Powiem Wam, że najbardziej we współczesnych samochodach drażni mnie to, że na siłę próbują one udawać coś, z czym mają równie wiele wspólnego co ja z Seleną Gomez.

Albo z Lewandowskim.

Prym w tej kategorii wiodą oczywiście wszelkiego rodzaju SUV-y i Crossovery – bo choć kojarzą się one z pędzeniem leśnymi drogami wśród przebijających się pomiędzy gałęziami promieni słońca, to w rzeczywistości są przystosowane do jazdy w takim terenie w takim samym stopniu co ja do bycia top modelką. Owszem – od biedy mógłbym skoczyć na solarium, ogolić nogi i zrobić sobie nowe zęby jak ten stolarz z telewizji ale nie zmieni to faktu, że i tak nigdy nie będę wyglądał jak Gal Gadot.

Z ogolonymi nogami, opalenizną i lśniącymi siekaczami wyglądałbym nie jak Gal Gadot, tylko jak Krzysztof Rutkowski.

Żeby jednak nie było – nie lubię SUV-ów nie dlatego, bo są wysokie albo bo mają te idiotyczne, lakierowane osłony zderzaków i elektroniczne kompasy. To znaczy, za to też ich nie lubię, ale nie to jest w mojej ocenie największą ich wadą.

Moim zdaniem najgorsze w SUV-ach jest to, że oszukują ludzi.

Składają obietnice bez pokrycia.

Spójrzcie z resztą tylko na te wszystkie reklamy – pokazują nam aktywne życie, wieczory przy ognisku, latanie paralotnią, szczupłych, pochodzących z różnych kultur przyjaciół w modnych ciuchach, dobrą muzykę i całą masę wspaniałej zabawy. Kiedy jednak podpiszecie umowę kredytową i chwycicie w dłoń kluczyk (obowiązkowo wielki jak jakiś wyposażony w oczko na breloczek buttplug) to zorientujecie się, że wyższe zawieszenie wcale nie odmieni Waszego życia.

Podniesie wam tylko spalanie.

Idę o zakład, że jedyna terenowa przygoda jaka czeka was za kierownicą tego wyposażonego w port USB oszustwa to chwilowe zjechanie w las przy drodze krajowej numer 7.

Bo Maciusiowi po tym McDonaldzie zachciało się kupę.

No dobra, zmieńmy jednak temat, bo wbrew pozorom to nie o moim podejściu do SUV-ów chciałbym Wam dziś opowiedzieć. No bo tak – jak już wspominałem, od jakiegoś czasu rozglądam się młodszym zastępstwem dla naszej Ibizy. Przejrzałem całą masę ogłoszeń, galerii i testów i muszę przyznać, że nieźle dało mi to w kość.

Serio – nie spodziewałem się, że szukanie w miarę świeżego samochodu do miasta będzie przypominało taką krucjatę. Po pierwsze, większość dostępnych na rynku modeli wygląda zupełnie jak ja w kąpielówkach. Owszem – nasza obecna Ibiza przypomina trochę srającą w kącie klatki autystyczną świnkę morską, ale jej czwarta generacja jest tak absurdalnie pokraczna, że aż boli głowa.

Zobaczcie tylko na przód – wygląda jakby Seat zaprojektował całe auto zapominając o przednich reflektorach, a potem kazał na szybko wstawić w projekt coś, co leżało już w magazynie.

„Tylko pospiesz się z tym bo za 15 minut ruszamy z produkcją”.

Wracając jednak do wyborów – proponowane samochody wybierałem ja, ale ponieważ auto ma być użytkowane głównie przez mamę Izy, nie zdziwi Was pewnie, że Iza po konsultacji z mamą od razu wykreśliła większość moich propozycji. Nie zgodziły się na przykład na kupno kilkuletniego BMW 125i z dwulitrowym turbo. Ani Mazdy MX-5 (to bardzo chytry plan bo planowałem podkradać ją w weekendy). Odpadło też BMW e92, BMW e93 i Ford Focus ST.

Stwierdzam, że ludzie na emeryturze nie wiedzą jak prawidłowo korzystać z życia.

Serio – po przejściu na emeryturę w ministerstwie powinni wysyłać jakieś ulotki z instrukcją. To tak, jakbyście kupili zabytkową rezydencję pod Londynem, a potem nie zamontowali ukrytych w bibliotece tajnych drzwi prowadzących do pokoju z symulatorem WRC i basenem wypełnionym kolorowymi piłeczkami.

Bez sensu.

Tak czy inaczej kiedy z mojej listy wyleciała ostatnia deska ratunku w potaci dwulitrowej Subaru Imprezy, chcąc nie chcąc musiałem posłuchać w końcu Izy i zacząć rozglądać się za modelami, które zyskałyby aprobatę potencjalnej właścicielki.

Nie powiem, żeby było to łatwe bo pojawiły się tu tak idiotyczne kryteria jak „mały silnik” czy „pięć drzwi” ale w końcu udało mi się wybrać cztery auta, które mimo spełnienia tych uwłaczających godności blogera motoryzacyjnego kryteriów nie powodowały u mnie jakichś mocnych stanów lękowych. Są to kolejno:

1. Fiat Punto Evo
2. Ford Fiesta MK7
3. Volkswagen Polo V
4. Fiat Panda III

Uprzedzając pytanie – nie, Baleno nie.

I teraz pozwólcie, że wytłumaczę Wam dlaczego akurat te. Po pierwsze, są to auta, które nie próbują udawać, że nie są tanie. Punto, Polo i Panda to podstawowe, proste modele bez specjalnych udziwnień. Poza tym dwa z tej trójki to Fiaty, a Fiaty jak powszechnie wiadomo z natury są fajne.

Polo z kolei trochę trąci Golfem, ale z drugiej strony jest małe i lekkie, a do tego ma bardzo fajną linię (szczególnie w białym kolorze).

Ma też ładne wnętrze i fajną kierownicę, a na dokładkę w podstawowych wersjach Volkswagen, w przeciwieństwie do innych producentów pohamował się z montowaniem wszędzie imitujących lakier fortepianowy plastików(co bardzo doceniam i szanuję). Poza tym to VW więc przy planowanych przebiegach na poziomie 2-3 tysięcy kilometrów rocznie nie powinienem mieć przy nim za dużo roboty.

Idąc dalej – Fiesta jak na moje standardy trąci trochę Star-Trekiem i Avengersami, ale za to ma fajne zawieszenie.

No i to Fiesta, więc mam do niej jakiś irracjonalny sentyment, którym bardzo lubię kierować się w życiu.

Tak więc stoję przed dość poważnym dylematem – i nie ukrywam, że liczę tu na trochę Waszej pomocy. Po pierwsze, potrzebuję opinii na temat tych modeli – bo wstyd się przyznać, ale mimo, że jestem blogerem od samochodów, a to cholernie popularne auta, to jednak z żadnym z nich nie miałem jak dotąd okazji lepiej się poznać.

Druga sprawa – jeśli ktoś z Was ma jeden z tych samochodów, albo zna kogoś kto chciałby sprzedaż jakiś fajny, pewny egzemplarz to będę wdzięczny za jakieś info ;)

Ja tymczasem wracam do szlifowania Złotej.