Nie jestem człowiekiem kulturalnym.

Teatr telewizji uważam za okropną szmirę, a Picasso kojarzy mi się bardziej z modelem Citroena niż prekursorem kubizmu. Zdarza mi się dłubać w nosie kiedy prowadzę samochód, nie mam pojęcia co obecnie wisi na ścianach w miejskiej galerii sztuki, a jeden z moich ulubionych filmów to „Nico – ponad prawem”, który jest równie wartościowy merytorycznie co wypowiedzi minister sportu.

A, i jeszcze to – nie mam zielonego pojęcia w jakich kieliszkach powinienem podać gościom do obiadu wino, żeby nie chichotali szyderczo za każdym razem kiedy sięgam po butelkę.

Niemniej jednak nawet taki prostak jak ja przestrzega pewnych reguł. Owszem – gdybym znalazł się na jakiejś eleganckiej gali to pewnie wywalili by mnie stamtąd po dziesięciu minutach po tym jak zacząłbym upychać po tajniaku homary do kieszeni mojej studniówkowej marynarki.

Mimo wszystko pielęgnuję pewne podstawowe zachowania, które w mojej ocenie mówią o człowieku więcej niż materiał, z którego zrobione są dywaniki w jego samochodzie. Kiedy z kimś się witam zawsze podnoszę swój tyłek z fotela – choćby nie wiem jak bardzo by mi się nie chciało. Kiedy podaję komuś dłoń zawsze patrzę tej osobie prosto w oczy, a nie gapię się na swoje brudne buty niczym nieśmiała dziewczynka.

Kolejna sprawa – preferuję silny i zdecydowany uścisk dłoni, a nie zniewieściałe macanie, które do naszej kultury wprowadzili ludzie noszący spodnie na wysokości kolan.
Nie po to bóg dał mężczyznom silne ręce żeby smyrali się nimi jak nieśmiałe niewiasty.

To naprawdę dziwne, że wzorce męskich zachowań towarzyszące nam od tysięcy lat znikają dziś szybciej niż pieniądze z konta.

Ale powiem Wam co najbardziej mnie drażni… Jak już kilka razy wspomniałem często sobie biegam. Tu i tam podskakuję sobie niczym sarenka, której ktoś dosypał garść psychotropów do paśnika. Mam nawet swój ulubiony odcinek drogi prowadzący od położonego tuż za ostatnimi zabudowaniami Straconki źródła z lodowatą wodą ku brukowanemu parkingowi leżącemu na szczycie przełęczy Przegibek – kilka kilometrów dalej i kilkaset metrów wyżej.

Biegam tą trasą od około dziesięciu lat i nadal sprawia mi to tyle samo radości co na początku.
(jeśli kiedyś spotkacie tam żula w czarnych spodenkach odpierającego zawzięcie za pomocą patyka ataki próbującej go wyprzedzić grupy rowerzystów – to ja).

Ale wracając do tematu – w tej miłości do wspinającej się wśród lasów i gór drogi nie jestem wcale odosobniony. Tę malowniczo położoną i dość wymagającą trasę upatrzyli sobie bowiem zarówno inni fani porannego zdzierania podeszw jak i odziani w niepokojąco obcisłe stroje ludzie na rowerach.

I teraz spróbujcie pojąc mój punkt widzenia.

Kilka razy w tygodniu zakładam te moje dresowe spodnie, adidasy i bawełnianą koszulkę. Nie ma większego znaczenia jaka panuje temperatura, czy dżdży i co akurat leci w telewizji. Na szczycie przełęczy nie rozdają dwugardzielowych gaźników, ani czekoladowych turbosprężarek z miętowym nadzieniem. Nie odbywa się tam konkurs na Miss Rejonowego Zakładu Chirurgii Plastycznej. Nie chodzi tu nawet o to, że znajduje się tam bar w którym sprzedają piwo i całkiem niezłe zapiekanki wprost z zamrażarki.

Na szczycie nie ma nic co zachęcałoby mnie do dostania się tam wyłącznie przy użyciu własnych nóg , a mimo to kilka razy w tygodniu zeruję stoper i ruszam w górę.

I wcale nie jestem sam.

Pomyślcie sami – Bielsko-Biała liczy sobie około 200 tysięcy mieszkańców. To prawie dwieście tysięcy ludzi mających średnio po dwie nogi i jedną piątą kabiny prysznicowej.

Dwieście tysięcy.

