Jeśli w miarę regularnie śledzicie prentką twarzksiążkę to wiecie już, że po tym jak skończyłem remont Fiata 126 znanego również jako Arancia, zawiozłem go osobiście w okolice Monachium. Mieszka sobie w ogrzewanym garażu tuż obok Citroena, którym na co dzień jeździ jego nowa właścicielka – kuzynka Izy o imieniu Gosia. Do rzeczy jednak – proces odbudowy prentkiego malucha mogliście śledzić na bieżąco na blogu. Ponieważ jednak wpisy były mocno rozrzucone i sporo rzeczy mogło Wam umknąć (plus jest tu pewnie parę nowych osób, które nie zdążyły jeszcze dokopać się odpowiednio głęboko w blogowym archiwum), postanowiłem zebrać to wszystko do kupy i przygotować małe podsumowanie renowacji – tak w skrócie, krok po kroku.

I teraz tak – początkowo plan zakładał kupno w miarę zdrowego Fiata 126 i jego szybki remont – wiecie, drobne poprawki lakiernicze, wymiana kilku uszczelek, zabieraków i starego lizaka na skrzyni biegów.

Taki był plan.

Ponieważ jednak większość rzeczy robię zupełnie nie tak jak trzeba, zdecydowałem się na kupno skorodowanego, ale za to zdrowego mechanicznie eleganta.

Raz, bo chciałem nauczyć się na czymś stosunkowo prostym podstaw samochodowej blacharki, a dwa – bo dla zielonej w kwestii takich staroci Gosi elegant byłby zdecydowanie bardziej „user friendly”.

Poza tym nie chciało mi się babrać z remontem Fiata 126 z zarżniętym silnikiem i powybijanymi zwrotnicami rocznik 1982, czy też poprawiać blacharki i mechaniki po jakimś domorosłym agro-tunerze, który naprawiał to auto w czasach, gdy poprawki lakiernicze robiło się resztką farby, która została dziadkowi po malowaniu kuchni. Dlatego właśnie postanowiłem szukać czegoś w miarę „nowego”, niezmasakrowanego i przede wszystkim – nietkniętego ręką żadnego samozwańczego mechanika.

Początek przygody

Tak więc po kilku tygodniach poszukiwań, za zawrotną kwotę 900 złotych stałem się drugim właścicielem pomarańczowego malucha, rocznik 1999:

Maluch był w bardzo fajnym stanie mechanicznym – w zasadzie wymagał jedynie wymiany świec i paru drobnych regulacji.

Większym wyzwaniem była za to blacharka.

Co prawda po wstępnej rozbiórce stwierdziłem, że na upartego mógłbym po prostu wymienić skorodowane progi i wstawić kilka łatek, bo w ten sposób uniknąłbym konieczności prucia połowy samochodu i lakierowania większości elementów nadwozia. Ponieważ jednak jestem idiotą to zamiast wybrać tę komfortową opcję, postanowiłem wyciąć każde ognisko korozji i odbudować całe nadwozie od zera.

Mimo, że na temat blacharki nie miałem w tamtym momencie zielonego pojęcia.

Zaopatrzyłem się więc w trochę nowych blach, kowadło i młotek, a także spory zapas chrupek bekonowych i piwa – i zabrałem się do pracy.

Remont Fiata 126 – blacharka

Na pierwszy ogień poszły progi, błotniki i podłoga. Do wnętrza wspawałem wykonaną z kształtowników, tymczasową klatkę mającą pomóc utrzymać geometrię w czasie kiedy będę wycinał progi i podłogę. Co więcej – wszystkie reperaturki i blachy na dzień dobry zabezpieczyłem dwoma warstwami podkładu epoksydowego. Kiedy wstawiałem dany element, po prostu oszlifowywałem sobie miejsca na spawy – dzięki temu blacha była zabezpieczona antykorozyjnie nawet tam, gdzie nie mogłem już później dojść z pędzlem czy pistoletem:

Żebyście jednak nie pomyśleli sobie, że to wszystko takie piękne i różowe – co prawda w teorii sporo elementów blacharskich do malucha da się kupić w formie gotowca (jak chociażby widoczne na zdjęciach progi i błotniki), ale prawda jest taka, że większość z nich i tak albo trzeba mocno przerobić, żeby je dopasować, albo też sporo łatek prościej jest po prostu wykonać z blachy.

