Jak dotąd miałem dość jasno określoną wizję sposobu w jaki zakończę swój żywot na tym ziemskim padole. Zawsze myślałem, że będzie to miało miejsce na serpentynach przełęczy Col de Turini, po których będę pędził za kierownicą czarnego Ferrari 250 GT California w towarzystwie dwóch kompletnie pijanych, nastoletnich, roznegliżowanych Rosjanek.

Będę miał wtedy jakiś milion lat i przy akompaniamencie zawadiacko warczącego V12 Ferrari będę pił najdroższego szampana jakiego tylko uda mi się zwinąć z Sass Cafe w Monaco zanim obsługa zorientuje się, że wcale nie nazywam się George Clooney.

Tak, w ten sposób mogę odejść z tego świata. Spaść z jakiegoś klifu czy coś. Dogadałem się już nawet z śniętym Piotrem, żeby wpadł po mnie jak już będzie po wszystkim:

Odkąd jednak udało mi się wepchnąć pod maskę mojego BMW nowy silnik zaczynam coraz bardziej wątpić w to czy dożyję chociażby do przyszłej środy. Bo widzicie, do tej pory uważałem, że mój 140 konny IS jest całkiem żwawy i jakby to ująć „nawet trochę zapierdala”. W tym przekonaniu umocniła mnie jeszcze mała gonitwa po górach za 325i należącym do Bio z Motopołudnia, którą to urządziliśmy sobie jakiś czas temu.

Okazało się, że trzymany na obrotach Is jest w stanie dotrzymać tempa sporo przecież mocniejszej E36 z dwu i pół litrowym motorem.

Odkąd jednak IS stoi na stole w garażu, w zasadzie nie jestem w stanie pokonać chociażby jednego zakrętu bez konieczności odpierania ataków tego sześciocylindrowego psychopaty, którego sam wpuściłem pod maskę. Po pierwsze – opony. Do tej pory mogłem pozwolić sobie na dość daleko posuniętą ignorancję związaną z przejmowaniem się tym jak obecnie wygląda bieżnik na oponach tylnej osi. Tak naprawdę stan bieżnika sprawdzałem z reguły raz w roku kiedy to z powodu obecności w ramówce zapowiedzi Kevina musiałem założyć zimówki. Teraz jednak stan tylnych opon sprawdzam średnio co pięć minut.

Okazuje się bowiem, że mniej więcej tyle czasu zajmuje temu ryczącemu świrowi zamiana pary prawie nowych continentali w chmurę gryzącego dymu i trochę czarnych strzępków poprzyklejanych po bokach błotnika.

Czasem odnoszę wrażenie, że opony wytrzymały by dłużej nawet gdybym po prostu wrzucił je do ogniska.

Kolejna sprawa to szpera. Dotąd gwałtownie dociśnięcie pedału gazu na wyjściu z zakrętu powodowało lekki poślizg, ale ze względu na brak przyczepności jednego z kół wzrostowi obrotów nie towarzyszył w zasadzie żaden ruch wskazówki prędkościomierza. Można powiedzieć, że BMW zamieniało się wtedy w 3 cylindrowy model Hyundaia i zamiast się rozpędzać po prostu zaczynało zamieniać paliwo w hałas.

Odkąd jednak półosie mam przypięte do szpery każdorazowe wciśnięcie gazu na wyjściu z zakrętu kończy się bezwzględną próbą zabójstwa.

Zrozumiałbym to gdybym był dobrze ubezpieczony i jako spadkobiercę wskazałbym moje BMW – wtedy po mojej śmierci mogłoby ono defraudować pieniądze z polisy na polerowane ranty i chętnie zdejmujące dachy mazdy MX-5 w toplesie. Ono jednak czyha na moje życie pomimo, że moje obecne oszczędności ledwie starczyłyby mu na nowego wunderbauma.

Teraz każdorazowe wdepnięcie pedału gazu powoduje natychmiastowe przyspieszenie – niezależnie od tego czy jest sucho czy mokro i czy właśnie znajdujemy się w osiedlowej uliczce czy może na wyjściu z trójkowego zakrętu gdzieś na krętej drodze wijącej się pośród gór. Co prawda nadal pojawia się znany z Is-a nadsterowny poślizg ale jest on o tyle dramatyczny, że oprócz hałasu towarzyszy mu przyspieszenie rodem z myśliwca F16.

