADOŚCI.
Z
JAZDY.

Zero.

Pomyślcie, że zjeżdżając krętą, górską drogą z klaszotru Stavrovouni do wsi Pirga, po raz pierwszy w życiu ucieszyłem się gdy w końcu skończyły się zakręty.  Na boga – czułem się zmęczony koniecznością pokonywania świetnie wyprofilowanych łuków na pustej, biegnącej na zboczu drodze. To tak, jakby człowieka zaczął męczyć seks z wygimnastykowaną, napaloną nimfomanką-nastolatką.

Taką z fajnymi cyckami.

Takie rzeczy nie powinny się dziać.

Takie rzeczy nie mają prawa się dziać.

Co więcej – jeśli takie rzeczy się dzieją to trzeba natychmiast udać się do lekarza, a nie tłumaczyć sobie, że to dobre, bo przynajmniej nie trzeba wydawać tyle kasy na alkohol i gumki.  Widzicie, moim zdaniem takie samochody to takie podcinanie jajek z doczepionymi pospiesznie kółkami. Eutanazja. Pomyślcie o tym w ten sposób – w niedzielny poranek możecie przyrządzić tosty francuskie i bekon, pokroić świeże owoce i zaparzyć aromatyczną kawę. A potem zjeść niespiesznie śniadanie z ukochaną osobą, siedząc na balkonie albo w ogródku i delektując się promieniami wiosennego słońca. Ciepłym wiatrem i  śpiewem ptaków.

Możecie też wstać i bez specjalnego zamysłu opierdolić zeschłą bułkę z pasztetową siedząc w ciemnym pokoju i popijając całość wygazowanym szłepsem z plastikowej butelki.

W tym drugim wypadku również zjecie śniadanie. Będzie to wymagało od Was znacznie mniej pracy i zaangażowania, a również zaspokoicie swoje potrzeby.

I podsumowując – KIA Rio w taki sam sposób zaspokoi Waszą potrzebę posiadania samochodu.

31 Komentarze
  • Jakub - Kwiecień 3, 2017

    Jeździłem kilkukrotnie Kią Picanto z 2012 i potwierdzam – zero kontaktu z kołami, jak wjeżdżałem na Biały Krzyż od strony Wisły to nie wiedziałem co się dzieje. Nawet nie wspominam o potężnym silniku 1.1 który po prostu… był. Takie plastikowe pudełko z kierownicą do przemieszczania się z punktu A do punktu B, do miasta może i fajne ale osobiście już wolałbym rower.

    Później przesiadałem się z ulgą do starej wysłużonej Corsy B z wolnossącym klekotem 1.7 bez wspomagania i wąskich gumach, gdzie każdy kilometr przeszywał Cię na wskroś i po chociaż krótkiej przejażdżce wysiadałem zmęczony tym łomotaniem i huczeniem. Ale przynajmniej wiedziałem co się ze mną działo przez ten czas, i o dziwo – po kilku ładnych latach jazdy tym samochodem naprawdę dało się tym fajnie jeździć.
    Jakby ktoś chciał doświadczyć tego samego co ja to zapraszam – Corsa czeka na nowego właściciela, na swój Final Trip (taka kryptoreklama).

    • Tommy - Kwiecień 4, 2017

      Zastanawiałem się jeszcze, czy to może wina tych ekologicznych, bezglutenowych opon ale utwierdziłeś mnie w przekonaniu, że chyba jednak nie.

      Co do Corsy – zapomniałeś zacząć od „Sprzedam Opla”.

      Bez sprzedam Opla się nie liczy.

      • Jakub - Kwiecień 4, 2017

        Jakbym zaczął od „Sprzedam Opla” to byłaby to czysta reklama + jakieś tam wrażenia z jazdy.
        A tak jest kryptoogłoszenie ;)
        Ale racja, tak to może byłby większy odzew.

        Picanto też miało/ma cienkie gumy, ale tutaj chodzi raczej o układ wspomagania – kręcisz właściwie bez żadnych oporów.