Tak, żeby niepotrzebnie nie wymieniać całego elementu, tylko naprawić jego skorodowany, niewielki fragment.

Sukcesywnie krok po kroku odbudowywałem więc kolejne fragmenty nadwozia – łącznie z wymianą całej, kompletnej podłogi (to ci dopiero była przygoda):

Tak naprawdę to właśnie walka z blacharką zajęła mi najwięcej czasu.

Prace prowadziłem etapami – zwykle przez kilka dni maltretowałem jakiś element, a potem robiłem sobie parę dni wolnego, żeby jakoś to odreagować psychicznie ;) Poniżej możecie zobaczyć jak krok po kroku wyglądała odbudowa takiego pojedynczego elementu (w tym wypadku połączenia prawego progu z przednim nadkolem i słupkiem). W dużym skrócie schemat działania wyglądał następująco – najpierw należało wyciąć wszystkie skorodowane elementy, warstwa po warstwie. Następnie przy użyciu kawałka kartonu i ołówka wykonywałem szablon fragmentu, który musiałem dorobić ręcznie. Po wycięciu szablonu odrysowywałem go na kawałku blachy i wycinałem, a następnie wycinałem skorodowany element i wstawiałem w jego miejsce dorobioną blachę – wspawywałem, doklepywałem i oszlifowywałem.

Później zabezpieczałem takie miejsce podkładem i dopasowywałem kolejne warstwy blach – tak długo, aż udało mi się odbudować cały element.

Co ważne – bawiąc się z takim narożnikiem trzeba było przez cały czas pamiętać o dopasowaniu go do reszty progu czy drzwi. W efekcie podczas przymiarek kilka razy musiałem zakładać, odpowiednio ustawiać i zdejmować całe drzwi – tak, żeby po wspawaniu narożnika nie okazało się, że jest on za wysoko i drzwi będą się o niego ocierać.

To więc takie trochę sadomasochistyczne puzzle-origami.

Wersja uzupełniona pociętymi blachą paluchami i przypaloną spawarką skórą – ogólnie miło to wspominam ;)

Kiedy patrzy się na te zdjęcia, naprawa  takiego skorodowanego elementu może wydawać się bardzo prosta – ot, wyciąć kawałek rdzy i wspawać w jego miejsce łatkę. Tak naprawdę jednak zrobienie tego jak należy wymaga ogromnych pokładów cierpliwości i czasu – chociażby z powodu konieczności powtarzania po kilka razy tych samych, niespecjalnie porywających czynności.

Dla przykładu – w pomarańczy miałem do wymiany mocowania tylnych odbojów zawieszenia (tak zwanych bałwanków).
Po obu stronach.

Na pierwszy rzut oka to prosta sprawa, bo gotowe do wspawania uchwyty można kupić w każdej Biedronce – ot zabawa na jakieś pół godziny. Zobaczcie jednak jak taka banalna z pozoru zabawa wygląda krok po kroku – od wycięcia, poprzez dopasowanie szablonu, wymierzenie położenia wsporników pod spawy i tak dalej…

A teraz pomyślcie o tym, że po skończeniu tego fragmentu trzeba było powtórzyć to wszystko od początku po drugiej stronie. Brrr… Tak czy inaczej po paru miesiącach spędzonych na naprzemiennym cięciu, wyklepywaniu kształtek za pomocą młotka i spawaniu, w końcu udało mi się odbudować kompletnie całe nadwozie.

Wymieniłem absolutnie wszystkie skorodowane elementy.

Wszystkie.

W końcu więc po okresie spawania i szlifowania mogłem zabrać się za coś „nowego” – remont Fiata 126 przeszedł do etapu numer dwa czyli przygotowywania nadwozia do lakierowania:

Podkład i lakierowanie

Nowe elementy blacharskie wstawiałem tak, żeby nie mieć problemów z wyprowadzeniem poszczególnych elementów pod lakier. To między innymi dlatego właśnie zajęło mi to aż tyle czasu.

Wiecie – ładnie dopasowane blachy, wklepane na równo spawy i tak dalej.

