Gdyby rząd dofinansowywał ludziom zakup szybszego komputera to ilość zabójstw w afekcie spadłaby o połowę – jestem tego pewien. Nawet nie macie pojęcia jak irytujący jest mój laptop. Już nawet pominę fakt, że jest za słaby żeby uruchomić nową grę z Kubusiem Puchatkiem dołączoną do listopadowej Pani Domu czy to, że bateria wytrzymuje jakieś 0,007 sekundy zanim padnie po odłączeniu zasilania.

Kiedyś ten laptop dawał radę, ale teraz jest równie szybki co sterta kamieni.

Ale to jeszcze nic – kiedy go włączam to na mnie warczy, a jeśli zostawi się go na dłuższą chwilę pojawia się wygaszacz ze znaczkiem windows, który po ruszeniu myszką staje się jedyną rzeczą jaką da się zobaczyć na ekranie przez kolejne dwa miesiące. Wszystko się zawiesza, a kiedy próbujecie wejść w menedżer procesów laptop wydaje z siebie przeciągłe „piiii” po czym się wyłącza zmieniając „piiii” na dość wymowne „buuuuu”.

A więc praca na tym komputerze przypomina naprzemienną symfonię pipnięć, burknięć i niczym nie pohamowanej, perwersyjnej, absolutnie nieokiełznanej nadwiślańskiej łaciny.

Oczywiście macie rację, że wystarczyłoby przeinstalować system – problem w tym, że nie da się z tego zrobić jeśli coś, co w założeniu miało czytać płyty CD spełnia się tylko w roli bajeranckiej, wysuwanej za dotknięciem podstawki na piwo.

Nie działa również funkcja przywracania, a po ostatniej „aktualizacji zabezpieczeń systemu Windows” komputer najwyraźniej uznał, że to ja jestem dla niego niebezpieczny bo traktuje mnie jak radzieckiego wirusa. Gdyby mógł to jako przejaw samoobrony wyświetlałby zdjęcie Bruno Marsa za każdym razem gdy tylko zbliżam się do klawiatury…

A te jego fabryczne głośniki… Wyobraźcie sobie starą krótkofalówkę, którą ktoś wrzucił do muszli klozetowej, a potem zamknął klapę. Mają moc zdechłej ćmy, a przy ustawieniu pełnej głośności zagłusza je wentylator karty graficznej.

Tak – mój laptop jest okropny.
Ale i tak cholernie go lubię.

Po części pewnie dlatego, że ma wszystkie te cechy, które tak bardzo cenię w przypadku samochodów. Nie jest zbyt szybki. Jest głośny i nie nadaje się do słuchania muzyki. Nie jest praktyczny i zawsze potrafi zastrajkować w chwili, która delikatnie ujmując nie jest zbyt odpowiednia. A do tego śmierdzi spalenizną i jest cały poobijany.

Gdyby mój laptop miał kółka to byłby 30 letnim Oplem Asconą w kolorze spłowiałej zieleni.

Ale właśnie takie niedoskonałe twory najbardziej lubię – bo widzicie, prawda jest taka, że rzeczy doskonałe z natury nie są zbyt porywające. Nie posiadają cech, które sprawiają, że mamy ochotę pochylić się nad nimi i pomyśleć. Nie wywołują tego wspaniałego uczucia, które sprawia, że aż chcemy w nich coś uzupełnić czy poprawić.

Zamalować, dokleić, wyczyścić, przestawić…

One po prostu działają, bezgłośnie wykonując powierzoną im pracę. Nie generują żadnego zamieszania. Choćby namiastki jakiegoś ciekawego, bezsensownie wykonanego ruchu. Rzeczy doskonałe są jak goście w czarnych garniturach noszący trumnę w pogrzebowym kondukcie – robią swoje i w zasadzie nikt nie zwraca na nich specjalnej uwagi. Nikt nie wie kiedy się pojawili i kiedy ulotnili się niczym poranna mgła.

Nikt nie zastanawia się czy dobrze tańczą i kiedy ostatnio urżnęli się w trupa i spali z twarzą w dekolcie średnio urodziwej tancerki na jakiejś szalonej imprezie.
Nikt nie bierze pod uwagę, że może jeden z nich trzyma w garażu pomarańczowego Harleya, a drugi uwielbia skoki na spadochronie.

Tak samo wygląda kwestia samochodów – spójrzcie na przykład na Audi. Model A6 w czarnym, perłowy kolorze. Jeśli się chwilę zastanowić to ten samochód ma absolutnie wszystkie cechy jakie powinien mieć genialny wóz. Moc, ergonomia, wykończenie, jakość i tak dalej i tak dalej…  Jest piękne, stylistycznie spójne, szybkie, eleganckie, prestiżowe. Ale czy jest porywające?

A6 to profesjonalista.

Gość w garniturze wyciągający wizytówki w tempie naddźwiękowym. Świetnie uczesany, z doskonałą dykcją i idealnie dobranym kolorem krawata. Perfekcyjnie ogolony, schludny i zawsze pachnący.

Naprawdę zajebisty gość.

Ale nie macie co liczyć, że na imprezie firmowej robiąc płonące drinki przypadkiem podpali sobie stopę. Nie opowie Wam dowcipu o małej zielonej deseczce i nie będzie podzielał opinii, że słowa „no no no no, I feel no pain” były równie przełomowe dla ludzkości co monolog Neila Armstronga wypowiedziany tuż po lądowaniu na księżycu.

Nie nazwie swojego psa Kabanos i nie powiesi na ścianie w salonie felgi z rozbitej rajdówki. Nie zrobi tego bo to nieprofesjonalne.

Bo to głupie.

Naprawdę lubię tego mojego niedorozwiniętego laptopa.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.