  • jonas - Kwiecień 3, 2017

    Ha, czyli to nie ja jestem jakiś dziwny, tylko te z wypożyczalni tak chyba mają.
    Wybierając się kiedyś na pewną ciepłą wyspę z wulkanem i paroma innymi ciekawostkami zarezerwowałem Fiata 500, słusznie zakładając, że ja, żona i plecak z wodą, mapą oraz aparatem nie potrzebują niczego większego. Na miejscu okazało się, że wszystkie 500 wyszły czy tam wyjechały i w związku z tym podstawią mi Opla Astrę z nowoczesnym ekozielonym 1.4 turbo, 5000 km przebiegu i sześcioma miesiącami stażu pracy. Oplami nie jeździłem za dużo, najwięcej służbowym traktorkiem Combo 1.7 DI czy co to tam było, wnętrza depresyjne jesienną chandrą i mówiące jasno, że jeśli wydałeś na to własne pieniądze, to znaczy że umarłeś dawno temu, a teraz siedź spokojnie i czekaj na akt zgonu. No ale pożyczony na kilkanaście dni to nie kupiony, pośmigamy, postaramy się nie rozbić i może będzie fajnie. Nie było.
    Do rzeczy – Astra miała gabaryty i zwinność szesnastoosobowego pontonu, idiotyczny silnik i jeszcze głupszą skrzynię biegów. Pagórkowatość wyspy sprawiała, że pod wiele wzniesień cisnąłem na jedynce bo inaczej krztusiło się i gasło, a co ciaśniejsze łuki pokonywałem na dwa razy, budząc wesołość tubylców. Były też jakieś inne biegi – piąty nadawał się do jeżdżenia po autostradzie (bo i taka była na wyspie) i wsteczny żeby przejechać łuk na dwa razy, dla reszty nie znalazłem zastosowania. Wnętrze rozplanowane beznadziejnie, bagażnik symboliczny (akurat na plecak), jakiś piszczący natrętny telewizorek między zegarami. Ignorowanie go przychodziło z łatwością, bo obwieszczał coś po hiszpańsku, a ja umiem w tym języku tylko „job twoju mać”, co znaczy „pokój tobie”. Klimatyzacja działała sprawnie, ale to w XXI wieku żadne osiągnięcie. Okienka boczne i tylne wielkości otworów strzelniczych w średniowiecznej baszcie, słupki grubaśne, w nikogo nie przywaliłem ale do tej pory nie wiem, kto ich wszystkich uprzedził, że jadę na wpół ślepy.
    Najgorszy samochód jakim do tej pory jeździłem, nie miał absolutnie żadnych zalet. To już moje stare parchate Seicento miało ich sporo, choćby zwrotność marketowego wózka na zakupy czy części dostępne w sklepach „Wszystko po 4,50”.

    • Tommy - Kwiecień 4, 2017

      Wygląda na to, że cała branża moto idzie to w tę stronę – wszystko ma się prowadzić w jednolity, ustalony odgórnie, bezpieczny i komfortowy (czytaj: okrutnie bezpłciowy) sposób, a cała indywidualizacja modeli ma się skupiać na zamawianiu akcesoryjnych naklejek i lakierowanych na dziwny kolor lusterek bocznych.

      Jeśli tak to ma wyglądać, to sorry ale ja się z tego całego postępu wypisuję.

      • jonas - Kwiecień 4, 2017

        Dla zdumiewająco wielu osób samochód to taki sam sprzęt jak powiedzmy pralka, odkurzacz czy zmywarka. Pralka ma zużywać mało wody i proszku, dopierać gacie, nie szpecić łazienki i się nie kaszanić. Samochód ma zużywać mało paliwa, docierać gdzie trzeba, nie szpecić parkingu/garażu i się nie kaszanić. Pojemność silnika? Charakterystyka mocy i momentu? Napędzana oś? Cóż, ten typ ludzi nie wyklucza, że są gdzieś w mrocznych zakątkach Internetu miejsca dla zboczeńców i dziwaków, wymieniających się takimi informacjami z wypiekami na pryszczatych twarzach. Tak samo jak na pewno jest jakieś forum dla kolesi rozbierających swoje pralki dla zabawy, podmieniających silniki na cichsze lub mocniejsze, takich którzy wiedzą jakiej firmy mają elektrozawory w tej pralce i dlaczego model X nie dopiera dżinsu, a model Y wełnę srodze mechaci.