Ten silnik jest szalony i wierzcie mi lub nie ale żadne liczby nie odzwierciedlają tego jak epicka jest to konstrukcja.

A właśnie, jeszcze jedno mi się przypomniało – kojarzycie tę beznadziejną kampanię reklamową Orlen Platinum stwierdzającą, że powinienem wlewać do mojego BMW olej silnikowy robiony z kiełbasek i piwa tylko dlatego, że zbudowali je w Bawarii? Do tej pory cholernie mnie irytowała. Szczególnie drażniła mnie sama końcówka kiedy to jakaś stereotypowo ubrana kobieta zadawała dwuznacznie brzmiące pytanie „A ty, jaki masz silnik?”.

Zawsze odpowiadałem jej w myślach „benzynowy” albo coś w ten deseń.

Jednak odkąd zrobiłem swapa reaguję na to mniej więcej tak:

Za każdym razem.

17 Komentarzy

  1. sebastian 31 października 2013 o 18:29

    pierwszy! :) gratulacje z udanego swapa, niech służy!

  2. Marcin 31 października 2013 o 18:34

    Dwa tygodnie temu również zainstalowałem do swojej 328 szperę o przełożeniu 3.07 (automat 328i) i również jestem zaszokowany tym co się dzieje z samochodem oraz tylną osią na czymkolwiek co śliskie i nie przyczepne.Jakie masz przełożenie dyfra ze szperą oraz czy przerzuciłeś cały wózek tylny z sedana do coupe czy same półosie i dyfer?

    1. Tommy 31 października 2013 o 21:12

      Półosie (kupiłem parkę z automatu), wał i szperę. Przełożenie 3.15

  3. Bartek 31 października 2013 o 18:50

    już na samo ucho 6 garów to nie 4 jak w – nie przymierzając – hujdaju :P

  4. Bio 31 października 2013 o 21:08

    Tommy – zapomniałeś napisać, że miałem nieszczelny wydech i przez to mocy brakowało + tak nie ogarniam tego silnika i nie cisnąłem na full pedału gazu :D

    1. Tommy 31 października 2013 o 21:56

      Co nie zmienia faktu, że IS nie dostał batów jak się spodziewałem ;}

    2. Toldi 31 października 2013 o 21:56

      oj tłumacz się tłumacz :D

      1. Bio 1 listopada 2013 o 15:34

        Co ja poradzę… mechanik stwierdził, że mój wóz zagraża bezpieczeństwu na drodze – w przyszłym tygodniu możemy pojeździć :P 

          1. Bio 4 listopada 2013 o 09:27

            murwa kać… to ja nie myślałem o tym tylko, a napisałem? No trudno – już widzę te nagłówki w gazetach i portalach  "płonące bmw na serpentynie" :D

            1. Bio 13 listopada 2013 o 22:42

              Ha! Właśnie dostałem info od mechanika – pompie paliwa brakowało przynajmniej pół bara, więc mam kolejny argument na powolność mojego wozu :D

  5. Anonim 1 listopada 2013 o 07:44

    ciekawe na jak długo wystarczy ci tej mocy?? daję ci miesiąc, a potem z przyjemnością czekam na fotorelacje z dłubania wydechu i wymiany koletora ssącego na ten z m50

    1. Tommy 1 listopada 2013 o 11:59

      Obie rzeczy już się robią ;}

  6. Mowad 2 listopada 2013 o 11:18

    "w chmurę gryzącego dymi" – do poprawki, siadaj, pała!

    1. Tommy 4 listopada 2013 o 08:07

      I have sexdaily.

      I mean, dyslexia!

      fcuk…

  7. Krz 2 listopada 2013 o 16:51

    Dokładnie to samo miałem po przesiadce z 320i na 328 ze szperą. Dawałem sobie miesąc życia, kumple nie byli tak optymistyczni i średnio wychodziło że zginę po 2 tygodniach.

    Ze zdziwieniem stwierdzam, że minęło już pół roku a ja i mój samochód wciąż żyjemy (i przełożenie 2.93 nie ma tu nic do rzeczy). Mało tego, zaczęła mnie denerwować ta zadyszka przy 6k obrotów i na wiosnę będzie trzeba wykombinować coś z tym kolektorem ;)

    1. Tommy 4 listopada 2013 o 08:09

      Pojeżdżę jeszcze z miesiąc po górach to będę miał tak szybkie ręce, że McDonaldsy w Bielsku będą się zabijać, żebym zawijał u nich tortille…

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.