Tymczasem na drodze prowadzącej na szczyt wspomnianej przełęczy spotykam regularnie zaledwie dwadzieścia, może trzydzieści osób. To mniej niż liczy sobie północnokoreańska opozycja… Wiem ile wysiłku i determinacji wymaga zebranie się w sobie i poświęcenie mięciutkiej kanapy na rzecz chłodu, sportowych butów i mięśni bolących jakby ktoś okładał Was po nich kijem od szczotki.

Naprawdę mam do tych ludzi ogromny szacunek.
I dlatego zawsze witam się z nimi gdy spotykam ich na swojej drodze.

Zawsze kiedy z naprzeciwka zbliża się do mnie inny biegacz lub ktoś na rowerze podnoszę dłoń w powitalnym geście i mówię po prostu „cześć”. Nie znam tych ludzi. Nie mam pojęcia jak mają na imię i jak się mają ich dzieci. Ale nawet gdy właśnie atakuję rekord i pod koniec biegu boję się otworzyć usta żeby żołądek i płuca nie wyleciały na ulicę, zdobywam się przynajmniej na uprzejme skinienie głową – tak z grzeczności.

I z szacunku.

Podczas ostatniego treningu postanowiłem jednak pójść o krok dalej i obserwować reakcje ludzi na moje powitanie. Nie wiem jak Wy ale ja mam tak, że gdy ktoś mówi do mnie „cześć” albo „dzień dobry” – choćbym tej osoby nie znał to czuję się zobowiązany jej odpowiedzieć. Podejrzewam, że Wy też zawsze odpowiadacie, prawda?

A rowerzyści nie.

Z około dziesięciu osób posiadających rowery zaledwie jedna odpowiedziała na moje powitanie. Warto dodać, że był to jedyny gość na rowerze, który nie posiadał o trzy rozmiary za małych spodenek, pomarańczowych okularów przeciwsłonecznych i zaawansowanej bulimii. Choć co do bulimii to nie jestem do końca pewien… Może ją miał ale po prostu zapominał wymiotować po jedzeniu.

W każdym razie na pewno miał trampki i gacie wyglądające bardziej na odzież wędkarską niż rowerową. I najwyraźniej miał w dupie jak wygląda bo po prostu miał ochotę pojeździć sobie na rowerze.

A jak wyglądało badanie na grupie biegaczy? Tutaj na moje pięć powitań uzyskałem pięć sympatycznych odpowiedzi.

A zatem czas na wnioski – jak zwykle dla pełnego zobrazowania problemu posłużyłem się czytelnym wykresem:

Teraz krótkie omówienie – jeśli staliście kiedyś na czerwonym świetle obok gościa w wieku około pięćdziesięciu lat siedzącego w swoim czarnym Audi A6 to na pewno wiecie jak wygląda wysublimowane spojrzenie polskiej szlachty sugerujące pospólstwu (czyli Wam i mnie), że swoją marnością psujemy jej krajobraz. Właśnie takie spojrzenie mieli mijający mnie rowerzyści kiedy z uśmiechem na twarzy próbowałem się z nimi przywitać. Dlatego też doszedłem do wniosku, że najwyraźniej zostałem zignorowany gdyż w przeciwieństwie do ich rowerów i spodenek w rozmiarze XS moje buty do biegania nie kosztowały miliona złotych tylko niecałe dwieście.

No i nie miałem tych bajeranckich pomarańczowych okularów o opływowych kształtach.

To wyklucza mnie z grona miłośników sportu urządzających sobie odbywające się pod wspomnianą budką z piwem i zapiekankami pogadanki o tym ile kosztowała ta przednia ultra-lekka przerzutka z wydobywanego na księżycach Saturna stopu.

W sumie to trochę się im nie dziwię. Gdyby to mnie przyciasne spodenki od paru godzin zgniatały jajka, a malutkie ultra-lekkie siodełko starałoby się za wszelką cenę oddzielić od siebie moje pośladki to pewnie też nie byłbym w zbyt dobrym nastroju.

No i ta bulimia.

Rety, oni naprawdę mają cholernie ciężkie życie. Coś jak doradcy ubezpieczeniowi po zmianie przepisów dotyczących OFE. Dlatego chyba dam sobie spokój i nie będę zmuszał ich do tego wymagającego ogromnego wysiłku skinienia głową.

Po prostu daruję sobie te kulturalne pierdoły i zajmę się swoimi sprawami.

W końcu tak jest prościej, prawda?