        To nie jest tylko wina konsumenta. Wielu producentów podaje w cennikach pozycje typu „diesel 110”, „diesel 90”, „benzyna 120”, liczbami oznaczając moc silnika, czasami jeszcze pojemność oraz emisję czegoś tam co zabija małe foczki ze względu na ubezpieczalnie i tyle by było technikaliów dotyczących silnika. Po co się wysilać, dla tych paru zboczeńców co rozbierają szajs na części i nie daj planowana nieprzydatności jeszcze coś naprawią samodzielnie?

        • Tommy - Kwiecień 5, 2017

          Wiesz – ja to wszystko rozumiem. Dziwię się po prostu ludziom, że idą na łatwiznę w coraz to większej ilości dziedzin, zamiast wziąć na barki trochę wysiłku i zwyczajnie z tego życia „pokorzystać”.

          Posmakować. Celebrować proste, codzienne rytuały, a nie lecieć przez kartki w kalendarzu na autopilocie jak jakieś głuchonieme na wszystko zombie.

          Bo jeszcze nie daj boże się przy tym spocisz, albo coś Cię zestresuje…

  • Marcel - Kwiecień 4, 2017

    dałeś sobie wcisnąć zepsuty samochód! przecież kierownica nie może być z prawej strony, to nie po bożemu…

    • Anonim - Kwiecień 4, 2017

      Przecież to tylko zdjęcia tak artystycznie obrobione lustrzanym odbiciem, żeby nie było że jakiś cham i prostak na ten Cypr pojechał. Nikt normalny by po złej stronie drogi nie jeździł, no we no.

      • Tommy - Kwiecień 4, 2017

        Zdjęcia to zasługa mojego apartu (ma taki specjalny tryb AUTO do fotografowania aut).

      • Marcel - Kwiecień 4, 2017

        też tak sobie to tłumaczyłem, ale moja nadzieja prysła jak przyjrzałem się skalowaniu licznika… no chyba że Koreańczyki celowo zrobili to na odwrót, żeby po artystycznej obróbce lustrzanym odbiciem wyglądało jakby skalowanie zrobione było prawidłowo…
        ale tu pojawia się kolejna wątpliwość: czy ktoś widział żeby Prentki jechał 50 kmph?????
        pewnie leciał ze 150, a po odwróceniu zdjęcia nie ma dowodów, że jest piratem i Cypryjska milicja może mu… ten tego.

        • Tommy - Kwiecień 4, 2017

          Jechałbym szybciej, ale to było wszystko co dało się wycisnąć z tego silnika (praktycznie non-stop trzymałem pedał gazu wgnieciony w podłogę). Serio. Miejscami na stromych podjazdach musiałem nawet redukować do jedynki.

          A nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej musiał redukować do jedynki – i to pomimo, że przez parę lat jeździłem 50 konną fiestą 1.1.

          P.S. Zauważyliście, że wskazówka prędkościomierza w Ryjo wygląda jak miecz He-Mana? Wiedziałem, że gdzieś już widziałem ten kształt.

          • Marcel - Kwiecień 4, 2017

            pewnie byłoby szybciej gdybyś wyłączył klimę… i radio… i światła… i silnik… ;)

            P.S.: miałem to samo pierwsze skojarzenie… ale drugie było jeszcze lepsze – trumna dla bardzo wysokiego człowieka… trzeciego nie podam, bo zaraz zjawią się panowie z białym ubrankiem o bardzo długich rękawach…

  • radosuaf - Kwiecień 4, 2017

    „był to najsmutniejszy, najmniej ekscytujący i najbardziej depresyjny samochód jakim dotąd miałem okazję jeździć” – Oplem kiedyś jechałeś? :D
    Aż dziwne, że potem wsiada się do pucharówki Ceed tej samej firmy i odczucia nieco inne :).

