I jak co roku nastał ten dzień, w którym poczułem iż zbliżają się święta. I bynajmniej nie o zapowiedź Kevina czy „Last christmas” tu chodzi, ale o opony zimowe. A dokładniej o koła zimowe, bo zapobiegliwie w zeszłym roku zaopatrzyłem się w komplet felg, co by uniknąć pięćset kilometrowych kolejek do wymiany opon tworzących się przed serwisami.

Żadnych namiotów, koczowania w śpiworach i wspólnego śpiewnia ludowych przyśpiewek przy ognisku i butelce pitnego miodu.

Teraz wystarczy mi lewarek, klucz do kół i odrobina miejsca na placu żeby transformować mój niskoprofilowy niszczyciel zakrętów w maszynkę do penetrowania przydrożnych zasp i urywania zderzaków o zamarznięte bandy.

Mam więc komplet czarnych, pachnących chińską gumą kół zimowych i cholerny dylemat.

Jak niedawno wspominałem w końcu uporałem się z odbudową układu hamulcowego w mojej rudej, bawarskiej ślicznotce (ot taki subtelny oksymoron). Teraz tarcze i zaciski wyglądają wspaniale jak Lindsey Lohan w koronkowej bieliźnie. Albo Cordel Walker podczas wykonywania swojego finałowego ciosu z półobrotu powtarzanego 15 razy z różnych ujęć. Albo czarne Ferrari 275 zaparkowane przy plaży w Saint Tropez.

Myślę, że wiecie co mam na myśli.

A jeśli wiecie co mam na myśli, to zapewne podzielicie moją opinię, że zasłanianie półnagiej Lindsey kawałkiem czarnej, metalowej felgi nie jest rozwiązaniem godnym prawdziwego mężczyzny.

Więc od jakiegoś czasu krząta się po mojej głowie pytanie czy nie zamienić owych półmatowych stalówek na coś bardziej lekkiego i prześwitującego. Jak choćby komplet klasycznych, szprychowych BBS-ów dedykowanych do starszego brata mojej rudej kusicielki – BMW E34. Albo z pozoru paskudnych alufelg ze starszej generacji rządowej „siódemki”, które po zdjęciu gejowskich dekielków i przemalowaniu na grafitowy kolor powinny wyglądać dość ciekawie i przy okazji odsłonić nawiercane małe co nie co.

Dzięki alufelgom zyskałbym nieco niższą masę nieresorowaną, a zatem lepszą trakcję i komfort. Do tego wyeksponowałbym piękny układ hamulcowy, ułatwił jego chłodzenie i mycie z pyłu odkładającego się przy zimowych pogoniach za wiatrem.

Widzicie co się dzieje? Ledwie powiedziałem, że myślę o kupnie alufelg, a już zaczynam się tłumaczyć.

Jestem uzależniony.

Pisałem już kiedyś o tym, co z mężczyzną potrafią zrobić alufelgi. Mówiłem jak to jesteśmy skłonni głodować przez dwa miesiące, żeby tylko kupić komplet wymarzonych AC-Schnitzerów z polerowanym rantem. Jak to na balkonach polskich osiedli zalegają setki kół, które nie zmieściły się już w piwnicy i jak każdy homo sapiens posiadający trzecią nogę nigdy nie będzie do końca zadowolony z wzoru felg na swoim samochodzie.

Widzicie – myślałem, że w moim przypadku ewolucja zrobiła już z tym porządek, aż tu pojawił się niespodziewanie ten aluminiowy atawizm.

Tu już nawet nie chodzi o pieniądze – prawda jest taka, że komplet starych BBSów kosztuje jakieś 250 złotych, a za niewiele mniej jestem w stanie sprzedać niepotrzebne mi wówczas stalówki. Problemem jest sam fakt, że znowu zaczynam kombinować z felgami, a to nie wróży nic dobrego. Na ten moment mam już około 5 wzorów, które biorę pod uwagę, a jeszcze nawet nie otwarłem allegro.

Jeśli teraz to zrobię, to skończy się na tym, że będę przed cały wieczór gapił się w monitor i piszczał jak panienka na wyprzedaży torebek za każdym razem gdy tylko zobaczę jakiś tani komplet alufelg w pasującym do mojej beemki rozmiarze.

Potem będę przeczesywał Google niczym radziecki okręt podwodny dno oceanu w poszukiwaniu zdjęć wybranych felg na podobnych do mojej beemkach, a na końcu znów wrócę na allegro i będę jeszcze bardziej niezdecydowany i rozbity niż przed rozpoczęciem całej tej decyzyjnej farsy.

W końcu kupię jakiś komplet, a kiedy dotrze do mnie odziany w barwy McDonalds kurier i przypasuję kupione felgi do samochodu stwierdzę, że to jednak nie to i wrócę do przekopywania ofert na allegro.

Ofert wystawianych przez ludzi nie potrafiących zrobić zdjęcia koła bez uchwycenia przy okazji stodoły, wybitnie niefotogenicznych członków swojej rodziny i własnego odbicia z komórką w dłoni – musicie przyznać, że to niezbyt zachęcająca perspektywa.

Będę tak miotał się z myślami o zmianie wzoru na inny przez kolejne pół roku, zapełnię piwnicę wszelkimi możliwymi modelami felg, które „nie pasują” aż w końcu nadejdzie wiosna, a ja dojdę do wniosku, że z kołami, których używam latem jednak też coś jest nie tak i w sumie można by również je zmienić.

Jestem złomiarzem arystokratą, ekscentrycznym miłośnikiem aluminiowych obręczy i ofiarą kultu samochodowej stylistyki zarazem.

Jestem potworem.

Póki co postanowiłem, że będę twardy i stawię opór pradawnym instynktom. Odnowię po prostu stalowe felgi, które obecnie posiadam – zobaczymy czy po ich założeniu będę w stanie spojrzeć na mój samochód bez wyrzutów sumienia.

A potem się zobaczy…

1 Komentarz

  1. Wisznia 20 lutego 2017 o 10:17

    Podobno to mit, że felgi aluminiowe są lżejsze niż stalowe :) Do produkcji felgi amelinowej trzeba zużyć więcej materiału (objętościowo), niż w przypadku felg stalowych, przez co masa felg aluminiowych się wyrównuje, bądź nawet zwiększa. Oczywiście są wyjątki.

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.