Dzięki temu na całe nadwozie zużyłem naprawdę bardzo niewiele szpachli. Zdecydowanie większym wyzwaniem było za to szlifowanie podkładu – bo zależało mi na tym, żebym lakier kładł na idealnie równą powierzchnię, a blachy w maluchu pozostawiały wiele do życzenia już na poziomie fabryki… Przygotowanie całego nadwozia w podkładzie zajęło mi prawie miesiąc.

Kiedy sobie to przypomnę to nadal bolą mnie ręce ;)

W międzyczasie zająłem się przygotowywaniem nowych elementów zawieszenia i układu hamulcowego -wszystko po kolei rozebrałem, wypiaskowałem i polakierowałem. Całość poskładałem przy użyciu nowych tulei, śrub i nakrętek.

Taka „czysta” robota to była zdecydowanie miła odskocznia od ciągłego babrania się w pyle ze szlifowania ;)

Co dalej? Kiedy maluch był już w podkładzie, zabrałem się za lakierowanie. Ponieważ mój garaż nie jest zbyt duży, postanowiłem rozbić cały proces na trzy części. Najpierw polakierowałem więc wnętrze, komorę silnika i bagażnik. W drugiej rundzie zabrałem się za klapy i drzwi, a na końcu – za całe nadwozie z zewnątrz.

Lakierowanie tym sposobem zajęło mi co prawda prawie tydzień (musiałem oklejać wszystko na kilka razy, a potem czekać aż poszczególne partie elementów spokojnie sobie wyschną) ale zdecydowanie było warto.

Nie dość bowiem, że miałem znacznie więcej miejsca i lepsze warunki pracy, to na dokładkę sama jakość lakieru również była dużo lepsza niż gdybym próbował lakierować wszystko za jednym zamachem.

Wyszło tak:
Końcowy montaż

Kiedy tylko lakier się utwardził, zabrałem się za ostateczną konserwację nadwozia i profili, no i w końcu – za składanie malucha do kupy. Jak wspominałem na początku, był on w naprawdę świetnym stanie mechanicznym. Miał tylko 45 tysięcy km przebiegu dlatego większość elementów wymagała co najwyżej niewielkiej kosmetyki i drobnych poprawek. Wymieniłem uszczelki, poduszki i podstawowe elementy eksploatacyjne.

Silnik i skrzynia biegów otrzymały nowy olej, zamontowałem też trochę nowych uszczelek nadwozia i wymieniłem na nowe wszystkie kołki i spinki.

Dzięki temu maluch na pierwszy rzut oka zaczął przypominać egzemplarz, który dopiero co opuścił linię produkcyjną, a nie był naprawiany w ciasnym, przydomowym garażu:

Efekt końcowy

Nie ukrywam, że w takiej rozbudowanej wersji remont Fiata 126 wybitnie dał mi w dupę. Coś, co początkowo miało zamknąć się w okresie kilku miesięcy ostatecznie zajęło mi prawie trzy lata (ze sporymi przerwami ale jednak). Mimo wszystko jednak ogrom wiedzy i nowe umiejętności, które niechcący sobie przyswoiłem sprawiają, że ani trochę tych trzech poświęconych mu lat nie żałuję. To był naprawdę fajny, ciekawie i produktywnie spędzony czas.

Owszem – były momenty, że miałem ochotę rzucić to wszystko w cholerę  ale cieszę się, że mimo wszystko się wtedy nie poddałem.

Bo dzięki temu ta mała, pomarańczowa paskuda wygląda dziś tak:

O samej wyprawie do Monachium powiem Wam za niedługo. Jeśli uda mi się rozszyfrować te wszystkie dziwne guziki w programie do edycji wideo, to najprawdopodobniej pokażę Wam też związany z tą wycieczką film.