    • Tommy - Kwiecień 4, 2017

      Właśnie to jest w tym wszystkim najciekawsze, bo pokazuje jak niewiele trzeba, żeby popsuć potencjalnie fajny samochód (i analogicznie, żeby poprawić niespecjalnie dobry). Pucharowy Ceed miał tylko mocniejszy silnik, luźniejszy wydech i zawieszenie na partach H&R. No i oczywiście sporo kilogramów mniej na pokładzie – i to już wystarczyło, żeby w zakręty pakował się z wyczuwalną nadsterownością, a nie zachowywał się jak babcina wersalka.

      Serio – Jeśli chodzi tylko o samo prowadzenie i zachowanie na drodze to Ceedem jeździło mi się mega fajnie, podczas gdy w Rio przeżywałem traumę w najczystszej postaci.

      Co więcej – Ceed, w przeciwieństwie do Rio nie trącił tak badziewiem (choć jak podejrzewam wcale nie był lepiej wykonany czy znacząco droższy). Miał normalne, moim zdaniem całkiem fajne zegary (bez wskazówek imitujących miecze He-mana), a deska nie wyglądała jak tani pojemnik na drugie śniadanie. Nie miał badziewnego panelu w wysokim połysku, a sportowa kierownica była o niebo lepsza niż plastikowy syf z trzeszczącymi pod palcami przełącznikami z Rio.

      Moje zdanie? Jak chcesz zbudować tani i fajny samochód to po prostu zbuduj sobie wyścigówkę.

      • radosuaf - Kwiecień 4, 2017

        Jak Ty się chcesz wypowiadać na temat wnętrza wersji cywilnej po tym, co widziałeś w pucharówce? :) Zniszczyłeś mi system :D.
        Tak czy owak, zwycięzcą internetów zostaje dzisiaj:
        http://poscigi.pl/index.php/wypadki/9411-trzy-bmw-rozbite-w-zielonej-gorze-kierowca-pod-wplywem-marihuany
        Zlot BMW. Koleś rozbija 2 inne bety. Jest naćpany. Nie ma papierów. Brakuje mu pewnie trójkąta albo gaśnicy. Zabierają mu prawko. Tyle wygrać :). Brzmi jak żart, ale to prawda :D.

        • Tommy - Kwiecień 4, 2017

          Zwróć uwagę, że wypowiadam się o desce, a nie o całym wnętrzu ;) Ceed miał normalnie wyglądającą dechę i zegary. W Rio oczy łzawiły od samego patrzenia na te luksusowe materiały i wskazówki z epoki wczesnego, posępnego czerepu.

          Co do BMW – wiem, że jestem przygłupi ale to już jest level, o którym nawet mi się nie śniło :D

          • radosuaf - Kwiecień 4, 2017

            W sumie to nie dałeś zdjęć deski (ale dałeś zdjęcie Izy, więc w sumie na plus :), więc musiałem poguglać i faktycznie jest tak sobie, ale nie przebiją zegarów z Fiesty:
            http://cdn2.autoexpress.co.uk/sites/autoexpressuk/files/styles/gallery_adv/public/ford-fiesta-ecoboost-9.jpg
            Tego chyba już nic nigdy nie przebije…

            • Tommy - Kwiecień 4, 2017

              Zdjęcia są – zerknij w galerię gdzieś w połowie wpisu ;)

              Co do Fiesty – osobiście powyżej 140 kilometrów na godzinę zrobiłbym już prostą linię ;D

