Liczby są jak wynalazca piwa bezalkoholowego – złe,  pozbawione uczuć i choćby resztek empatii. W przeciwieństwie do liter nie wyrażają emocji… Nie potrafią zobrazować uczuć, ani naciągnąć nieco swoich reguł dla czyjegoś dobra… Liczby nie są zabawne. Nie opowiadają dowcipów, nie tworzą rymów… Nie są przekazem naszej wyobraźni.

One nie malują – one drukują rzeczywistość.

I nie mówię tego tylko dlatego, że moja nauczycielka matematyki miała wąsy i uważała mnie za debila. Zastanówcie się sami – numery NIP, daty urodzenia, wartość debetu na koncie… Cena cukru, kurs franka i średnie spalanie. Kolejne uciekające minuty, wydane złotówki…

To wszystko jest złe.
Bezduszne.

Ale pewnie zastanawiacie się skąd u mnie takie przemyślenia – otóż widzicie, podczas jednej z tych przełomowych wizyt w toalecie zwróciłem uwagę na fakt, że mój samochód jest dziełem zaawansowanej techniki.

Nie ukrywajmy tego – nie zbudowała go banda hipisów malujących na drzewach pacyfki kolorowymi farbami czy grupa uzdolnionych wokalnie lesbijek.

Stworzyli go ludzie, którzy uważają, że założenie kolorowej koszuli jest czymś równie szalonym co dajmy na to wysłanie kota sąsiada w kosmos przy pomocy opakowania pianki do golenia. Ludzie, którzy w drodze do pracy słuchają od dziesięciu lat tej samej płyty Spice Girls, i którzy w swoich forumowych nickach mają liczby kompletnie nie powiązane z ich datą urodzenia.

Gość pracujący dla BMW, który po pracy loguje się na forum fanów Star Wars jako aanakin_08453 zajął się opracowaniem silnika i układu przeniesienia napędu, a masterY7643 obliczył jaką grubość musi mieć ramię wahacza, żeby wytrzymać działające nań siły. A do tego obaj w swoich wypowiedziach nadużywają terminu „zrównoważony” co jest co najmniej okropne.

Ale pomimo, że mój samochód stworzyły komputery i jajogłowi to jednak posiada on cechy, których matematyka nie jest w stanie objąć swoimi chłodnymi, skostniałymi, odzianymi w stary wełniany sweter ramionami.

To wyjątkowo epicki samochód.

Ostatnio bez wyraźnego powodu zacząłem śledzić jego dane techniczne. Przyspieszenia, masę, moment obrotowy i inne, których pełno jest w gazetach zalegających na kioskowych witrynach. Średnie spalanie, prędkości na poszczególnych biegach i ilość litrów w bagażniku.

N-u-d-y.

Po pięciu minutach czytania tej szmiry czułem się jak za dawnych lat – tuż pod koniec niedzielnej mszy. Zdołowany, zanudzony i marzący tylko o jak najszybszym zakończeniu tej farsy.

A jednak niektórzy ludzie przykładają do tych tabelek niezwykłą wagę. Potrafią godzinami opowiadać o tym ile ich samochód ma koni mechanicznych, litrów i centymetrów sześciennych. Tworzą przemówienia o tym ile „niutonów” zyskają po „czip tuningu” i że po założeniu nowego stożka ich hitlerwagen przyspiesza do setki o zero koma siedem sekundy szybciej. Podają z dokładnością do piątego miejsca po przecinku w ile ich wóz „robi ćwiartkę” i ile eurogąbek kosztował ten importowany z wysp zielonego przylądka dedykowany układ dolotowy firmy K&N.

Nie żebym się czepiał, ale postanowiłem nieco zobrazować Wam jak to wygląda w moich oczach.

A więc wyobraźcie sobie parę spędzającą wakacyjny, letni wieczór w uroczej knajpce gdzieś nad brzegiem morza. Wyobraźcie sobie przystojnego bruneta podczas kolacji z najpiękniejszą kobietą świata – kolacji spędzonej przy szumie fal, blasku świec i lampce wyśmienitego wina.