Tyle na dziś ;)

28 Komentarzy

  1. Escobar1 2 stycznia 2018 o 22:04

    Świetna robota szacunek , naprawdę sporo życia straciłeś nad tym klasykiem …..pozdrowienia z Monachium

    1. Prentki 3 stycznia 2018 o 08:03

      Następnym razem jak będę zawoził jakiegoś malucha to wpadnę na kawę ;)

  2. maxx304 3 stycznia 2018 o 06:53

    Nie ma jak poprawić fabrykę :) Tommy, założę się że ten maluch nawet po zjeździe z linii produkcyjnej nie był tak dobrze zrobiony jak teraz. Gratuluję wytrwałości i umiejętności rozwiązywania problemów. Kiedy patrzyłem, co wyrabiasz z blacharką, to się czułem jak na egzaminie w Hogwarcie… Zmarnowałeś jakąś blachę, czy wszystko Ci wychodziło od razu? ;)

    1. Prentki 3 stycznia 2018 o 08:01

      To jest właśnie w maluchach najlepsze – podczas przygotowywania nadwozia pod lakier znajdowałem całą masę zacieków i wad lakierniczych. Widać w fabryce specjalnie się do tego nie przykładali ;)

      Co do samych blach – pewnie, że sporo zmarnowałem. W sumie kupiłem na przykład trzy lewe progi zewnętrzne (różnych producentów), bo dwa pierwsze były tak tragicznie wyprasowane, że prościej byłoby je dopasować do e30 niż do malucha ;)

      Z samą rzeźbą też było różnie – z początku miałem spory problem z wyklepywaniem blachy na wygięciach i łukach, dopiero po paru razach nabrałem jako-takiej wprawy w pracy na szablonach ;)

      1. maxx304 4 stycznia 2018 o 06:45

        Fabryka to podejrzewam miała gdzieś, w jakim stanie te auta wychodzą – większość użytkowników nigdy tej blachy nie zobaczy. A że trafił się jeden świr… :)

        No to przy obecnych umiejętnościach możesz blachy w escorcie i BMW poprawiać. A propos – nie rdzewieje Ci batmobil? Bo jak patrzę na ogłoszenia w necie to co drugi zeżarty.

        1. Prentki 4 stycznia 2018 o 08:14

          Batmobil jest po pełnej blacharce więc jakoś tam się trzyma – pewnie minie parę lat zanim rdza przebije się przez nowe blachy i warstwę konserwacji ;)

  3. Escobar1 3 stycznia 2018 o 09:48

    Koniecznie mojego meila masz bo pisaliśmy…

    1. Prentki 3 stycznia 2018 o 09:50

      Mam mam – stąd też pamiętam ;)

  4. Ucando 4 stycznia 2018 o 14:04

    Trzeba przyznać że kawał dobrej roboty tutaj został wykonany. Bardzo dobrze że są jeszcze tacy ludzie w Polsce, dla których kultowe pojazdy PRL-u są oczkiem w głowie.

    1. jonas 5 stycznia 2018 o 07:55

      Przecież maluch-elegant powstał kilka lat po zgonie PRLu.

      Przypomina mi to zabawną naklejkę na innym maluchu-elegancie, głosiła „klasyk, nie plastik”. Za kierownicą suchoklates ze starannie przystrzyżoną brodą, urodzony mniej więcej równo z tym elegantem. Nie winię go, skąd miałby wiedzieć?

  5. Bartek 4 stycznia 2018 o 14:20

    Szacunek za ogrom włożonej pracy i poświęcony czas. 3 lata to nie w kij dmuchał…

  6. TaTo 4 stycznia 2018 o 17:21

    No to jeśli masz tyle luzu na placu, to otwieraj bramę. Wbijam swoim rupieciem. No bo szkoda takich umiejętności i doświadczenia. A, że to elegant ’95 to odbiorę jak już będziesz Panem Prezydentem

  7. wynajem aut sosnowiec 5 stycznia 2018 o 13:40

    Świetna robota, pracy widzę mało nie było :D ale warto, efekt 10/10

  8. cha 7 stycznia 2018 o 05:43

    Tak jak maluch mógłby dla mnie nigdy nie istnieć, a nasi rodzice czy dziadkowie musieliby na wakacje i do roboty jeździć rowerami, tak muszę przyznać, że z tego strucla coś wyszło. Ponadto, pierwszy raz widzę, żeby „rzeźba” nie miała pejoratywnego zabarwienia. Brawo. Tak naprawdę to żeby tak to zrobić to trzeba funkcjonować całkowicie poza zawodowym przelicznikiem roboczogodzin i traktować to jako hobby. Nawet w tych programach tv zawsze gdzieś tracą w końcu cierpliwość i odpuszczają jakiś fragment, argumentując że nie ma co poprawiać fabryki i że nie będą caĺy sezon się spuszczać nad jednym egzemplarzem. Z tymi progami to jak taki test czy jest się druciarzem, bo większość zamiast szukać właściwych pewnie by kombinowała jak je wpasować, a prentki szukał dalej. Tak to z tymi zamiennikami dzisiaj wygląda, że zamiast nru ważniejsze wymiary i jakość materiału/wykonania.