              • radosuaf - Kwiecień 4, 2017

                Ano fakt, są. Nie żebym się czepiał Twoich zdolności fotograficznych, ale głównie tekst czytam, to mogły mi umknąć ;).
                To sobie wyobraź taką Fiestę wolnossącą 1.25 o mocy 60 KM na górskich serpentynach Czarnogóry :). W tym na drodze Cetynia – Kotor (w większości zestawień Top 10 najlepszych tras w Europie się plasuje). Na szczęście jechałem w dół, a układ kierowniczy jest taki sam we wszystkich wersjach, więc dopóki nie dogoniłem jakiejś marudy w Mercedesie, było całkiem fajne :).
                Inna sprawa, że „piątkę” przez tydzień wrzuciłem może kilka razy…

                • Tommy - Kwiecień 4, 2017

                  Nie żebym umiał robić zdjęcia ale rozumiem ;)

                  Co do Fiesty – niewielka moc jest jeszcze ok, jeśli auto fajnie się prowadzi. W sumie dobrych kilka lat kulałem się Fiestą mk3 o mocy 50 koni i wspominam to całkiem miło (nawet dziś zdarza mi się nią kulać i jest całkiem spoko). Najgorzej kiedy auto ani nie jedzie, ani się nie prowadzi – wtedy jest kiła.

                  • radosuaf - Kwiecień 4, 2017

                    Kurde, jest różnica między 50 KM przy 850 kg, a 60 KM przy 1050 kg :).
                    Ja miałem pierwsze Clio z silnikiem 1.2 i szło jak złe – ale też ważyło toto jakieś 800 kg…

                  • radosuaf - Kwiecień 4, 2017

                    Dodatkowo, te starsze 8-zaworowe silniki są żwawsze na dole i przyjemniej jeżdżą.

  • Iron - Kwiecień 7, 2017

    Tommy, czasami trzeba spojrzec z szerszej perspektywy. Nie dla wszystkich auto ma znaczenie. Duza czesc ludzi ma w nosie czym jezdzi, tak po prostu i zwyczajnie, wsiada, jest ster i pedaly i jedzie. Wszystko.
    Za to inne dziedziny traktuja jak ty samochody, nie wiem, np jaraja sie podkrecaniem i7 aby tylko maxxmem albo superpi wyszlo lepiej o 0,2s niz poprzednio i wtedy sie dziwia ze tak malo ludzi zajmuje sie oc, a to przeciez clou istnienia.

    • Tommy - Kwiecień 7, 2017

      Właśnie patrzę szerzej – już pomijam zboczenie polegające na pragnieniu posiadania czegoś, w czym trzeba dłubać itd. Spójrz na ten samochód jak na jakiś mebel, albo inne wyposażenie domu, z którym stykasz się na co dzień.

      To jakbyś szukając zestawu kina domowego do salonu kupił coś, co wygląda jak badziewnie wykonana replika ze Star-Treka z krzywo połączonego, trzeszczącego pod dotykiem plastiku.

      Do tego ten sprzęt generuje dźwięk płaski jak chińska lekkoatletka.

      Serio – jest tyle przeróżnych alternatyw, a ktoś wybiera taki (wcale nie tani) zestaw „bo przecież to nowe kino domowe, a ja nie jestem jakimś purystą”. I potem każdego dnia jesteś skazany na obcowanie z tym szajsem choć nie płacąc wcale więcej mogłeś wybrać coś, co wygląda znacznie lepiej i brzmi tak, że podczas słuchania koncertu na Mezzo, wyczajnie robi się cieplutko na sercu.

  • Iron - Kwiecień 10, 2017

    Po czesci tak, co prawda nie znam ceny tej kijanki, niemniej kiedys byly tanie. Teraz tp moze tylko tata i ssamsam czy tez ssanyoung jak niektorzy mowia sa tansze. A czesto cena jest wazniejsza, nie wiem dlaczego ale pokutuje w nas jako ludziach jakas taka przewaga nowego, nawet jesli to shit to nowy, druga strona to cena wlasnie. Zwykle max zdolnosci kredytowej to wlasnie takie shitowate auto. Ale nowe, nowe, z gwarancja (w razie czego naprawia za darmo, ale jakos nikt nie patrzy ze ta darmowa naprawa to napompowanie kola jedynie, bo za reszte trzeba zaplacix) i sie kreci produkcja takich aut.

  • Dariusz - Kwiecień 20, 2017

    Genialny tekst. Uśmiałem się jak nigdy. Nimfomanka-nastolatka i monobrwiowa anestezjolog, you made-my-day. Lekkość waszego pióra i ciężkość KIAnki zaowocowały świetnym wpisem. Oby tak dalej, a Blog ląduje wśród kart startowych w przeglądarce. Czekam na kolejne wpisy

  • Gregor - Maj 5, 2017

    Szkoda, że takich testów nie ma w tych programach motoryzacyjnych, tam każdy testowany samochód jest wart zakupu a nikt nie odważy się powiedzieć, że to auto jest do d…. i nie warto na nie nawet spojrzeć.

    • Tommy - Maj 5, 2017

      Wiesz – to wbrew pozorom nie jest takie proste.

      Jeśli zjedziesz z góry na dół jakiś model to w zasadzie możesz zapomnieć o tym, że dostaniesz od jego producenta cokolwiek innego do testowania. Czarna lista i koniec. Zostanie Ci wtedy wypożyczanie wozów przez słupa, albo szukanie kogoś znajomego, kto mógłby Ci takiego użyczyć – a w takim układzie nie masz co liczyć na darmowe paliwo, ściągawki z co ciekawszymi informacjami, dodatkowy budżet na relacje, czy darmowe wycieczki w jakieś ciepłe miejsca, bo premiera nowego modelu ;)

      Mało który dziennikarz moto może sobie pozwolić na podgryzanie ręki, która go karmi ;)

  • Jack - Lipiec 5, 2017

    Fajny tekst :) i czytało się go z przyjemnością ale nie do końca zgadzam się z opinią, że jest to auto nadającec się do zepchnięcia ze skarpy…Każdy samochód ma jakąś grupę docelową, która dysponuje jakimś tam budgetem… Rozumiem, że producent mógł zrobić więcej a nie zaklinać rzeczywistość i używać najtańszych materiałów aby było jak najtaniej ale nie zrobił tego bo wie, że do jego samochodu nie wsiądzie ktoś kto lubi i gostać na jakość bijącą z każdego chromoanego detalu zmontowanego w jakosci zegarków Omega :) Sam chciał bym np. latać w klasie biznes z własną kabiną do spania gdzie każdorazowo czeka na mnie nowa piżama a obsługa przykrywa kołderką :) i śpiewa kołysankę w wybranym języku. Niesty moja karta płatnicza pozwala na ekonomiczną i cieszę się jak jakiś grubas zrządzeniem losu nie złoży swojego waleniowatego ciała na miejscu obok…Zawsze zadaję sobie pytanie dlaczego ludzie z zasobnym portfelem kupują nowe wyczesane fury (pomijam czy na firmę czy nie) przecież kupno nowego to strata już w momencie opuszczenia salonu, czyżby byli tak głupi ?? Rozwiązaniem tej tajemnicy jest dość proste…ich na to stać…
    Dlatego wracając do poprzedniego wywodu możemy wylać na każde auto wiadro słusznych pomyj ale o zgrozo jeździmy tym na co nas stać… Wybacz za takie stwierdzenie ale wypożyczalnie z dziką przyjamnością wypożyczą coś z czego żal będzie wysiadać ale do tego potrzeba czegoś wiecej niż karda z biedry…
    Powodzenia

Dodaj komentarz:

Chrupki sponsoruje:

Prentki na instagramie:

Archiwum wpisów

#postępyRobię bezpieczeństwo blog bmw cabrio czas wolny e36 escort facet felgi felieton fotorelacja garaż hobby jazda kobieta konkurs lakierowanie maluch marzenia motoryzacja mężczyzna naprawa odbudowa pasja poradnik prentki przepisy radość remont samochody samochód silnik test trening tuning wybór zabawa zdjęcia życie