W tle sączy się ospale Sting i jego „When we dance”, a wieczorny wiatr muska jej włosy swoim delikatnym, letnim dotykiem…

Spoglądacie na nich z pewnej odległości i macie wrażenie, że to najszczęśliwsza para pod słońcem. Ona uśmiecha się przez cały czas, a on opowiada jej coś z takim zapałem, że jego oczy nieomal płoną w blasku migoczących na wietrze świec… Ona patrzy na niego ze słodkim uśmiechem i delektuje się cudownym aromatem lokalnego wina. Podchodzicie zatem nieco bliżej, aby jeszcze bardziej nacieszyć się ich widokiem.

I wtedy docierają do Was słowa, które ów mężczyzna wypowiada.

„No bo wiesz, cztery giga ramu to w sumie spoko, ale mam to taktowane na tysiąc trzydzieści trzy megaherce. No więc myślę, że jak to podepnę pod dwurdzeniowy procesor i grafikę na pięćset dwanaście ramu to mu FPSy nie będą spadać poniżej sześćdziesięciu przy tej gierce”

Czar prysł?

W życiu potrzebna jest odrobina finezji – nawet jeśli ma ona dotyczyć tematów tak przyziemnych jak samochód. Jeśli Wasza miłość do samochodu zamyka się w przeglądaniu tabel z osiągami i zachwycaniu się, że Wasz jest szybszy o dwadzieścia trzy kilometry na godzinę niż ten sąsiada to szczerze Wam współczuję.

Oznacza to bowiem, że kompletnie nie pojmujecie tego, co staracie się kochać.
To może i działa jeśli chodzi o kobiety, ale w przypadku samochodu jest zupełnie do bani.

Czasami zachowuję się dziwnie… Ostatnio na przykład usiadłem na stercie starych opon z butelką dietetycznej coli w dłoni i przez dobre pół godziny po prostu patrzyłem sobie na to stare BMW. Nie analizowałem, nie szukałem rys czy elementów, które można by jakoś poprawić.

Nie.

Po prostu sobie patrzyłem. I doszedłem do wniosku, że ta staruszka jest naprawdę cholernie piękna – pomimo, że zbudowano ją z blachy, zer oraz jedynek. Muszę przyznać, że to patrzenie było samo w sobie fajne – przez kilka godzin mocowałem się z układem wydechowym, a potem po prostu usiadłem na oponach i oparłem się wygodnie o starą, brudną ścianę…

I patrzyłem.

Trudno odpowiedzieć na pytanie co tak właściwie sprawia, że ten temat tak bardzo mnie pociąga. Dlaczego jestem skłonny poświęcać tyle czasu na babranie się w garażu w smarze, lakierach i benzynie. Czemu tak naprawdę wolę dokręcać jakieś śruby i nakrętki , a nie po prostu jak normalni ludzie usiąść na kanapie i obejrzeć jak Hanka Mostowiak ginie po uderzeniu z prędkością topniejącego lodowca w stos pustych pudeł.

Ale kiedy tak siedziałem i patrzyłem sobie na to BMW – w końcu znalazłem odpowiedź na to niezwykle istotne pytanie.

Jednak nie pamiętam jak ona brzmiała bo chwilę później zacząłem zastanawiać się czy taki fotel zrobiony ze starych opon pasowałby do salonu i gdzieś mi to umknęło.

Naprawdę bawię się tym samochodem.
Jak mały chłopiec swoją wyścigówką burago…

2 Komentarze

  1. Wojtek 27 września 2012 o 03:20

    Widzisz Tommy, odpowiedz na to pytanie jest niemożliwa, równie niemożliwa jak zrozumienie tego jak facetowi może podobać się drugi facet  a co gorsza może chcieć iść z nim do łóżka ?! 

    Dla niektórych to co kochamy to tylko kupa blachy i innych smarów które tylko powiększajądziure ozonową a dla innych to żyjące istoty …. Jak kobiety ;)

  2. pieklonakolach 26 maja 2015 o 12:32

    Myślę, że panowie Jung i Freud mogliby na pewno coś powiedzieć na temat tego, że żona po raz kolejny nakrywa mnie na „znowu gapisz się na samochód”.
    Nic nie poradzę, że w 1700kg metalu, szkła i plastiku ktoś zamknął duszę. Nie każdy jednak jest w stanie to dostrzec.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.