  9. Paweł 14 stycznia 2018 o 11:14

    Stolarze z zazdrością patrzą na Twoją kolekcję ścisków :)

    PS: Jakiego dodatku używasz to galerii i wyświetlania zdjęć?

    1. Michał 17 stycznia 2018 o 15:53

      Pewnie i tak mu często brakuje ścisków, morsów i innych takich ;)

  10. Michał 17 stycznia 2018 o 15:52

    Prentki, świetna robota! To są najlepsze wpisy o blacharce w całych polskich internetach! Właśnie przez nie do Ciebie trafiłem prawie 2 lata temu i już zostałem :) Tak z ciekawości zapytam, jak sobie radzisz np. z jakimś elementem o przekroju „Z” (kawałek blachy wygięty w dwóch miejscach w przeciwną stronę), który dodatkowo musi być wygięty po delikatnym łuku? Te 2 zgięcia tak usztywniają blachę, że dla mnie na razie jedyną opcją jest prostopadłe nacięcie elementu w paru miejscach, wygięcie i pospawanie nacięć…

  11. Marcin 27 stycznia 2018 o 12:32

    Aż miło popatrzeć :) Kawał dobrej roboty rzemieślniczej .

  12. Noma 8 lutego 2018 o 07:20

    Naprawdę świetnie to wygląda. Efekt końcowy jest taki, że chciałoby się wsiąść i gdzieś pojechać. Gratulujemy, bo widać, że to prawdziwa pasja.

  13. Lifes 8 lutego 2018 o 11:38

    Chyba każdy teraz marzy, żeby mieć takie cacko w swoim garażu.

  14. Młody 12 marca 2018 o 16:00

    Jakich środków do konserwacji podwozia używałeś?

    1. Prentki 13 marca 2018 o 08:04

      Wszytko robiłem na systemie Novola – na blachy podkład Protect 360, potem Gravit 620 na połączenia blach i na całość Gravit 660. W profile zamknięte Gravit 640.

  15. CarSticker.pl 13 marca 2018 o 10:55

    Kawał dobrej roboty, gratuluję zapału. Świetnie wygląda w nowym kolorze.

  16. superparts.pl 27 marca 2018 o 13:35

    Robota pierwsza klasa! Fajnie, że ktoś jeszcze wskrzesza prawdziwe legendy!

  17. Jarek 19 maja 2018 o 20:16

    Świetna robota, gratuluję samozaparcia i umiejętności manualnych, rozbieram w chwili obecnej maluszka do szkiełkowania by go oczyścić ze wszelkiego syfu i już widzę że to będzie mało przyjemne, ale patrząc na twoje zdjęcia i końcowy efekt mam nadzieję że warto ten czas i robotę poświęcić jemu

  18. Motostacja 3 lipca 2019 o 22:38

    Dobra robota! Gratulacje. Warto było poświęcić czas dla takiego efektu. Odnowiony Fiat prezentuje się jak nowy.

  19. Carstyle 27 października 2020 o 09:17

    Nic tylko pogratulować determinacji. 3 lata poświęciłeś, ale naprawdę warto bo efekt jest rewelacyjny. Jednak najlepsze w tym wszystkim jest to ile wiedzy zdobyłeś i ile się nauczyłeś. Strasznie lubię ludzi którzy podejmują się nawet najcięższych wyzwań sami. Naprawdę świetny projekt. Jeszcze raz gratulację

  20. CELCA 12 sierpnia 2022 o 15:03

    Kawał dobrze wykonanej pracy. Sporo foto. Mały, a cieszy:))))))

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *